Chiny subiektywnie

Chiny, albo Reisefieber

czyli myśli parę rozedrganych przed podróżą

Już za nieco ponad tydzień ruszam w ponowną podróż do Chin. Radziecki saper z „Czterech pancernych i psa” uśmiechnąłby się szeroko i powiedział (po rosyjsku, rzecz jasna): „No to mamy kupę czasu”. Może i tak, ale ja konsekwentnie, sukcesywnie wpadam w histerię, znaną po drugiej stronie Odry jako Reisefieber, czyli „gorączka podróżna”. Mam tak przed wyjazdami do Chin od zawsze. Tym razem jednak histeryzuję nie tyle z obawy, że czegoś nie dopnę, że czegoś zapomnę (paszport, karty, bilety, paszport, karty, bilety, paszport, karty….), ile, że coś nieoczekiwanego mnie zatrzyma, uniemożliwi wyjazd. A tego mógłbym nie przetrzymać. Pragnę stąd wyjechać jak najszybciej i jak najdalej.

Chiny nie są ideałem. Nie są moim wymarzonym miejscem na mapie świata. Prawdę mówiąc Chiny przytrafiły mi się przypadkiem, wskutek pewnego zbiegu okoliczności. Kolega nie chciał do Chin, ja owszem, pojechałem jednorazowo, potem po raz drugi, trzeci, dziesiąty, potem więcej byłem tam (tu?) niż tu (tam?). Doszło do tego, że zacząłem domownikom swym ukochanym mówić: „wracam do Chin”. Trafiłem tam nie dlatego, że chciałem zostać polskim Brucem Lee. Do sportów mam bowiem od małego stosunek sceptyczny („No sports, just whisky and cigars” miał rzec Winston Churchill). Nie miałem ciśnienia na podróżowanie w odległe od domu miejsca, być może egzotyczne, ale za to pełnie niemiłych niespodzianek (gorąc, robaki, napoje przeżuwane przez wątpliwej urody samice tubylców…). Chociaż uwielbiałem książki Arkadego Fiedlera i filmy Tonyego Halika. Nie uległem zauroczeniu ani chińskim językiem, ani chińską kulturą, ani samymi Chińczykami. Do dnia mojego pierwszego lądowania w Szanghaju w 1994 roku z Chinami kojarzyły mi się jakieś tam obrazki telewizyjne z Mao i ludźmi machającymi czerwonymi książeczkami (chociaż w czarno-białym telewizorze były takie bardziej szare…), białymi trampkami z zieloną podeszwą, które trzeba było upolować w sklepie sportowym, a także z gumkami pachnącymi, przebojem gdyńskiej „Cepeliady”, bodaj w roku 1978. I tyle tego. Reisefieber

W pierwszym kontakcie nie polubiliśmy się z Chinami. Oj nie. Zimno, brudno i syf, że się tak wyrażę. Ludzie dziwni, w dużej mierze dzicy (te wszystkie obmacywanki w środkach transportu publicznego, zaczepki werbalne dziatwy i dorosłych, jaranie fajek i spluwanie zielonym, albo żółtym w dowolnym miejscu, okolicznościach i czasie), jedzenie takie sobie (delikatnie rzecz ujmując), no i w bardzo krótkim czasie hardcorowe zapalenie oskrzeli, z którym wróciłem do domu. Potem jakoś tam zacząłem przywykać. Zwłaszcza po kilku wizytach w Indiach. Te podróże do Indii szybko mi uzmysłowiły, że są miejsca mniej jeszcze powabne niż na przykład wsie okalające Cixi w prowincji Zhejiang. Potem bywało różnie: górki i dołki, wzloty i upadki. Spotkało mnie w Chinach mnóstwo rzeczy złych i podłych, ale też i niewiarygodna ilość naprawdę dobrych i budujących. Co zaś przegryzło się przez wszystkie odczucia i emocje, a nabrało mocy zwłaszcza w ostatnich dwóch-trzech latach, to to poczucie niesamowitej energii, jakiegoś takiego nerwu progresu, którym przeniknięte jest powietrze w Chinach. Nie wszystkim to odpowiada, mnie tak. Trudno wytłumaczyć sens tych słów komuś kto w Chinach nie był nigdy. Najłatwiej zaś tym, którzy byli tu (tam?) powiedzmy 15 lat temu, a następnie całkiem niedawno. Im wszystkim, i mnie również brakuje z wrażenia oddechu, tak jak po zanurkowaniu w bardzo zimnej wodzie. Człowiek patrzy na chińską rzeczywistość i myśli sobie: „Można? Można!”. Reisefieber

