Chiny subiektywnie

Chiny, albo komedia pomyłek

czyli o przebywaniu w ogonie

 

Dzisiejszy dyskurs publiczny na tematy wszelakie w Polsce trąci myszką. O czym byśmy nie rozmawiali (mnie przypada rola biernego słuchacza i czytacza dzięki łączom internetowym), w dialogu (a częściej wykrzykiwanych monologach) odwołujemy się do wydarzeń, wartości, pojęć, które należą już do przeszłości. Przeszłość (a zatem i historię) powinniśmy znać i ją analizować, ale konstruowanie teraźniejszości, a zwłaszcza projektowanie przyszłości na bazie tego co już dawno minęło to jakaś piramidalna bzdura. Budowanie relacji w Europie w oparciu o model polski jagiellońskiej? Antycypowanie kształtu polskiego rynku pracy w perspektywie 30 lat w oparciu o dzisiejsze relacje pomiędzy procesami demograficznymi, a środkami produkcji, a zwłaszcza przedmiotem produkcji? Toż to kompletne nieporozumienie wynikające zarówno z nieumiejętności zrozumienia tego co działo się w przeszłości i dzieje się obecnie, jak również z braku podstawowej wiedzy. Polska Jagiellonów to przeszłość, od której dzielą nas setki lat. W tym okresie wydarzyły się rzeczy fundamentalne, takie jak na przykład powszechne powstanie narodów. Narodów, którym dzisiaj idea jagiellońska śmierdzi utratą suwerenności (i to w realnym wymiarze, nie tym, który przypisuje się członkostwu w Unii Europejskiej), dla których przywoływanie tej idei jest, delikatnie rzecz ujmując, pewną niezręcznością strony polskiej. Rynek pracy i jego relacje z trendami demograficznymi za 30 lat będą absolutnie różne od tych, których doświadczaliśmy i doświadczamy. Wykluczenie całych grup zawodowych, przejęcie ogromnej ilości różnych form pracy przez maszyny i urządzenia spowoduje, że to nie generacje młodsze będą musiały pracować na emerytury generacji starszych (co za kuriozalne postawienie sprawy, tak powszechnie akceptowane w dyskusji publicznej), a te właśnie maszyny i urządzenia. Strona finansowa jest zaledwie drobną częścią efektów tego nieodwracalnego procesu, z którymi będziemy się musieli borykać w bardzo krótkiej perspektywie.

 

Ten sam problem, widzę i słyszę to wyraźnie w dyskusjach internetowych, artykułach, komentarzach, wypowiedziach w radio i telewizji, dotyczy Chin. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że doskonała większość osób wypowiadających się w tej, czy innej formie na temat współczesnych Chin, albo w Chinach nigdy nie była, albo była ostatnio kilka lat temu, albo odwiedziła Chiny zupełnie niedawno, za to bardzo krótko, w dodatku w oderwaniu od chińskiej rzeczywistości (wycieczka turystyczna, podróż służbowa w ramach działalności importowej, konferencja naukowa, etc.). Tymczasem tempo zmian w Chinach jest tak duże, że półroczna przerwa w kontakcie z Chinami realnymi powoduje, że tracimy z nią kontakt. I nie zrozumie tego nikt, kto w ostatnich 5-6 latach w Chinach nie był, chociażby w ramach studiowania tam języka chińskiego. Osoby z tej nielicznej grupy Chin realnych doświadczających mówią – kiedy z nimi rozmawiam – niemal dokładnie to samo: „jeśli my tam na tle Europy się rozwijamy, idziemy do przodu, to Chiny w tym czasie lecą jakąś rakietą chyba”. To fascynuje i zarazem męczy bardzo. Tempo zmian może niezwykle inspirować, napędzać, ale w wielu sytuacjach potrafi nieźle podnieść ciśnienie. Nie wszystkie zmiany bowiem są dobre, nie wszystkie mają sens. Niemniej jednak sprawa jest bezdyskusyjna: Chiny sprzed pół roku są inne do tych Chin z dzisiaj. W Shenzhen wystarczy wyjrzeć przez okno i porównać to co widać dziś ze zdjęciem października zeszłego roku. Zmiany, zmiany, zmiany.

 

To raz.

 

Osoby mające niezbyt ścisły związek z Chinami budują ich obraz w oparciu o pojęcia ukształtowane w przeszłości, do tego ukształtowane tu, gdzieś nad Wisłą. A potem ten obraz przepuszczają przez pryzmaty swoich doświadczeń i sposobu postrzegania świata. W efekcie mamy dwa dominujące poglądy na dzisiejsze Chiny:

  1. Chiny to kraj komunistyczny, a więc nam, spadkobiercom II RP, ofiarom rozwiązań jałtańskich wrogi, ze wszystkimi tego konsekwencjami;

  2. Chiny to farbowany lis, niby państwo komunistyczne, ale tak naprawdę kapitalistyczne, dające wprawdzie ogromne szanse, ale bezwzględnie wykorzystujące jednostki, na wzór XIX wiecznego kapitalizmu europejskiego.

 

Na to wszystko zostaje nałożona nakładka poglądów politycznych, tych prawicowych, albo tych lewicowych. Konserwatysta, pod rękę z socjalistą dopatrywać się będzie w Chinach zła wszelkiego, opresji jednostki, uciemiężenia i urzeczywistnienia wizji George'a Orwell'a. Liberał (a zwłaszcza korwinista), ramię w ramię z komunistą widzieć będzie zaś w Chinach raj na ziemi, urzeczywistnienie najszczytniejszych idei, przestrzeń wolności (gospodarczej) i powszechnej szczęśliwości (społecznej).

 

To dwa.

