Chiny subiektywnie

Chiny a demokracja

Od zawsze, czyli od połowy lat 90. XX wieku się mówi, że konsekwencją gwałtownego rozwoju ekonomicznego Chin będzie ich powolna demokratyzacja. W praniu okazało się, że nie bardzo. Chiny sięgają po pierwszą lokatę w rankingu światowych gospodarek, a demokracji w nich tyle ile brudu za paznokciami chirurga z Leśnej Góry. Patrząc na to co dzieje się w moim kraju zdaję sobie sprawę z rozsądku włodarzy z Pekinu.

Deng Xiaoping miażdżąc ostatecznie partyjny beton w 1992 roku otworzył Chiny na zagraniczne inwestycje. Nie uczynił tego ot tak sobie, wyłącznie biorąc pod uwagę stosunkowo proste czynniki ekonomiczne (tania siła robocza, usztywnienie kursu wymiany waluty własnej do dolara amerykańskiego, etc.), ale przede wszystkim wyciągając wnioski z tego co stało się ze Związkiem Radzieckim i całym blokiem Krajów Demokracji Ludowej (czy ktoś to jeszcze pamięta?). To te obserwacje i refleksje będące następstwem marnego końca ojczyzny światowego komunizmu dały początek nie tylko kadencyjności chińskich prezydentów i premierów, ale również niemal oficjalnej frakcyjności we wnętrzu Komunistycznej Partii Chin, która daje władzy równowagę niczym żyroskop jakiś. Mamy zatem jedną partię, ale z wieloma odcieniami, frakcjami, z których jedna daje prezydenta, druga premiera. Zachodni specjaliści od Chin, ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy czerpią wiedzę na temat ChRL z Pacala i różnych sensacyjnych (byle krótkich) newsów, są święcie przekonani, że demokratyzacja to przyszłość Chin. Deng Xiaoping fundował podstawy nowych Chin na wykluczeniu demokracji. Wcale nie dlatego, że był komunistą (chociaż zapewnienie monopolu na władzę dla KPCh stanowiło dlań priorytet), tylko z doświadczenia i rozumu starszego co bądź człowieka. Chiny w całej swej historii próbowały raz tylko zaznać demokracji, na przełomie 1912 i 1913 roku. Eksperyment kosztował życie wybranego w ograniczonych wyborach kandydata na premiera, Song Jiaorena. Po jego śmierci nikt już więcej w Chinach nie podejmował nawet próby demokratyzowania kraju. Najpierw Czang Kaj-szek musiał pokonać warlordów. Potem kraj najechali Japończycy. A później wybuchła wojna domowa, którą dzięki walnej pomocy Amerykanów wygrali komuniści. Którzy organicznie demokracji nie znoszą, co zapisano zresztą w Konstytucji Chińskiej Republiki Ludowej. Reasumując: Chiny z demokracją doświadczeń praktycznych nie mają żadnych.

Załóżmy, że ktoś tam w Pekinie bardzo ważny jednak wpada na myśl, żeby ta demokracje wprowadzić zarządzeniem. Czy dzięki takiemu rozwiązaniu Chiny staną się z dnia na dzień Tajwanem, Hong Kongiem, czy na przykład Singapurem? Śmiem wątpić. Demokracja wydaje się tylko naturalnym stanem społeczeństw. Bo przywykliśmy do tego pojęcia. Ale szczególnie w takich krajach jak Polska widać wyraźnie, że do demokracji społeczeństwa muszą dorosnąć. Demokracja bez zrozumienia pojęcia obywatelskości zamienia się w groteskę, która każe wybierać pomiędzy złym i gorszym. Jeśli u nas w Polsce, z której jesteśmy dumni, bo w Europie i w ogóle, nie potrafimy zrozumieć czym konkretnie powinni zajmować się naszym imieniu przez nas wybierani politycy, a co więcej nie mamy pojęcia jak naszą wolę egzekwować, to cóż z takim nieoczekiwanym darem demokracji mogliby zrobić Chińczycy Ludowi? W kraju tak wewnętrznie niespójnym jak Chiny demokracja w niezwykle krótkim czasie spowodowałaby rozbicie kraju na kilka, kilkanaście niezależnych bytów politycznych. Cóż bowiem łączy mieszkańców Szanghaju z mieszkańcami Xinjiangu, a mieszkańców Pekinu z mieszkańcami Guangdongu? Dzisiaj łączy ich władza centralna z gęstą siecią prowincjonalnych, powiatowych, gminnych i miejskich delegatur. Demokracja skłoniłaby funkcjonariuszy tych delegatur do podjęcia działań mogących zapewnić oderwanie się od stolicy. Zgodnie z wolą wyborców rzecz jasna. A później to już z górki. Każda autonomia zaczęłaby się kierować swoimi prawami, biedniejsze szybciej ulegałyby degradacji (korupcja, autokracja, dyktatura), bogatsze może miałyby szansę próbować przyswoić sobie regulacje obowiązujące na Tajwanie, czy w Hong Kongu, ale bez udziału świadomych obywateli, oczywiście nic z tego by nie wyszło. Bo bez obywateli świadomych swoich praw, ale przede wszystkim obowiązków, demokracja jest do bani.

Doświadczenia polskie ostatnich kilku tygodni mogą wyłącznie utwierdzać władze w Pekinie, że idą słuszną drogą. Tam gdzie demokracja jest wynikiem drogi na skróty, a nie ewolucji wybory ludzkie są dalekie od jakiegokolwiek racjonalnego rozumowania. Można wyjąć z pudełka dowolnego człowieka, odziać, wypchnąć na front i nauczyć gadać androny, a lud gotów wybrać go na głowę państwa. Głowę, która zgodnie z demokratycznie ustalonymi regułami nie ma kompetencji władzy wykonawczej, w zasadzie reprezentacyjna taka głową jest. Jednak lud wybierając swojego atrakcyjnego niczym nowa zabawka człowieka z pudełka, znanego tylko z tego, że wziął udział w wyborach wierzy sam sobie, że znalazł omnipotentnego mesjasza, który załatwi doskonale wszystko. Chociaż nie może, nawet gdyby chciał i wierzył w to co mówi. Takie eksperymenty może sobie fundować kraj ani duży, ani mały, ani bogaty, ani biedny, ani rozwinięty, ani nie rozwinięty. Chiny są na to za duże, zbyt złożone, zbyt rozpędzone. Nie mogą podejmować takich ryzyk.

I jakoś im tej niemożności dzisiaj trochę zazdroszczę. Troszeczkę.

Leszek Ślazyk

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Chiny a demokracja”

  1. Tak tylko Chiny maja bardzo dobra kadre zarzadzajaca, Bolanda niestety nie.Nie ma kogo wybrac, zywcem nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close