Blog importera

Import z Chin: MITY, część 8, „SUPER PRZEBITKI”

Najpowszechniejszym impulsem skłaniającym nas do zajęcia się importem, sprowadzaniem towarów z Chin, czy z jakiegokolwiek innego kraju jest wizja przyzwoitego (a jeszcze lepiej nieprzyzwoitego) zysku wynikającego z zakupu towaru w miejscu, gdzie produkuje się go znacznie taniej niż u nas. Zysk z importu z Chin to historia obrosła największymi, fałszywymi i najbardziej fantastycznymi mitami.Składają się na tą legendę zysków plotki, brak wiedzy, często brak wyobraźni, a przede wszystkim ta sama naiwna wiara, która skłania wielu z nas do kupowania losów „Lotto”. Miraż ogromnego, łatwo osiągniętego bogactwa.

I właściwie tutaj można by zakończyć. No bo cóż można poradzić na to, że ktoś gdzieś tam wierzy, że są na ziemi miejsca gdzie występują produkty niemal darmowe, które można kupić i sprzedać wariującym na punkcie tych produktów rodakom, gotowym bez zastanowienia zapłacić nam co najmniej 5 razy tyle ile myśmy zapłacili zamorskiemu dostawcy. Dostawcy – najczęściej – o imieniu Alibaba.com.

Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Być może nie, ale ja nie omieszkam.

Kiedyś jeden pan, dla którego pracowałem, objawił mi prawdę, być może trywialną, ale jakże prawdziwą: „pieniędzy nie zarabia się tam gdzie łatwo, pieniądze zarabia się tam, gdzie trudno, gdzie inni nie dają rady.” A były to czasy połowy lat 90-tych zeszłego wieku, kiedy kontrola jakości w fabryce chińskiej oznaczało spędzanie w niej całych dni i nocy, śledzenia różnych osobników celem wykrycia, którędy wnoszą „kukułki”, czyli towary przez nas wprawdzie zamówione, ale wyprodukowane przez ciotkę, szwagra, brata, kolegę ze studiów i dalekie od naszych wymagań jak Irkuck od Nowego Jorku. Wtedy można było łatwo zarobić. Mało kto odważał się robić poważniejsze zakupy w Chinach. Komunikować się można było na odległość przez stacjonarny telefon lub faks. Siłą rzeczy, żeby cokolwiek załatwić, trzeba było po prostu polecieć do Chin i załatwić wszystko na miejscu. Samemu. Dostawcy byli unikalni, bo nie można ich było namierzyć w Internecie. Nie było Internetu. Ceny były niewiarygodnie niskie, bo praca w Chinach kosztowała grosze, a produkty tej pracy były na wiele sposobów subsydiowane przez Pekin.

Dzisiaj sytuacja jest diametralnie inna. Rząd chiński oczywiście wspiera finansowo chińskich przedsiębiorców, ale kanały subsydiowania są zupełnie inne, subsydia mają inne formy. Praca kosztuje w Chinach dzisiaj wiele razy więcej niż kilkanaście lat temu. Gospodarka chińska nie dość, że jest znacznie bardziej otwarta, to poprzez swoją żarłoczność kreuje światowe ceny energii i surowców.

I co z tego?

A to chociażby, że naiwnością jest sądzić, że na przykład profile PCV w Chinach będą wielokrotnie tańsze niż w Polsce. Kto choć odrobinę zna technologię produkcji profili, ten wie, że podstawą kosztu ich produkcji jest materiał, z którego profile są „wytłaczane”. Ceny u nas i w Chinach mogą być różne. W Chinach są więksi producenci, mogą zmówić więcej, łańcuch ich dostawców wygospodaruje atrakcyjniejsze ceny. Ale ta różnica nie będzie wielokrotna. Będzie liczona w skali kilku, kilkunastu procent. Może kilkudziesięciu. Żeby nacieszyć się profilami w Polsce, trzeba je do nas przetransportować, zapłacić cło i VAT. Różnica gwałtownie się kurczy. Brak wiedzy często bardzo boli. Bardzo często w portfel.

