Chiny subiektywnieWiadomości

Błyskoburza

 

Z okien naprzeciwko mojego biurka, z okien na 23 piętrze biurowca rozciąga się widok na pół miasta. Miasto ciągnie się po horyzont. Wiem, że za linią horyzontu też się jeszcze trochę ciągnie. Ciągnie się też za moimi plecami, ale tego nie widzę. Nie mam oczu na plecach. A do tego za plecami mam ścianę. Nie jestem tym „Konopielkowym” szeptunem, który widzi przez ściany i przez ciemne widzi. Nie. Nie potrafię tak. Błyskoburza

Czytając kole południa kolejną wiadomość, która dzisiaj wpadła do mojej elektronicznej skrzynki pocztowej, rzuciłem okiem na miasto. Trochę się zamgliło od rana. Ale tak tu bywa, kiedy na termometrze czterdzieści stopni Celsjusza. Co może parować paruje intensywnie, cienka warstewka mgły unosi się nad ulicami, nad domami. Nic to.

Błyskoburza

Minęło może kolejne pół godziny czytania o sprawach, od których zależy dzisiaj przyszłość świata, a o których za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, gdy usłyszałem pierwszy, odległy pomruk grzmotu. Się zdziwiłem trochę, bo z mojego obserwatorium nie dało się dostrzec żadnych konkretnych oznak zbliżającej się burzy. Chmury jak chmury, może więcej mgły nad miastem. E, pomyślałem, coś tam się dzieje w odleglejszych okolicach. I wróciłem do poklepywania klawiszy komputerowych. Jeden niedawno zaczął tak metalicznie popiskiwać. Czas już chyba na niego. Na cały ten komputer już czas. Vintage elektronowy, pieprzony.

Błyskoburza

Aż tu nagle jak nie jebnie! Ale jak! Żadnej wstępnej gry, że tam błyśnie i pogrzmi, i się będzie zbliżać na przygotowany teren. Nic z tych rzeczy. Jebnęło tak, że cały budynek zarezonował. Podniosłem łeb, a tu za połową okien po mojej prawej ciemno. I idzie na mnie w pełnym pędzie szarża skłębionych czarnych chmur i siecze lancami strug wody. Jakbym leciał samolotem w kabinie pilota. Że to ja na te chmury z pędem, a nie one na mnie. Takie wrażenie. Co więcej na siedząco za biurkiem w trakcie niezwykle zajmującej korespondencji mailowej z różnymi paniami i panami, różnych wyznań, przekonań, preferencji, ras i tusz.

Podszedłem zafascynowany do tego największego okna narożnego, czyli właściwie szklanej ściany z barierką zainstalowaną dla bezpieczeństwa, żeby pooglądać dziwowisko. A było na co popatrzeć. Czarne chmury się kłębiły, wydawało mi się, że na wysokości mojej twarzy, a w ich czarniawym cielsku łyskało elektrycznością. I lecą na mnie. Zupełnie znienacka zerwał się silny wiatr, ujawniający wątpliwą jakość chińskich usług budowlanych. Szklana ściana, przed którą stałem sobie, zaczęła gwizdać chińskie melodie wszelkimi szparami i w swoich ramach, i tymi pomiędzy ramami a ścianami. Taki innowacyjny wynalazek: stoisz przed taflą szkła, a w ryj ci podmuchuje przyjemnie ożywcza bryza. Za szybą zaś rozgrywał się obrazek jak z filmów o Godzilli, albo o klęskach żywiołowych wywołanych grubszym kawałkiem skały z kosmosu.

Z czarnego nieba, które pocierało brzuszyskiem o szczyty sąsiednich biurowców lała się strugami woda. A właściwie siekła. Porywane uderzeniami wiatru strumienie uderzały z mocą o betonowo-szklane ściany budynków, aby się od nich odbić, i by zaraz uderzyć ponownie, ale już nieskutecznie, bo pchane wiatrem mijały budynek i rzucały się w bezsilnej wściekłości w przestrzenie pomiędzy wieżowcami. Budynki, ulice, to co między budynkami, a ulicami, wszystko pociemniało, nieprzyjemnie poszarzało, a woda uderzała nerwowo o dachy, o ściany biurowców przede mną, wreszcie zabrała się za szybę, przez którą patrzyłem. Cofnąłem się odruchowo. Tłuste krople rozbiły się na atomy na szkle. Wczoraj myślałem sobie, że ktoś mógłby te okna wreszcie umyć. Po co?

Na chwilę do szyby przykleiła się foliowa siatka, aby jak w poruszających serce scenach umierania powoli przesunąć się w lewo i … fruuu, gdzieś w diabły. Znowu jeb!. Wyraźnie poczułem puknięcie w barierce, o którą się oparłem. Cholera, tego nie wziąłem do pały, ale może ci sami co montowali te okna, to wcześniej robili tu na budowie jako zbrojarze-betoniarze? Bo, że jako elektrycy, to pewne. Nie przez przypadek skrzynka z bezpiecznikami od naszych pomieszczeń, jest za ścianą, w sąsiednim biurze. Tymczasowo pustym. Od tego jebnięcia rozwrzeszczały się alarmy w każdym aucie i każdym elektrycznym skuterze, w których biurowe budynki brodzą w ciągu dnia uznawanego za roboczy.

Błyskoburza

I pojechało całe teatrum:

Wiatr: uuu-uuu.

Burza: jeb-jeb.

Woda: chlust-jeb-chlust.

Wszystko co zaparkowane: ua-ua-ua-bi-bi-bi-e-e-e.

A z mojego komputera: Breakout „Karate”

Minęło 5 minut i po przedstawieniu. Miasto znów zamglone. To co napadało teraz musi odparować.

Na chwilę będzie pewnie chłodniej, w okolicach 30 stopni. Idę to wykorzystać. Taka temperatura to ostatnio rzadkość. Jutro gorąco znów będzie smażyć miasto i flaki Ślazyka. Tego Ślazyk nie lubi.

Leszek Ślazyk

Błyskoburza

…..

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Błyskoburza”

  1. Ciekawe podejście do onomatopei. Kiedyś uznałem, że kaczki właściwie nie robią: "kwa kwa", ale wydają z siebie zapętlone "fuck fuck". To w sumie bez związku, tak się tylko chciałem pochwalić. 5 i 6 akapit najbardziej przypadł mi do gustu, całość miła do czytania. Ja do parnika jadę we wrześniu, może żar zelży troche do tego czasu.

  2. Ja również jestem zdania, że kaczki strasznie klną. Bo jęsli nawet uznać, że zaczynają swoje „kwakanie” głoską ky, to przecież również nią wypowiedź swoją kończą. Zatem albo stwierdzają, ze fak, albo, że ewentualnie kfak. Co mnie tam na jedno wychodzi. Kaczki klną jak szewcy.

    Co do zelżenia temperatury: ponoć już od kilku dni mamy w Chinach jesień. Jakoś – kfak – nie odnotowałem. Cieknie po plecach non-stop.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close