Blog importera

To już nie te Chiny

Członkowie przeróżnych delegacji, w wolnym czasie wyruszający na markety i z nadzieją poszukujący taniej chińskiej elektroniki. Znajomi z dawnych lat na naszej klasie i facebooku, szukający pomysłów na złoty biznes importowy z Chin. Czy wreszcie polski rząd marzący o tanich chińskich pracownikach, którzy przyjadą do Polski i za pół miejscowej ceny wybudują autostrady. Zapomnijcie! Chiny są już na innym etapie.

Po pięciokroć – wzrost

Po pierwsze – Chiny awansowały do pierwszej piątki eksporterów kapitału. W 2009 r. wysłały w świat 43 mld dolarów, rok później już 59 mld do 129 krajów. W 2012 r. zainwestują za granicą więcej kapitału, niż przyjmą u siebie. W 2015 r. dojdą do 100 mld rocznie. Oznacza to, że w najbliższej dekadzie Chiny zainwestują na całym świecie około biliona dolarów. Z pewnością będą one miały wpływ na kształt światowej gospodarki w XXI wieku.

Po drugie – Chiny są coraz droższe. Średnia pensja we wschodnich prowincjach dorównuje już Europie Wschodniej, a Szanghaj z populacją kilkunastu milionów ludzi ma w 2025 r. dojść do poziomu życia USA. Robotnicy, którzy dobrze wyuczyli się swojego fachu, cenią się wyżej i… dostają od pracodawców to, czego oczekują. Rola związków zawodowych w Chinach jest nieporównywalnie mniejsza niż w Polsce, jednak presja na świadczenia socjalne wzrasta (w 2008 r. wprowadzono kodeks pracy). Produkcja najtańszych towarów przenosi się do innych krajów, głównie Bangladeszu i Wietnamu, i to im powinni się przyglądać amatorzy bajecznie taniego importu.

Po trzecie – w Chinach wzrasta liczebność klasy średniej – ludzi, którzy chcą dobrze zjeść, pojechać na wycieczkę, zapewnić dobrą edukację dzieciom, kupić sobie fajny elektroniczny gadżet. Szacuje się, że rokrocznie ze wsi do miast przenosi się około 20 mln osób. Podobnie zresztą dzieje się w Indiach. Oznacza to, że wkrótce to Chińczycy i Hindusi (Chindusi – jak moglibyśmy ich nazwać) będą najliczniejszą klasą średnią globu. To z kolei będzie oznaczać, że produkcja wielkich koncernów będzie skoncentrowana na zaspokojeniu ich potrzeb i gustów. To Chindusi staną się nowymi trendsetterami, będą kreować nowe mody, za którymi podążą konsumenci z innych krajów.

Już wkrótce liczba chińskich turystów osiągnie kilkaset milionów, a w ślad za nimi pójdą młodzi Chińczycy, chcący studiować za granicą, dla których już ustalane są limity w Wielkiej Brytanii. Po zagranicznych studiach dużo łatwiej uzyskają hukou, czyli stałe zameldowanie w którymś z dużych chińskich miast.

Po czwarte – chiński juan będzie się wzmacniał. Nie dlatego, że rządy wielu krajów, a zwłaszcza USA i Indii, wywierają na Pekin presję, twierdząc, iż zaniża on wartość swojej waluty nawet o 40 proc., by w ten sposób wspomagać swój eksport. Stanie się tak dlatego, że Chiny stają się powoli gospodarką nastawioną na popyt wewnętrzny i wzmacnianie kursu własnej waluty zaczyna im się opłacać. Oznacza to, że Chińczycy będą dysponować coraz większą siłą nabywczą i raczej warto będzie im coś sprzedać, niż od nich kupić.

Wreszcie po piąte (co będzie miało związek z drugą częścią mojego wywodu) – rząd w Pekinie w ramach pakietu antykryzysowego zainwestował w rynek wewnętrzny 546 mld dolarów. Większość tych środków przeznaczono na infrastrukturę (około 40 proc.), ochronę środowiska (30 proc.), opiekę zdrowotną (wzrost prawie o połowę w stosunku do poprzedniego roku) i naukę. Celem było przede wszystkim pobudzenie konsumpcji wewnętrznej, która miała zrekompensować malejący eksport. Efektem tej polityki jest m.in. aktywizacja chińskiej prowincji i wsi, a co za tym idzie, branży rolno­-spożywczej.

