Blog importeraPolska

O nauce z cudzych błędów niepłynącej

Dlaczego polscy przedsiębiorcy doświadczają różnych problemów w kontakcie z chińskimi firmami? Dlatego, że nie chcą się uczyć na błędach. Szczególnie cudzych.

W czasach słusznie minionego reżimu młodzież męska dzieliła się na dwie zasadnicze grupy. Pierwsza z nich szła do armii, druga robiła wszystko, żeby nie zaznać tej przyjemności. Ta druga grupa dzieliła się na kilka podgrup: wiecznych studentów, odpracowujących, tych co woleli iść do pudła za odmowę spełnienia obywatelskiego obowiązku i na wariatów. Opowieść kolegi z tej ostatniej grupy wraca do mnie niczym jakiś bumerang, który przylatuje raz za razem wyprowadzając mnie z równowagi.

Mój kolega w ramach działań mających pozwolić mu uniknąć spełnienia zaszczytnego obowiązku czyszczenia koszarowego kibla za pomocą szczoteczki do zębów symulował bogaty wachlarz chorób psychicznych. Zbyt bogaty. Pani doktor prowadząca zagubiła się w domysłach, żeby rozwiązać zagadkę medyczną postanowiła skierować kolegę mego na miesięczna obserwacje do szpitala psychiatrycznego. Po miesiącu kolega mój bogatszy stał się o roczne odroczenie, które po dwóch latach zamieniło się w wymarzoną kategorię E oraz o imponującą garść opowieści śmiało konkurujących z „Lotem nad kukułczym gniazdem”. Mój kolega w szpitalu nudził się jak mops. Z przyczyny wybranego profilu chorobowego nie mógł sobie po prostu książek czytać. Grał „odklejonego”. Obserwował, eksperymentował. Na swoim oddziale spotkał między innymi mężczyznę o bardzo ograniczonych zdolnościach intelektualnych, który wpadał w euforię, kiedy któryś z pensjonariuszy zakładu zamkniętego podawał mu rękę na powitanie. Robił strasznie dużo hałasu przyciągając uwagę pielęgniarzy i nielicznych lekarzy. A tego mój kolega raczej sobie nie życzył. Któregoś więc dnia rano mój kolega wsadził pomiędzy palce swej prawej dłoni trzy szpilki. Mężczyzna – zgodnie z codzienną rutyną – podbiegł do niego szeroko uśmiechnięty, żeby się radośnie powitać. Uścisnął dłoń mojego kolegi i krzyknął z bólu.

– Auauaua!

Mój kolega założył, że następnego dnia „podawacz ręki” da mu spokój. Jakież było jego zdziwienie Kidy tamten znów, jak zwykle podbiegł do niego, aby uścisnąć dłoń i krzyknąć:

– Auauaua!

I tak przez kilkadziesiąt dni. Mój kolega uległ chorej poniekąd fascynacji tą powtarzającą się sceną. Moim przekleństwem jest to, że muszę ją obserwować w rozmaitych wariantach, w których bohaterami nie są pacjenci szpitala psychiatrycznego cierpiący na niepełnosprawność intelektualną, a ponoć zupełnie normalni ludzie.

Od lat powtarzam jak mantrę ostrzeżenie: nie wierz w oferty internetowe. I co? I… Mów do słupa, a słup…. Ostatnim przykładem podobnym do owego radosnego porannego podawania dłoni jest nowy/stary „wałek cenowy” dotyczący rewelacyjnych stawek na transport morski z Chin do Polski.

Polscy przedsiębiorcy, z których doskonała większość woli polegać wyłącznie na sobie, konfrontują stawki na morski transport kontenerów otrzymywane od polskich forwarderów z tymi oferowanymi przez chińskie firmy logistyczne reklamujące się w Internecie. Od razu widać dramatyczną różnicę pomiędzy tym co proponują złodziejskie polskie firmy, a tym co Chińczycy. Ich stawki są co najmniej o połowę niższe niż lokalne. Wniosek jest oczywisty. Trzeba skorzystać z tańszej usługi, to przecież niesie za sobą ogromne oszczędności. Tysiąc dolarów, może nawet tysiąc dwieście.

