Chiny subiektywnie

Chiny : Czemu nam tak bardzo nie wychodzi?

Chiny są w Polsce tematem zawsze ciekawym. A to urodzi się świnia o dwóch głowach, za to z jednym okiem, a to wprowadzą jakieś nowe zarządzenie, że można mieć nie jedno, a dwoje dzieci, a to się dowiemy, że to druga potęga gospodarcza na świecie. Ludzie mówią tam dziwnie, po chińsku, piszą jeszcze dziwniej, że nikt normalny tego nie zrozumie, a do tego wszystkiego jedzą kijkami zamiast jak ludzie nożem i widelcem. Mniej więcej na tych obszarach zasadza się i do nich ogranicza nasza wola poznawcza Chin. Dotyczy to również, a może zwłaszcza polskich uredników i decydentów.

Od wielu lat zastanawiam się dlaczego Polski w Chinach nie ma. Wydaje mi się to bardzo dziwne jeśli weźmiemy pod uwagę zarówno politykę jak i ekonomię.

Polska – pomimo wyobrażeń obozu najprawdziwszych Polaków polskich – jest krajem peryferyjnym. Jest nim ponieważ jej (nasz) potencjał terytorialny, demograficzny i ekonomiczny nie pozwala zajmować wyższej pozycji w światowej hierarchii. Nie możemy przeto stawać w bezpośrednie szranki ze Stanami Zjednoczonymi, czy Rosją, a także Chinami, bo rzecz ujmując kolokwialnie kwestia Polski wisi mocarstwom jak kilo kitu. W perpsektywy współczesnych imperiów jesteśmy przedmiotem, nie zaś podmiotem polityki światowej. Dla krajów wagi średniej, takich jak Kanada, Japonia, Anglia, Niemcy, Francja czasem jestesmy interesujący, ale zazwyczaj też w kategoriach statystycznych, przedmiotowych, nie podmiotowych.

Czy to źle? To pytanie bez większego sensu. To pytanie podobne do tego, czy to źle, że urodziliśmy się blondynem, brunetką, kobietą, mężczyzną, itd., itp. Tak jest i z tego właśnie, że jest tak, a nie inaczej, winniśmy wyciągać wnioski i czynić wszystko, aby wykorzystać maksymalnie co los nam dał. Dla siebie, dla własnego dobra, a przez to dla dobra nam bliskich.

Jesteśmy krajem peryferyjnym, jednakże w tej peryferyjności przez Fortunę krajem pobłogosławionym. Nasze położenie geograficzne, kształt granic po II wojnie swiatowej powoduje, że teoretycznie powinniśmy być epicentrum transportu i handlu na kierunkach Wschód-Zachód i Północ-Południe Europy. Nie jesteśmy. Dokładnie z tych samych powodów, dla których w żaden sposób nie potrafimy się odnaleźć w relacjach z Chinami. Brak nam zaczynu, koncepcji, wiedzy i chęci realizacji zamierzeń.

Chiny to kontynent, kraj ogromny, zróżnicowany, niezwykle ludny i zupełnie nam obcy. Naturalnym odruchem wydawałaby się chęć poznania Chin. Ale w Polsce, poza inicjatywami prywatnymi, oderwanymi od siebie działaniami niektórych uczelni, takiego zaczynu nie ma. Co więcej sugestia o kapitalnym znaczeniu poznania, konieczności przybliżenia Polsce Chin spotyka się niezmiennie z różnymi formami pełnego wyższości fukania i wzruszania ramionami. Nie ma w Polsce żadnej spójnej myśli o sposobie ułożenia naszych relacji z Chinami. A przecież, skoro pretendują one do miana mocarstwa światowego, skoro są druga gospodarką na świecie, a może za chwilę zajmą gospodarcze pierwsze miejsce, to do czorta wpływ na los kraju takiego jak Polska mieć będą! Czy niczego nas nie nauczyła historia: kongres wiedeński, konferencja jałtańska?

Przeszkodą na drodze do konstruowania jakiejkolwiek koncepcji układania stosunków polsko-chińskich jest brak elementarnej wiedzy strony polskiej na temat tego kraju. Chiny w kręgach polskiej władzy są przedmiotem swoistych, niezwykle krótkich mód. Każdy polski polityk musi sobie co najmniej raz do Chin pojechać. Najchętniej w większej, radosnej grupie. Wiadomo – w kupie raźniej. Bez żadnego gruntownego przygotowania, bez planu, ot tak, spontanicznie, za to z pompą medialną, z tonami bzdur na temat planów współpracy z Chinami i w Chinach, bez troski o to, czy cokolwiek z tych wizyt wyniknie. Nie można troszczyć się przecież o coś w co się w ogóle nie wierzy. Żadna polska wizyta oficjalna nie przyniosła niczego konkretnego dla polskiej polityki w ciągu ostatnich 20 latach. Nie przyniosła również niczego dla polskiej gospodarki.

