Chiny subiektywnie

Chiny, albo granice cierpliwości matki natury

Przybywszy do Chin Ludowych w połowie lat 90-tych zeszłego już stulecia uległem w niezwykle krótkim czasie fascynacji tempem rozwoju tego kraju. Rzeczywistość chińska zmieniała się bowiem z dnia na dzień. Mury pięły się do góry, wyraźnie poprawiały się warunki życia w miastach, miasta radykalnie zmieniały swoje oblicze in plus. Zapadłe dziury, gdzie po głównych ulicach łaziły krowy i kury zamieniały się w kilkanaście miesięcy w małe metropolie. Mnie i ludzi, z którymi pracowałem w Chinach, fascynowała skala zmian, ich szybkość. Po dwudziestu latach wiemy już, że za darmo nie ma nic. Matka natura każe Chińczykom płacić słoną cenę za wykonany skok cywilizacyjny.

Matka natura zazwyczaj posługuje się plagami. Od zawsze w ten sposób karci dziateczki, którym się w głowach poprzewracało. Na Chiny plag tych równocześnie spada co najmniej 7.

1. Zatrute wody

W ostatnich tygodniach wrócił jak bumerang temat jakości wód pitnych w Chinach. Impulsem do dyskusji w mediach i w sieci stały się trupy świń pływające w ogromnych ilościach w rzece Huang Pu, będącej jednym ze źródeł wody pitnej w Szanghaju. Obserwatorów Chin zaskoczył niewielki odzew społeczny związany z dość poważną aferą. Chodziło przecież o tysiące świńskich zwłok wyławianych codziennie z rzeki, której wody zasilają wodociągi. Internauci komentowali w zasadzie podobnie "świńskie" doniesienia: skoro pijemy z rzeki, w której woda stanowi mniejszą część cieczy (większość to chemikalia, metale ciężkie, różne substancje pochodzące z fabryk, gospodarstw rolnych, odległych trucicieli), to te kilka świń nie może nam zaszkodzić. Humor godny Monty Pytona. Pełen jednak goryczy bazującej na rezygnacji. W całych Chinach trudno już w tej chwili znaleźć wody, których czystość spełnia wymogi unijne. Według różnych źródeł wody, które nie nadają się nawet do użytku przemysłowego stanowią ponad 75% wszystkich zasobów Chin. Zasoby zaś są bardzo ograniczone.

2. Susza

Chiny Zachodnie i Północne od wielu lat borykają się z coraz dłuższymi okresami suszy. Ostatnich parę wiosen i lat przynosi coraz poważniejsze problemy z dystrybucją wody pitnej w takich miastach jak Qingdao, Tianjin, ale przede wszystkim w Pekinie. Dzisiaj zasoby wody pitnej w stolicy Chin stanowią zaledwie 1/10 normy ustalonej przez Światową Organizację Zdrowia na osobę rocznie. Opierając się o ogromne zasoby gotówki Chińczycy chcą sprowadzić do Pekinu wodę aż z rzeki Mekong (to pomysł godny Mao Zedonga), ten pomysł budzi jednak najgorsze obawy hydrologów, którzy ostrzegają, że osłabienie zlewiska Mekongu doprowadzi w krótkim czasie do upustynnienia całej północy Chin, która już dzisiaj jest terenem stepowo-pustynnym. Pekin to zresztą jeden z punktów krytycznych na hydrologicznej mapie Chin. Priorytetowy, w końcu to stolica. Większym wyzwaniem staje się dostarczanie wody do trawionych suszą pól i upraw w Chinach Północnych i Centralnych. Każdego roku niszczone są tam setki tysięcy hektarów, na niedostatek wody pitnej cierpią miliony ludzi. W Pekinie wszyscy siedzą na kupie. Na terenach wiejskich to rozproszone społeczności. Koszty dostarczenia wody urastają tam do sum kosmicznych.

