Chiny subiektywnieWiadomości

Chiny a świat, czyli real versus virtual

Media świata zachodniego wznoszą modły dziękczynne za decyzję Benedykta XVI. Nieoczekiwana abdykacja papieża, zamieszanie wśród duchownych, konieczność dokonania wyboru nowego Ojca Świętego pozwoliły telewizjom, radiostacjom i gazetom w formie elektronicznej oraz papierowej rozbijać temat watykański na atomy. Mnie zaś ciekawi, czy cała ta historia w jakikolwiek sposób pomoże nam regulować w terminie rachunki za prąd, gaz i wodę w ciągu kolejnych miesięcy i lat. A tym chyba powinny zajmować się wspomniane media. Przynajmniej w świecie takim jakim go widzę w wersji "marzenie".

Docierają do nas codziennie wieści ze świata. Nie tylko medialne, ale również od znajomych żyjących w różnych miejscach na Ziemi. Pośród nich trudno dostrzec potwierdzenie dla spokojnych wypowiedzi analityków rynków finansowych oraz ekspertów od makroekonomii, którzy widzą, że drgnęło, że spoko, spoko, już w przyszłym roku będzie świetnie. Spece nie tłumaczą oczywiście skąd to przekonanie, gdzie znajduje się motor nadający zdrowe tempo gospodarce całego świata. Liczą na stopniowe odmóżdżenie nas wszystkich, osiągnięcie stanu onej rybki z filmu "Gdzie jest Nemo?", która była niezwykle sympatyczna, ale pamięć miała niezwykle krótką. Jeśli marzenie ekspercko-analityczne dotyczące ogólnej demencji rodzaju ludzkiego ziści się, to za rok nie będziemy pamiętali czy zjedliśmy śniadanie i po co, a cóż dopiero, co owi obywatele twierdzili rok wcześniej, czyli obecnie.

Dzisiaj specjaliści od nadciągającego nieuchronnie dobrobytu nie muszą mówić nic. Świat nasz zamarł w oczekiwaniu na biały dym z komina, potem będzie przynajmniej tydzień roztrząsania kto zacz, dlaczego ten akurat, skąd on i czy nie służył w Wermahcie. A jak Pan Litościwy sprawi, to za te dwa, trzy tygodnie znów coś nam gruchnie ciekawszego niż kolejny odcinek przepychanki Kaczyński-Tusk.

Czego jak tak jęczę i co to ma wspólnego z tytułem niniejszego artykułu? Otóż chodzi mi po głowie, że Vatican Story przysłoniło nam zupełnie wydarzenie mające miejsce w Pekinie od  5 marca, a zwane po angielsku 'Two Meetings". Raz do roku w stolicy Chin odbywają się dwa wielkie spotkania. Jedno to posiedzenie chińskiego Parlamentu, czyli po naszemu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, drugie zaś to walne zebranie członków Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (cudowne nazwy, nieprawdaż?). W tym roku w ramach obrad OZPL nastąpi oficjalna zmiana warty wśród przywódców drugiej gospodarki świata. LPKKChRL (uwielbiam te skróty) tymczasem rzuci nieco światła – poprzez wypowiedzi delegatów – na prawdziwy obraz Chin prowincjonalnych, tych mniej "glamour", mniej pasujących do konceptu światowego lidera.

Żeby przedstawić w szczegółach co się dzieje na obradach obu tych gremiów musiałbym stukać w klawiaturę tygodniami, pozostając wciąż w tyle za aktualnościami, nie mówiąc już o pozostawaniu w cieniu wydarzeń z Rzymu. Dlatego też z absolutną premedytacją postanowiłem sobie dać spokój. Natomiast zdecydowałem się podzielić z ludzkością pewną refleksją. Otóż doszedłem do wniosku, że zasadniczą różnicą pomiędzy Zachodem, a chińskim Wschodem jest to, iż my tutaj żyjemy w świecie mocno już wirtualnym. Chiny wciąż pozostają w świecie realnym. W najbliższych paru latach albo wejdą w rzeczywistość wirtualną, albo pozostaną w realu. Jak będzie? Nie wiem. Wiem zaś jakie będą tego efekty. My, dumni mieszkańcy Europy, USA, Australii i innych takich, wierząc w swoją wyższość nad innymi nacjami i gatunkami świata ożywionego, jakiś czas temu postanowiliśmy porzucić rozum. Uwierzyliśmy, że pieniądze można zarabiać na akcjach, obligacjach, funduszach. W pewnym momencie na scenę światowej gospodarki weszły skromniutko Chiny, które (jak i ja sam) mentalnie i intuicyjnie trzymały się austriackiej szkoły ekonomicznej. Ta zaś mówi po prostu: wartość ma praca, której efektem jest produkt, lub usługa pozwalająca wytworzyć, przetransportować, uchronić produkt. Pieniądz ma wartość jeśli posiada pokrycie. W złocie. Zachodni świat oniemiał kiedy okazało się, że z pracy rąk milionów ludzi można uzyskać tak wiele. Że kraj wykończony gospodarczo przez szajby swojego przywódcy może stanąć na nogi. I to nie jako karzełek, ale Godzilla, lub nawet jakaś większa istota.

W chwili kiedy to piszę ekonomiści medialni wykrzykują w radiu, którego słucham: "to najlepszy czas, żeby budować swoje portfele akcji". Jasne. Przyjdzie nam z tego tyle, co z porzucenia wszystkich codziennych zajęć i obserwowania bez mrugnięcia okiem blaszanego komina w Watykanie za pomocą mnożących się aplikacji mobilnych. W Chinach decyduje się właśnie, czy najliczniejsza nacja na świecie pójdzie w budowanie portfeli, czy też pozostanie na pozycji realnego "robienia pieniędzy" poprzez produkcję dóbr i usług.

Moim zdaniem, subiektywnym, niefachowym, nieekonomicznym, krok Chin w kierunku wybranym przez nas będzie ich końcem. Wątpliwości? Wystarczy spojrzeć na wpływ malejącego eksportu na kondycję chińskich finansów.

Rzecz dotyczy drugiej gospodarki świata. My, dzięki wpływowi mediów, wolimy jednak zajmować się z pozycji pro-, albo anty- dymem z watykańskiej rury blaszanej. Cóż mogę dodać, ja, niewielki żuczek?


Leszek Ślazyk

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

3 thoughts on “Chiny a świat, czyli real versus virtual”

  1. uwielbiam te Pana teksty, nic dodać nic ująć. najsmutniejsze, że prawdziwe

    pozdrawiam

  2. dziękuję. oj tam od razu smutne. bardziej chyba zrzędliwe. a to już bardziej przed wiek podeszły ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close