 

Nietrudno się domyślić, że w takich okolicznościach nie ma nawet mowy o budowaniu jakiejkolwiek strategii budowania naszych relacji z Chinami. Bo powyżej opisany stosunek do Chin dotyczy zarówno „przeciętnego Polaka”, jak i decydentów. To zjawisko doskonale powszechne. Pomijam antykomunistyczną szajbę p. Sikorskiego, który „otagował” Chiny etykietką „red is bad” i w ten sposób odfajkował problem na lata. Ostatnimi czasy jest jeszcze zabawniej. Najpierw euforia (Duda jedzie do Chin, wow!), potem konsternacja (Macierewicz blokuje budowę hubu kolejowego na trasie Chiny – Europa Zachodnia), a dzisiaj generalnie flauta. Brak planu. Brak wizji (która nie jest przejawem choroby, jak chcą żartobliwi cynicy, ale która powinna być podstawa jakiegokolwiek działania politycznego) przekłada się nie tylko na słabość rzeczywistych relacji dyplomatycznych (rzeczywistych, nie propagandowych), ale przede wszystkim na działania o charakterze gospodarczym. Zawziętość polskiej strony, żeby Chinom koniecznie sprzedać kurze łapki, kiedy Chiny jak mogą tylko (a mogą) sygnalizują, że interesują je zupełnie inne produkty, jest po prostu symboliczna.

 

Chiny są bytem specyficznym, tworem osobnym, różnym od tych, które istniały w przeszłości. Szukanie w ich dzisiejszym kształcie analogii z systemami sprzed 100, czy 50 lat jest działaniem pozbawionym większego sensu. Równie bezsensowne jest ideologizowanie relacji z ChRL. Próby tworzenia sytuacji, dzięki którym Chiny miałyby zmienić swój sposób postępowania, wycofać się ze swoich zamierzeń i planów, zwłaszcza z pozycji takiego państwa jak Polska (średniego pod każdym względem), to intelektualna aberracja. Tego samego ciężaru zresztą co założenie, że Chiny są tak daleko, że ani im nic do nas, ani nam nic do nich, zatem nie ma sobie czym głowy zaprzątać. Przez lata w przestrzeni polityki światowej było jedno słońce – Stany Zjednoczone, system heliocentryczny w polityce międzynarodowej i międzynarodowej gospodarce się sprawdzał. Dzisiaj – wszystko na to wskazuje – mamy do czynienia z kształtującym się układem bisolarnym. Nie da się latać wokół jednej gwiazdy i zaprzeczać istnieniu drugiej. Werbalnie to wykonalne, fizycznie już nie. Najwłaściwiej byłoby kręcić orbitalne ósemeczki raz wokół jednej, raz wokół drugiej i nigdy nie dać się uwięzić w punkcie pomiędzy ich polami magnetycznymi, które mogą rozerwać na strzępy. Ale, żeby takie założenie zrealizować, trzeba choć trochę znać naturę tej nowej gwiazdy. Poznać naturę, a nie wymyślać ją sobie na bazie osądów własnych, jak również tych wszystkich, którzy się z nami we wszystkim zawsze zgadzają.

 

Ale po co nam to wszystko, po co sobie głowę zaprzątać Chinami, kiedy tu na miejscu tyle do załatwienia?

 

Hmmmm….

 

Po pierwsze znakomita większość tych „ważnych spraw do załatwienia” do dubeltowe pierdoły nie mające żadnego znaczenia w perspektywie kilku lat, czas pewnie i kilku miesięcy ledwie. Po drugie kilka tygodni spędzonych cięgiem w Chinach, w zanurzeniu w tutejszej rzeczywistości uświadamia bardzo gorzką prawdę. A brzmi ona następująco: przy zupełnym braku świadomości takiego stanu rzeczy znajdujemy się w ogonie (żeby nie rzecz w czarnej d…e) wśród państw rozwiniętych i do tego miana aspirujących. Bez zręcznego wykorzystania dzisiejszych chińskich potencjałów będziemy tylko tę naszą pozycję utrwalać. Albo pogłębiać, jak kto woli.

 

A jak to zrobić będę mówił w najbliższy piątek w Warszawie, pełen nadziei, że mój głos zdoła się przebić. A tu link do tego o czym mowić będę: 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Chiny, albo komedia pomyłek”

  1. Dobry artykul. Polska jest jak nieco uposledzony, bity w dziecinstwie piesek, kocha podlizywac sie i wchodzic w dupe np USA tylko po to by uslyszec jakies mile slowko i moc sie nim pysznic w krajowych mediach przez z pare dni. Jednoczesnie tuli uszy kiedy ow „hegemon” spuszcza mu lomot. Dodatkowo lubi poszczekac na inne duze psy jak np Rosja, a potem dziwi sie, ze go nigdzie nie lubia. Jaki pies taki pan. Sami wybieramy sobie duzych partnerow. Polityka wymaga kompromisow i wazenia zyskow i strat. Skoro nasze elyty wola psychopatycznego wielkiego sama w agonii zamiast spokojnego i rozgarnietgo ChRL to sprawy wygladaja w ten sposob wlasnie. Zycze Polsce opamietania i dynamicznego rozwoju, podobnego do tego z ChRL.

  2. Zerknalem na załącznik do wystąpienia i chciałbym wiedzieć kogo się spodziewasz na tym spotkaniu ?

  3. @ Flaemaster: cholera, trudno mi się nie zgodzić. w punkt: " Polityka wymaga kompromisow i wazenia zyskow i strat." nic dodać.

    Pozdrawiam

  4. @ Leszek 2: Hej, nie spodziewałem się niczego, a było bardzo duże i zacne audytorium. Zarówno ze sfer administracji, ajk i dużego polskiego biznesu. Czy cos z tego wyniknie to juz zupełnie inna para kaloszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close