Polscy politycy brzydzą się wiedzą. Wiedza jest groźna, bo weryfikowalna. Dlatego też organizując kolejne wyjazdy do Chin starannie pomijają możliwość merytorycznego przygotowania się do tych wyjazdów. Szkoda na to przecież czasu. Polscy oficjele jadą do Chin nie tylko nie mając pojęcia o podstawowych faktach z historii tego kraju (w tym tych o kluczowym znaczeniu dla dnia dzisiejszego obrazu Chin), ale również nie orientują się w aktualiach. Przykładem może być wizyta Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w Pekinie, któremu towarzyszyła niezwykle liczna grupa profesorów polskich uczelni. Profesorowie ci pragnęli poprzez wizytę prezydencką pozyskać w Chinach studentów, którzy mogliby podreperować statystyki malejącej liczby osób studiujących w Polsce. Żaden z profesorów nie raczył zbadać kwestii uznawania dyplomów polskich uczelni w Chinach. Nikt z otoczenia Prezydenta nie zadbał o to, aby w pakiecie dokumentów podpisywanych przez Bronisława Komorowskiego w Pekinie znalazł się ten mówiący o wzajemnym uznawaniu dyplomów wyższych uczelni.

I tu wyskakuje niczym diabeł z pudełka problem chęci realizacji zamierzeń.

Przez lata wydawało mi się, że największym problemem mojego kraju jest korupcja, że to właśnie korupcja w wielu jej formach staje na przeszkodzie polskim autostradom, nie pozwala remontować torów kolejowych, pogłębia urbanistyczną kundelkowatość polskich miast. Jakże się myliłem. Podstawową przeszkodą na drodze do realizacji jakichkolwiek projektów w Polsce, w tym takich na przykład jak kreowanie jasnej strategii dotyczącej polskich relacji z Chinami są polscy urzędnicy, pracownicy administracji, funkcjonariusze państwa, żyjący na etatach w ciągle rozrastającym się aparacie. Ludzi ci niezwykle przywiązani są do swoich etatów. Są świadomi ograniczeń polskiego rynku pracy, są również dotkliwie świadomi swojego absolutnego nieprzystosowania do potrzeb tego rynku. Czy jakikolwiek osobnik funkcjonujacy w abstrakcyjnym świecie urzędowym może skutecznie podjąć pracę w prywatnej firmie, gdzie po prsotu trzeba pracować, tak, aby praca ta dawała wymierne efekty, wymierne korzyści dla firmy go zatrudniającej? Przez grzeczność nie odpowiem na własne pytanie. Jak więc zapenić sobie to minimum bezpieczeństwa, te ileś tam lat do wieku ochronnego? To banalnie proste! Wystarczy każde działanie rozciągać w czasie do granic absurdu. Wystarczy mordować każdą inicjatywę odwlekaniem decyzji, unikaniem roztrzygnięć, wyszukiwaniem dziur w całym, przy jednoczesnym głośnym popieraniu każdej takiej inicjatywy. Efektywność działania jest najwiekszym wrogiem tej grupy ludzi. Przykład? Gdyby w Polsce budowano drogi w normalnym tempie, to już kilka lat temu wszystkie one zostałyby wybudowane. A ile osób może zajmowac się utrzymaniem stanu technicznego? Oczywiście znacznie mniej niż ludzi zajmujących się koordynowaniem planów budowy! Czy z popartej inicjatywy wynika coś dla funkcjonariusza? Oczywiście: całe mnóstwo pracy, za która nie będzie dodatkowych pieniędzy oraz ryzyko, że tarapaty danej inicjatywy mogą skupić uwagę przełożonych na osobie popierającej inicjatywę. Samo zło!

Dlatego nam właśnie z Chinami nie wychodzi. Jeśli nawet do Polski ponownie przyjedzie premier lub prezydent Chin i znów nam zaproponuje współpracę, pieniądze (duże) i wiele innych opcji, to w konsekwencji nic, absolutnie nic się nie wydarzy. Bo rozbudowany aparat administracyjny żadnych takich historii sobie nie życzy. Przez tydzień, dwa, z ekranów telewizyjnych padać będzie niezliczona ilość wyssanych z palca komentarzy, fantastycznych wizji, fantasmagorycznych projektów, ale zaraz potem zapadnie "nad Chinami" medialna cisza. Temat Chin zastąpi jakaś aferka, jakaś zwyrodniała matka, albo seria deklaracji polityka, który w normalnym kraju siedziałby albo w pudle, albo u czubków. Chińczycy wezmą taką postawę Poalków do siebie i skierują swoje propozycje ku innym nacjom: Serbom, Bułgarom, Ukraińcom. Polscy administratorzy skwitują sytuację znanym od lat stwierdzeniem: "Chiny to niezwykle trudny partner". Po czym głęboko odetchną z ulgą, obetrą spocone czoło i powrócą do okopywania się na swych pozycjach. Bo trwanie jest ich w ich życiu warunkiem podstawowym, zadaniem najważniejszym. A resztę niech trafi szlag!

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Chiny : Czemu nam tak bardzo nie wychodzi?”

  1. Właśnie jestem na targach w Chinach i powiem jedno, Polska gdyby chciała nie tyle co mogłaby konkurować, ale naprawdę być silna, mamy prawie, że Chińskie płace, a nie umiemy tego wykorzystać. Tu w Chinach też brakuje dobrego jedzenia, a my je mamy, ale wolimy się prosić Ruskich o zakup. Ale PO ma to w dupie i nie umie nic załatwić, a z pewnością skośni zajadaliby się aż by się im uszy trzęsły. No, ale cóż. NIech skośni jedzą swoje byle co, a POlacy głodują.
     

  2. PO, czy PiS, czy SLD, PSL, Kongres Nowej Prawicy, czy kto tam się jeszcze załapuje na rankingi – nikt z tych ludzi nie rozumie szansy jaką dla takiego kraju jak Polska są Chiny. Żywność to zaledwie wierzchołek góry lodowej tego wszystkiego co Polacy mogliby sprzedć Chińczykom….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close