"Chiny nie są bajką dla grzecznych dzieci. Dużo w nich twardych kantów i ostrych kolców. Ale kiedy się tam jest, to widać i czuć PLAN.

Chiny nie są bajką dla grzecznych dzieci. Dużo w nich twardych kantów i ostrych kolców. Ale kiedy się tam jest, to widać i czuć PLAN. Chiny mają konkretny plan i go sukcesywnie, konsekwentnie realizują. Nie dzielą się szczegółami, czasem ledwie ogółami. To nie są rzeczy dla maluczkich. I po co maluczkim wiedzieć co się po drodze popsuło, co poszło z dymem, co było zupełnie bez sensu? Wystarczy podziwiać efekty pośrednie i te końcowe. Za każdym razem kiedy wracam z Chin do siebie, to po chwili euforii, radości z powrotu, uciechy z bliskości najbliższych, dopada mnie frustracja. Bo tam (tu?) w Chinach widać, że jest jakiś cel, jakiś sens, że się dokądś konkretnie zmierza. A tu (tam?) nad Wisłą władaniem zajmują się różnego rodzaju domorośli fizycy: albo od dynamiki cieczy, specjaliści pracujący nad przepływami ciepłej wody w kranie, albo ci od maszyn prostych, fachowcy od unoszenia się z kolan. Wszyscy bez względu na specjalność tak krótkowzroczni, jak również w swej krótkowzroczności zupełnie nieporadni, a przede wszystkim niezdolni do stworzenia jakiegokolwiek planu, który przetrwałby kilka lat. Trudno budować sensowne wizje przyszłości, kiedy „najlepiej” wychodzi nieustanne potykanie się o własne nogi. Czym jestem starszy, tym bardziej mnie ten brak planu boli, a chyba nawet przestrasza. Chcę chociaż w przybliżeniu wiedzieć co mnie czeka na przykład za rok. Przecież to żadna perspektywa. Rok ledwie. Tu, w domu, nie mam pojęcia co się w ciągu roku wydarzyć może. A tam, w tym miejscu, które nie jest tym wymarzonym, niepewność znika. Jest plan, jest wizja, jest projekcja przyszłości, są wdrażane w życie pomysły jak z teraźniejszości do tej przyszłości dotrzeć z tarczą, nie na tarczy.  Reisefieber

No i czym bliżej daty wydrukowanej na bilecie lotniczym, tym bardziej się niepokoję, że się coś popieprzy, i jak w jakimś durnym śnie, utknę gdzieś na dobre, pomiędzy Bałtykiem, a Tatrami, i tkwić będę nie wiadomo po co, nie wiadomo ile.  Reisefieber

Jest Rok Psa. Dla mojego znaku ten rok oznacza bardzo dużo organicznej pracy, takiej pracy u podstaw i od podstaw, żeby zrealizować swój plan. Mały plan małego człowieka. Tu (tam?) u siebie próbowałem go zrealizować ponad dekadę. Nic z tego nie wyszło. Tam (tu?) czekają już na mnie zainteresowani wspólną realizacją mojego (naszego) planu. Tam, nie tu. To, że tam, a nie tu pewnie też leży u źródeł mojej Reisefieber, „podróżnej gorączki”.  Reisefieber

 

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close