Blog importera

Na cholerę mi te próbki?

Przy różnych okazjach słyszę dyskusje na temat zasadności sprowadzania z zagranicy wzorów towarów, zwanych z angielska samplami, od zagranicznych dostawców. Zazwyczaj głównym argumentem na "NIE" jest fakt, że otrzymanie próbek łączy się z koniecznością poniesienia kosztów. Wielu dostawców bowiem winszuje sobie określoną kwotę pieniędzy za wzory, (tzw. "samples fee").

Pieniądze za wzory? Jak to? Za darmowe wzory?

Dla mnie sprawa jest jak najbardziej oczywista.

Dostawca z tajemniczego miejsca na ziemi, na przykład gdzieś w Chinach (a to całkiem spory kraj, w jeden dzień PKS-em nie objedziesz) otrzymuje maila od równie tajemniczego potencjalnego klienta z kraju o nazwie Poland (to gdzieś tam w Europie jest, w Rosji zdaje się…). Klient pisze, że bardzo mu się podobają produkty dostawcy i chciałby sprawdzić ich jakość, dlatego też prosi o kilka wzorów. I tu się pojawia oczywista oczywistość, czyli koszty. Wzór, nawet jeśli to kawałek rurki jest, lub jakaś szmatka, coś tam w procesie swego powstawania kosztowała. Kosztowało ucięcie rurki, czy szmatki i przywiezienie do biura dostawcy. A przede wszystkim kosztować będzie wysłanie pocztą kurierską tego kawałka rurki, lub ścinka szmatki z Chin do Polski. Gdyby sprawa dotyczyła jednostkowego przypadku, to może ten dostawca, szczególnie w stanie jakiejś desperacji, byłby skłonny wziąć na swe wątłe chińskie barki kilkaset złotych kosztów przesyłki kurierskiej. Ale jeśli takich zapytań dostaje kilka, a nawet kilkanaście dziennie? To nagle z tych z pozoru niewinnych pojedynczych kwot robią się poważne sumy. Zatem logiczną i uzasadnioną reakcją dostawcy jest taka oto propozycja: "ponieważ to nasz pierwszy kontakt to zapłać za wzory (i tu pada kwota) i podaj mi swój numer klienta, w którejś z światowych firm kurierskich, a ja wyślę paczkę ze wzorami paczką tej właśnie firmy na Twoje konto ("freight collect"). Jeśli złożysz mi zamówienie na większą ilość tego towaru, którego wzory mam przesłać, to od kwoty zamówienia odejmiemy koszt tych pierwszych wzorów".

Czyż nie ma w tym układzie rozsądnej równowagi?

Oprócz równowagi jest też podwójny test wiarygodności potencjalnego klienta. Zazwyczaj koszt wzorów zamyka się w kilku, kilkudziesięciu dolarach. Jeśli ktoś kręci nosem na takie kwoty, to zapewne ma puste kieszenie i w przyszłości nic na większą skalę nie zamówi, albo jest wręcz "łowcą darmowych sampli", cwanym gapą, który kolekcjonuje wszystko co uda mu się wyszarpać przypadkiem od zagranicznych firm. To pierwszy test. A drugi? Jeśli ktoś poważnie zajmuje się importem, musi siłą rzeczy obracać sporą ilością wzorów i próbek. Musi zatem mieć podpisaną umowę z poważną, międzynarodową firmą kurierską, musi tamże mieć swój indywidualny numer klienta, musie wreszcie mieć możliwość zaaranżowania dla siebie przesyłek typu "freight collect". A jeśli nie ma numeru, nie ma umowy z kurierem, to może i firmy w tym  Poland wcale nie ma? W większości przypadków zaczepek potencjalnych klientów z Polski ten test obnaża smutną rzeczywistość. Większość zapytań chińscy dostawcy otrzymują bowiem od ludzi, którzy jeszcze nawet nie zdecydowali się uruchomić działalności gospodarczej i tak naprawdę jeszcze nie podjęli decyzji, czy i co chcieliby importować z Chin, czy w ogóle importować. Dlaczego koszty tych rozterek ma na siebie brać potencjalny dostawca?

Zakładając jednak, że nie jesteśmy "łowcami darmowych sampli", że mamy firmę i wiemy dokładnie co i dlaczego chcemy z Chin (czy dowolnie innego kraju) sprowadzać, musimy pogodzić się ze smutnym faktem, że próbki na początku współpracy z konkretnym dostawcą wiążą się z pewnymi kosztami. Nie ma bowiem nic bardziej beznadziejnego niż kupowanie towaru na bazie opisu w mailu i zdjęć ze wskazanej przez dostawcę strony. Próbki może kosztują, ale pozwalają ocenić czy wybrany przez nas dostawca oferuje nam to czego oczekujemy, to o co nam chodzi. Próbki w dużej mierze pozwalają uniknąć rozczarowań i strat, czego doświadczyli wszyscy ci, którzy kiedyś pożałowali paru groszy na wzory, a teraz przeklinają przy każdym zejściu do piwnicy, w której zalegają pod ścianami kartony z nikomu niepotrzebnymi gratami sprowadzonymi za sporą kasę z Dalekiego Wschodu.

 

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Na cholerę mi te próbki?”

  1. mądr polak po szkodzie ;)
    Jakie sprawdzone techniki masz na testowanie producenta, dostawcy?

  2. 1. czas reakcji na korespondencję (czym dłużej trwa uzyskanie odpowiedzi, tym gorzej to świadczy o danym dostawcy)
    2. umiejętność merytorycznej odpowiedzi na zadane pytania (często sprzedawca nie ma bladego pojęcia o produktach, których sprzedażą się zajmuje…)
    3. możliwość dostarczenia odpowiednich wzorów, próbek (jakość, czas, koszt)
    4. wizyta i sprawdzenie wszystkiego na własne oczy;

    bez tego ostatniego punktu nigdy nie będzie pewności, czy nie mamy do czynienia z jakimś wirtualnym bytem. niestety, poważne relacje biznesowe z zagranicznymi kontrahentami nieodłącznie wiążą się z koniecznością ich nawiedzania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close