Chiny subiektywnieNauka

Chiny, albo gra w słowa i 3 wnioski

 

W mijającym tygodniu miałem niewątpliwa przyjemność wziąć udział w debacie w ramach Warsaw-Beijing Forum Youth for Business, której przedmiotem było pytanie, czy Chińska Republika Ludowa powinna otrzymać status gospodarki wolnorynkowej (rynkowej). Przyjemność wielka, bo spotkania takie skłaniają mnie za każdym razem do wielowątkowych przemyśleń. Oczywiście przemyśleń z Chinami w tle. Bo ja jak ten Jasiu ze starego dowcipu. Tyle, że jemu wszystko kojarzyło się zgoła z czym innym. Ale też przyjemnie.

W auli Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego rozmawialiśmy w minioną środę na temat problemu roztrząsanego aktualnie na linii Pekin-Bruksela. Problemem tym jest kwestia uznania (lub nie) Chin za państwo, którego gospodarka posiada (lub nie) cechy pozwalające ją nazwać gospodarką rynkową. Według Unii Europejskiej gospodarka musi spełniać pięć poniższych kryteriów, aby zyskać miano wolnorynkowej:

  1. Niski stopień wpływu państwa na alokację zasobów i decyzje przedsiębiorstw pośrednio i bezpośrednio poprzez organy publiczne na drodze stosowania państwowych cen na określone produkty i usługi, stosowanie dyskryminacji podatkowej, w systemach handlowych, czy walutowych;

  2. Brak zakłóceń w funkcjonowaniu przedsiębiorstw związanych z procesami prywatyzacyjnymi, handlem na zasadach nierynkowych, czy systemem dopłat i subwencji;

  3. Obecność i transparentne funkcjonowanie niedyskryminującego prawa spółek zapewniającego ład korporacyjny (zastosowanie międzynarodowych standardów rachunkowości, ochrona akcjonariuszy, powszechna dostępność dokładnych informacji na temat przedsiębiorstw)

  4. Istnienie i realizacja spójnego, skutecznego i przejrzystego zbioru ustaw zapewniających poszanowanie praw majątkowych oraz sprawne działanie systemu upadłościowego;

  5. Istnienie rzeczywistego sektora finansowego, działającego niezależnie od państwa, w prawie i praktyce posiadającego odpowiednie rezerwy gwarancyjne, a jednocześnie podlegającego właściwemu nadzorowi;

Debata z polskimi i chińskimi studentami poprzedzona wypowiedziami zaproszonych gości (w tym piszącego te słowa) uświadomiła mi jak bardzo politycznym jest problem statusu chińskiej gospodarki. Politycznym w sensie jego pustoty, gry słów prowadzonej dla gry samej, a bez pomysłu na załatwienie sprawy od ręki. Unia Europejska nie mając pojęcia co zrobić z zagrożonymi sektorami jeszcze funkcjonujących gałęzi przemysłu, szczególnie hutnictwa, postanowiła bronić ich przed chińską konkurencją administracyjnym nieuznawaniem Chin za gospodarkę rynkową, co pozwala jej na stosowanie zaporowych ceł na wybrane towary i surowce. Dałoby się od biedy przystać na takie rozwiązanie, gdyby nie drobny, a kompromitujący szczegół: otóż Unia Europejska w 2002 roku uznała za gospodarkę rynkową Federację Rosyjską. Jeśli zatem Rosja, państwo-firma prezydenta Putina i jego kilkunastu oligarchów, uznana została za spełniającą powyższe 5 kryteriów, czemu Chiny miałyby być niegodne tego miana? Przecież to w zasadzie czysta fikcja, decyzja polityczna nie mająca wiele wspólnego z realiami.

Podczas rozmowy zaproponowałem, aby Unia Europejska przyznała Chinom status gospodarki rynkowej z chińską specyfiką. Byłby to ukłon podwójny w stronę Chin. W końcu one same tak siebie określiły w swej konstytucji. I Unia mogłaby, wykazując się przy tym subtelnym poczuciem humoru.