Stawiamy na Henan

Obserwując Chiny od dziesięciu lat, jestem świadomy tych procesów. Postanowiłem więc zmienić model działania. W maju tego roku zorganizowałem delegację polskich przedsiębiorców z branży spożywczej (w tym znanej i uznanej w Trójmieście gdyńskiej firmy Baltima) do Luohe w prowincji Henan, gdzie odbywała się 9. edycja targów spożywczych Luohe Food EXPO 2011.

Można zapytać, dlaczego Henan, jedna z najbiedniejszych chińskich prowincji, znana z tego, że dostarczała w ostatnim trzydziestoleciu milionów robotników do fabryk na wschodzie kraju? Powodów jest kilka. Henan to najliczniejsza chińska prowincja – bagatela, 90 mln mieszkańców. W dodatku jest stolicą chińskiej branży rolno­-spożywczej. Wreszcie, co najważniejsze, w Henanie dopiero wszystko się zaczyna.

Nie ma sensu dzisiaj, po 20 latach, pchać się do bogatego Szanghaju, Shenzhen czy Pekinu, by tam zmierzyć się z dobrze już zorganizowaną konkurencją. Oczywiście, to dobrze wygląda w oficjalnych dokumentach, jednak biznes rządzi się innymi prawami: – Przybądź pierwszy na pole bitwy – jak mawiał antyczny chiński generał Sun Zi.

Początki jednak bywają trudne. Wyjazd do Henanu i organizowanie tam prostego przedsięwzięcia okazały się dla mnie lekcją pokory, zwłaszcza że po kilku latach spędzonych w Chinach i zjeżdżenia chińskiego wybrzeża wzdłuż i wszerz wydawało mi się, że niewiele mnie w tym kraju zaskoczy.

Mentalność Henanczyków okazała się zupełnie inna niż mentalność zglobalizowanych i nastawionych pro­-transakcyjnie mieszkańców chińskiego wybrzeża. Przetrwało tu sporo rzeczy, które na wschodzie pochłonął wszechobecny konsumeryzm. Na przykład w Henanie dużo większą rolę odgrywa kontakt osobisty (guanxi) w interesach – robi się je z kimś, kogo się lubi i zna. Z tego powodu, jako polska delegacja, musieliśmy nieraz wypić na oficjalnych spotkaniach z miejscowymi władzami sporą dawkę alkoholu, zwłaszcza że prowincja Henan słynie w całych Chinach z suto zakrapianych imprez (wedle tamtejszych zwyczajów gość przed rozpoczęciem uczty powinien wychylić trzy kieliszki najcenniejszej w domu rzeczy, czyli właśnie miejscowej wódki). Oczywiście, nasze guanxi są teraz dużo mocniejsze i za rok wracamy!

Dopiero zaczyna się tu robić interesy z zagranicznymi inwestorami, w związku z czym pokutuje wiele stereotypowych przekonań o obcokrajowcach (np. takie, że jadają wyłącznie w McDonaldzie). Pojawiają się też inne problemy komunikacyjne i kulturowe, które w zasadzie nie istnieją na wschodzie kraju (mimo że mówię po chińsku, potrzebowałem kilku dni, by przestawić się na miejscowy dialekt i akcent).

Jestem przekonany, że Henan będzie się rozwijał, a to za sprawą cechy, którą zawsze podziwiałem u Chińczyków – chęci i zdolności do nauki.

Po zakończeniu delegacji musiałem sporządzić specjalny raport (wiem, jak źle kojarzy się to słowo w Polsce!). Podobny musiały przygotować delegacje malezyjska, holenderska, japońska i wiele innych, które pojawiły się w Luohe. Wszystko w celu odpowiedzi na pytania, co było dobre, ale co można było zrobić lepiej. W Polsce mamy duży dystans do raportów i opracowań, być może dlatego, że nikt ich – w przeciwieństwie do Chin – nie czyta i niewiele z nich wynika. Jestem pewien, że Chińczycy zrobią z tej wiedzy właściwy użytek.

Podzieliłem się kilkoma refleksjami z ostatniego pobytu w Chinach. We wrześniu ponownie ruszam w trasę, tym razem wybieram się do rozwiniętej i bogatej prowincji Guangdong, gdzie z polską delegacją będziemy odwiedzać fabryki technologii ekologicznych. Oczywiście współczesne, wciąż transformujące się Chiny stwarzają coraz to nowsze możliwości i szanse. Jestem pewien, że Pomorze je wykorzysta i nad Bałtykiem pojawią się tysiące chińskich turystów i studentów, a przedsiębiorcy z Pomorskiego znajdą sposób, by zaistnieć na ogromnym i wciąż powiększającym się chińskim rynku.

Autor: Radosław Pyffel

Źródło:

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close