3. Zatrute powietrze

Na początku roku wiele słyszeliśmy o smogu w Pekinie. Mało komu w Polsce udało się zrozumieć jednak z jaką skalą problemu borykała się stolica Chin i jej mieszkańcy. Głównym źródłem energii w Chinach są elektrownie węglowe. Stare. Produkują one miliony ton pyłów, wśród których dużą część stanowią pyły PM2,5, czyli cząstki o średnicy równej lub mniejszej niż 2,5 mikrometra. Takie cząstki swobodnie przenikają do płuc i na stałe osadzają się w pęcherzykach płucnych. Nie da się ich wykaszleć, wykrztusić. Wlazły – nie wylezą samoistnie. W Polsce norma roczna dla takich pyłów to 25 mikrogramów na metr sześcienny. W Krakowie, w centrum, gdzie wciąż opala się mieszkania piecami węglowymi, mieszkańcy wyszli na ulicę w proteście, kiedy poziom cząsteczek na dzień czy dwa przekroczył liczbę 115 mikrometrów. Taki poziom stał się po prostu uciążliwy w codziennym życiu. W Pekinie tygodniami pomiary wykazywały poziom powyżej 450 mikrogramów. Zdarzyły się dni, kiedy ilość pyłów PM2,5 na metr sześcienny przekroczył 900 mikrogramów.

Mieszkańcy Pekinu noszą na co dzień maski filtrujące, kaszlą, zapadają na astmę, rośnie ilość osób chorujących na choroby płuc, w tym na raka. Wielki smog londyński z 1952 roku trwał 4 dni. Smog pekiński trwa z przerwami od lat. Chińscy lekarze już dzisiaj wieszczą, że za parę lat w każdej pekińskiej rodzinie znajdzie się osoba cierpiąca na chorobę nowotworową, której przyczyną będzie jakość wdychanego powietrza.

4. Zatruta ziemia

Brak norm dotyczących ochrony środowiska w Chinach spowodował, że co najmniej do roku 2006 nikt z rządzących krajem na serio nie zajmował się kwestią wpływu niekontrolowanej produkcji przemysłowej na jakość chińskich gleb. W 2006 roku właśnie powołano specjalną komisję, której celem stało się opracowanie raportu na temat "stanu zdrowia" chińskiej ziemi. Badania wykonano rzetelnie, za ogromne pieniądze. Wyniki tych badań zaś musiały okazać się tak mało budujące, że raport komisji natychmiast utajniono. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby zrozumieć co znalazło się w chińskich gruntach przez ostatnie 30 lat produkowania w Państwie Środka wszelkiego rodzaju przetworzonych surowców, towarów, których produkcja została zakazana na Zachodzie, czy stosowania rozmaitych "ulepszaczy" dla żywności, odzieży, plastików, urządzeń elektronicznych i wielu innych produktów "Made in China". Ostatnie chociażby informacje na temat skażenia gleb wokół farm hodujących świnie i kury rzeźne wskazują, że ziemia w Chinach była i jest zatruwana nie tylko chemikaliami, ale również staje się potencjalnym źródłem zakażeń bakteryjnych.

5. Erozja gleb

Chiny przez ogromną większość swojej historii borykały się z problemem wyżywienia swojej ogromnej populacji. Dzisiaj właściwie problemu głodu w Państwie Środka nie ma. Jest 150 milionowa rzesza biedaków żyjących za mniej niż dolara dziennie, ubogich, niedożywionych, jednak nie umierających z głodu. Kurczą się natomiast chińskie obszary, na których można prowadzić gospodarkę rolną. Jednym z czynników stała się urbanizacja na skalę dotąd światu nie znaną. Poważniejszym jednak zagrożeniem stała się erozja gleb będąca wynikiem rabunkowej, iście pierwotnie kapitalistycznej gospodarki zasobami naturalnymi, w tym głównie drewnem. Okazuje się, że jednym z istotniejszych czynników zagrażających chińskim lasom jest sposób w jaki Chińczycy spożywają swoje posiłki. 1 miliard 300 milionów Chińczyków zużywa średnio 800 miliardów pałeczek rocznie. Pałeczek wytwarzanych z drewna i z bambusa. 95% powierzchni leśnej w prowincji Guangdong padło ofiarą producentów pałeczek. Przetrzebione lasy, to erozja gleb pozbawionych ochrony podczas monsunowych deszczy. Erozja gleb to oraz miej upraw i zbiorów. A to w konsekwencji albo import żywności, albo coraz mniej pokarmów do wkładania pałeczkami do ust. Nieumiarkowanie w jedzeniu może poprowadzić wprost do głodu. Matka natura nie lubi równowagi.