No i pięknie. Chińska firma przyjmuje zlecenie na transport kontenera z Chin do Polski, organizuje konosament, który przedstawia w formie elektronicznej i wystawia fakturę, którą należy opłacić przed podjęciem kontenera w porcie w Gdyni, w Hamburgu, czy gdzie tam się go chce odebrać. Polski przedsiębiorca płaci szybko, bo zaoszczędził, więc mu lżej puścić taki przelew, no, a co więcej, jak się szybko zapłaci to Chińczycy to docenią, następnym razem dadzą jeszcze niższe stawki.

Po kilku dniach od miłego dotąd Chińczyka z chińskiej firmy logistycznej przychodzi mail, w którym ów John, Bobby, Christian, czy Robert informuje, że polski przedsiębiorca naruszył powszechnie przyjęte standardy dotyczące płatności za usługi w transporcie morskim. Skandalicznie się spóźnił z przelaniem pieniędzy, za co zostanie przykładnie ukarany, żeby sobie na przyszłość zapamiętał. W ramach kary musi zapłacić 15.ooo dolarów amerykańskich za każdy kontener, którego transportem zajęła się pokrzywdzona firma chińska.

Voila!

Powstaje sytuacja patowa, której rozwiązanie wbrew pozorom wcale nie jest proste. Jeśli do tego konosament został wystawiony na okaziciela, to firma chińska może go przekazać komukolwiek, kto mógłby być zainteresowany  zawartością kontenera, którego konosament dotyczy. Serio.

Co można zrobić? Szukać rozwiązania poprzez polskich operatorów, a to będzie trwać. Co oznacza koszty przestoju kontenera na kei w porcie przeznaczenia. Można też ulec szantażowi, wynegocjować niższy haracz niż 15.ooo dolarów za kontener, zapłacić i liczyć na to, że Chińczycy faktycznie prześlą konosament. No, bo mogą się rozmyślić i ponownie zwrócić się o wypłacenie im jakiejś wyssanej z palca kwoty.

Co trzeba zrobić? Trzeba przestać wierzyć w złudzenia i internetowe bajki o łatwych, a przeogromnych zyskach.

Tak jak w każdej w miarę normalnej dziedzinie działalności człowieka, tak i w transporcie morskim cudów nie ma. Stawki na różnych trasach morskich określają wielcy armatorzy, tacy jak Maersk, MSC, CMA CGM, spotykając się na kwartalnych konferencjach, podczas których określane są przybliżone poziomy cen obowiązujące przez kolejny kwartał. Na bazie tych stawek budowane są oferty forwarderów i firm logistycznych. Żadna z tych firm, począwszy od wielkiego armatora, a skończywszy na najmniejszym forwarderze, nie jest w stanie zaoferować stawki na konkretną trasę o 50% niższej od aktualnie obowiązującej. Chyba, że chce dopłacać, albo najzwyczajniej w świecie nadziać naiwnych frajerów na ostrze oszustwa. Armatorzy i rzetelni forwarderzy takimi historiami się zdecydowanie nie zajmują. Prób takich – skutecznie!!! – dokonują firmy, które z rozboju w Internecie żyją. Całkiem przyjemnie, kosztów przecież wielkich nie mają.

No to się nagadałem. Czy wierzę, że gadanie to przyniesie jakiś skutek? Że jakiś – owszem. Że pożądany? Nie. Szybciej z list grzechów i przywar zniknie chciwość z głupotą, niż przestanie działać skutecznie wyciąganie przez Internet najeżonej szpilkami dłoni. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomimo oczywistości zagrożenie z ogromną radością tą wirtualną dłoń uściśnie, żeby krzyknąć z bólu:

– Auauaua!

 Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close