Blog importera

Chińczycy nie chcą płacić odszkodowań za A2, czyli „a nie mówiłem?”

Gazeta.pl opublikowała wczoraj w swoim internetowym dodatku wyborcza.biz notatkę na temat pokłosia nieudanej współpracy z chińskim konsorcjum COVEC podczas budowy autostrady A2. Gdybym był pokręconym mentalnie osobnikiem zaśmiewałbym się tryumfalnie ze swojego balkonu w czarną wrześniową noc. Ale ponieważ zakładam, że nie jest ze mną aż tak źle, nie pozostaje mi nic jak wzruszać ramionami i mruczeć: "a nie mówiłem?"

Po odpuszczeniu sobie – zupełnie bezceremonialnym – przez Chińczyków kontynuowania budowy odcinka A2 wyraziłem parokrotnie swoją opinię, że do całej historii nie doszłoby, gdybyśmy chociaż przez chwilę w relacjach z obywatelami Państwa Środka kierowali się rozsądkiem. A ten  kolei winien być zbudowany na zrozumieniu, że istnieją pewne, acz zasadnicze różnice między postrzeganiem świata przez nas i przez Chińczyków.

Minęło kilka tygodni od nagłośnionej przez media klęski Chińczyków na A2 i znów wypłynęła – a piszę to bez jakiejkolwiek satysfakcji – ta nieznośna nieznajomość odmiennych rzeczywistości. Tej polskiej i tej chińskiej. Okazało się, że obie w niewielkim stopniu przystają do siebie. Słowo „umowa” w obu rzeczywistościach istnieje, ale ma bardzo różne znaczenie. U nas oznacza dokładne określenie wzajemnych zobowiązań. Tam wyłącznie intencję. Z gwarancjami – jak ostrzegałem – jest tak samo. U nas to żelazne zabezpieczenie w przypadku niepowodzenia. Tam to znów raczej taka inaczej rozumiana umowa. Najwyższy Sąd Ludowy uznał, że dane gwarancje nie są gwarancjami za jakie się je uznawało, a w związku z tym nie zostaną wypłacone. I znów, tak jak mówiłem, nie ma co marzyć nie tylko o owych 700 milionach odszkodowania określonego w umowie, ale nawet o tych podstawowych, przedstawionych przez COVEC gwarancjach banków chińskich.

CHIŃSKICH!

Bez żadnego oddziału w Europie….

Nie czytałem komentarzy pod notami agencyjnymi na ten temat, ale zakładam się, że znów obudziła się natura wojownicza  P.T.Rodaków, którzy upierać się będą, że Chińczycy zapłacić nam muszą i że my Naród zmusimy ich do tego w bliżej nie określony sposób, a jeśli się będą migać to nas popamiętają. W tym mniej więcej tonie wypowiedział się przedstawiciel naszego MSZ. Ministerstwo nie zostawi sprawy bez reakcji. Oczywiście. Telewizje państwowe i prywatne uderzą w bębny, zadmą w rogi, zbierzemy zbrojnych, kmieci i z taborami ruszeniem pospolitym podążymy na Pekin. Tam schwycimy kogo trzeba, przyciśniemy koziego syna do ziemi, a jak trzeba będzie nahajką częstować będziemy tak długo, aż w swej niezrozumiałej mowie wory z pieniędzmi wydać nam każe, po czym w chwale tryumfu do ojczyzny wrócimy świętować victorię pekińską.

Trzeba liczyć siły na zamiary. Dzisiaj, w obliczu coraz większej pewności niepewności dnia jutrzejszego, możliwych katastrof finansowych całych państw-członków Unii Europejskiej, a nawet zawału pieniężnego serca hegemona i ostoi demokracji, czyli Stanów Zjednoczonych, nikt, naprawdę nikt głowy sobie na Zachodzie zawracać nie będzie kawałkiem nie zrealizowanej autostrady między Łodzią a Warszawą. Nikogo to nie obchodzi i obchodzić nie będzie. Nie jesteśmy dla nikogo zakałą, na którą czyhają wszyscy w Europie, jakby tego chciał Jaśnie Oświecony Niegdysiejszy Premier Jarosław. Dla nikogo też nie jesteśmy najważniejszym partnerem gospodarczym, czy mega-super-istotnym sojusznikiem, jak to przedstawia Jaśnie Oświecony Aktualny Premier Donald. Z zewnątrz, tak jak we wstępie do „Króla Ubu” Polska to jest wciąż „nigdzie”. I powinniśmy najpierw sobie to twardo uświadomić,. Bo to nie jest wielkie nieszczęście jakieś, ale zdrowa podstawa do tego, żeby zacząć konstruować odpowiednią strategię dla kraju, który mało kogo obchodzi. Za który nikt oprócz nas samych ginąć nie będzie. Uzbrojeni w sekretną broń samoświadomości będziemy w stanie unikać takich przygód jak porażka w poważniejszym kontakcie z Chińczykami. Bo całej afery nie byłoby gdyby wszelkimi naszymi decyzjami kierowała pokora. Pokora, która jest cnotą, a nie oznaką słabości. Pokora, która skłania do poznania i zrozumienia, że świat jest zgoła inny niż chcemy i niż sobie to wyobrażamy.

Chińczycy pojawią się wkrótce w naszej rzeczywistości w związku z jakimś kolejnym przetargiem. Powinniśmy być na to przygotowani. Nie jak na atak. Raczej jak na szansę, którą będziemy w stanie wykorzystać w maksymalnym stopniu. To możliwe. Naprawdę.

 

Leszek Ślazyk

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Sprawdź też

Close
Close