6. Zatruta żywność

Jeśli zdamy sobie sprawę, że nawet najzdrowsza sadzonka zostanie posadzona w zatrutej glebie, podlana zatrutą wodą, a do tego wzrastać będzie w skażonym pyłem wszelakim powietrzu, to roślina, która z sadzonki wyrośnie nie może być zdrowa dla naszego zdrowia. Chyba, że jesteśmy cyborgiem, który żywi się metalami ciężkimi i różnymi pochodnymi wszelakich elektroliz. Kiedy w chińskiej restauracji patrzę na suto zastawiony stół, robi mi się słabo. Kura faszerowana hormonem wzrostu. Wieprzowina napakowana antybiotykami, żeby była zdrowiutka. Zielenina obciążona tablicą Mendelejewa. Mleko z melaminą. Sok z formaldehydu. Ryby i owoce morza szprycowane zastrzykami na poprawienie koloru.

Ryż z importu? Cola w puszce? Biorę ryż i colę. Ale i tak nie mam pewności, czy ten ryż faktycznie z importu, a nie z silikonowych ziarenek.

7. Choroby

Mało się tym mówi w ogóle. Służba zdrowia w Chinach jest odpłatna. Po prostu. Nie ma darmowej. Jeśli karetka przywiezie nas do szpitala z wypadku, to możemy liczyć na butelkę soli fizjologicznych podaną w formie kroplówki w izbie przyjęć. Jeśli jesteśmy w stanie wykazać się gotówką, lub aktywną kartą płatniczą otrzymamy łóżko i kroplówkę. Jeśli w danym szpitalu nie mamy znajomości, to będziemy sobie czekać do usranej śmierci. Dosłownie. To jedna strona medalu. Druga to 400 tak zwanych "rakowych wiosek", rosnące zastępy osób chorych na astmę, przedwcześnie starzejących się w wyniku pracy w nieludzkich warunkach, ale także ludzi popadających w depresję, czy wręcz w obłęd. Trudno wytrzymać ciśnienie wytwarzane przez rosnące koszty utrzymania, coraz mniejsze możliwości podjęcia sensownej pracy, za to nieustannie zwyżkujące ceny domów i mieszkań. Żeby swobodnie chorować trzeba zarabiać wiele. Czym więcej się zarabia, tym łatwiej zapaść na zdrowiu. Kółko się zamyka.

 

Matka natura troszczy się o dziateczki kiedy trzeba, a kiedy musi klapsa da. Czy z zasady racjonalni władcy Chin Ludowych gotowi są na naganę ze strony matuli? Kto ich tam wie? Póki co nacierają na Afrykę. Może to jakieś przygotowanie do ewentualnego eksodusu? "Z ziemi egipskiej…."?

Leszek Ślazyk

fot. Anna Rogulska, Paweł Stelmach – www.fotomadeinchina.blogspot.com
Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

3 thoughts on “Chiny, albo granice cierpliwości matki natury”

  1. tak, zatrucie jest, po 4mcach mieszkania w szanghaju (wrocilam w styczniu) mialam brzydki zapach z buzi, ktory jednak zszedl po 2 tygodniach w Europie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close