Mit ogromnych przebitek na towarach kupowanych w Chinach ma swoje źródło również w znikomej wiedzy na temat funkcjonowania specyficznych branż w Polsce oraz w zupełnie nieprawdziwych założeniach. „Importer-kalkulator” marzący o krociowych zyskach zazwyczaj buduje swój „biznes plan” na ciągu domniemań. Upatruje sobie w sklepie jakąś konkretną rzecz, której import ma być podstawą jego przyszłej fortuny pozwalającej znaleźć się w pierwszej setce listy „Wprost”. Ta jakaś konkretna rzecz kosztuje w sklepie 100 złotych. Ponieważ „importer-kalkulator” zakłada, że ta cena jest wielokrotnością ceny zapłaconej w Chinach, poszukuje w Internecie dostawców, którzy zaproponują tą konkretną rzecz za 20 złotych, przy czym absolutnie zignoruje fakt, że 98% zaczepionych dostawców podaje cenę znacznie wyższą od tej zakładanej w „biznes planie”. Super-dostawca, który w następstwie „negocjacji” zgodzi się sprzedać upatrzoną przez „importera-kalkulatora” konkretną rzecz za wymyślone 20 złotych, zażąda zaliczki, albo pełnej płatności i ją dostanie. Bo „importer-kalkulator” w obłędzie ciągle liczy krociowe zyski, rozsądek trzymając w areszcie pod kluczem, bez prawa najcichszego nawet głosu. A potem „importer-kalkulator” szuka pomocy na forach internetowych, żeby odzyskać wysłane gdzieś tam w przestrzeń cybernetyczną pieniądze. Bo nie zapytał nawet swoich znajomych, czy nie orientują się na jakich marżach pracują firmy handlujące sprzętem elektronicznym. A gdyby znał odpowiedź, to zamiast fundować owemu super-sprzedawcy wakacje na wyspie Hainan, dałby sobie zwyczajnie spokój z całą ideą. Bo po co się szarpać dla 5-6% zysku? Po co?

Kto pyta nie błądzi. Jeśli szukamy jakiegoś konkretnego towaru tysiące kilometrów od domu, warto najpierw sprawdzić „po ile chodzi” u nas w kraju. W hurcie, w detalu. Potem trzeba odpytać na konkretną okoliczność nie jednego, nie dwóch, a kilkudziesięciu zamorskich dostawców, skoro internet daje taką wspaniałą możliwość. Potem można porównać odpowiedzi, wyciągnąć odpowiednie wnioski, policzyć i zadać sobie pytanie, czy to co chcemy zrobić ma sens. Czy towar, który zaimportujemy z Chin pozwoli nam zyskać, czy też spektakularnie stracić.

Cudów nie ma: „pieniędzy nie zarabia się tam gdzie łatwo, pieniądze zarabia się tam, gdzie trudno, gdzie inni nie dają rady.”

Istnieje wszakże odstępstwo od reguły. Tym odstępstwem jest pionier. Ten Pierwszy. Może nie geniusz, ale na pewno tęgi łeb. O co chodzi? Otóż chodzi o niszę. Na przykład Tamagotchi. Osoba, która pierwsza odkryje niszę na rynku, wynajdzie, lub wpadnie na pomysł produktu, którego jeszcze na rynku nie ma, a który może cieszyć się wielką popularnością, ta osoba może liczyć na kosmiczne przebitki. Zasłużenie. Bo to absolutnie rzadki wyjątek potwierdzający regułę.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Import z Chin: MITY, część 8, „SUPER PRZEBITKI””

  1. Dziękuję, dałeś mi dużo do myślenia , a zarazem sprowadziłeś na ziemie.
    Pozdrawiam mirek

  2. To ja dziękuję. Mam nadzieję, że dzięki temu blogowi przynajmniej parę osób uniknie rozczarowań i start finansowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close