Druga myśl, jaka przyszła mi do głowy w trakcie debaty to paradoks sytuacji. Chiny są państwem, które stworzyło jedyny w swoim rodzaju model zależności władzy i gospodarki. W tym szczególnym przypadku gospodarka to narzędzie sprawowania władzy, jak również prowadzenia polityki zagranicznej. Taki model wymaga sterowania centralnego, „ręcznego” i Chiny są pełne jego przejawów: większość istotnych w skali kraju przedsiębiorstw to firmy państwowe, duże firmy prywatne są zależne od państwa i realizują jego „zalecenia”, państwo interweniuje i broni kursu walut, sytuacji na giełdzie, reguluje ceny, itd., itp. Co więcej, zgodnie z chińską konstytucją nawet własność prywatne chińskich obywateli należy do państwa. Zatem Chiny niejako wbrew swoim własnym deklaracjom chcą, aby je uznawać za gospodarkę, którą zgodnie z własnymi założeniami być nie powinny.

Ale skoro Rosję uznano za gospodarkę rynkową, to dlaczego nas nie? – zapytują sami siebie Chińczycy i czują bolesne ukłucie w okolicach urażonej ambicji.

To zatem dwa wnioski: Europa szuka marnych wymówek, a Chiny działają jakoś tak wbrew własnej logice.

A trzeci wniosek w zasadzie już z samymi Chinami nie ma związku. Raczej dotyczy naszych realiów.

Jestem z pokolenia, które zakładało, że będzie żyć w smutnym kraju, biednym jak mysz kościelna, w którym jedynymi metodami na beznadzieję będzie bądź niestereotypowe działanie na własna rękę (muzyka, literatura, filmy), bądź też metodyczne planowanie sposobu ucieczki gdzieś na Zachód. Gdziekolwiek. Pośrodku tej beznadziei, zupełnie nieoczekiwanie przyszedł rok 1989. Bez uprzedzenia wszystko zaczęło się zmieniać. To znaczy zaczęła się zmieniać rzeczywistość, szybko, gwałtownie, ale ludzie nie zmieniają się z dnia na dzień. Dlatego też te prapoczątki Nowej Polski obciążone były siermiężnością ledwo co zgasłej komuny. Dzisiaj, z perspektywy okien Pendolino łatwo mówić, że mogliśmy osiągnąć więcej. Łatwo, tym, którzy nie rozumieją, że Anglia, Szwecja, lub Holandia dochodziły do tego co mają dzisiaj przez SETKI lat, że ewoluowały, dojrzewały zarówno pod względem prawnym, formalnym, ale przede wszystkim pod względem społecznym. Ludzie tam przez setki lat DOROŚLI, DOJRZELI do tego gdzie i jak żyją. Nie da się tego osiągnąć w 25 lat. Dla człowieka to spory szmat czasu. Dla państwa zaledwie dłuższe mrugnięcie okiem. Tak czy inaczej weszliśmy w nową rzeczywistość nieprzygotowani, bardziej wyobrażając sobie jak wygląda normalność, niż mając tego świadomość. Dlatego też te nasze polskie biznesy, bez względu na ich wielkość, do dnia dzisiejszego obarczone są zaściankowością. To w ogromnej większości przypadków wciąż biznes przyczajony, podobny do tego prowadzonego za PRL-u. Jego filozofia jest prosta: zarobić nie podejmując nadmiernego ryzyka, ryzyko przerzucając na innych, obwąchiwać świat z jak największą rezerwą, wszystko robić we własnym zakresie, ufać sobie i rodzinie (ze szczególnym uwzględnieniem dzieci, bo małżonkowie to przecież nie krewni, a wyłącznie powinowaci). Taka filozofia i wynikający z niej brak rozmachu, finansowa zachowawczość stoi u źródeł nikłej obecności polskich firm na światowych rynkach, szczególnie tak odległych jak Chiny. Inną przyczyną tej postawy było (i jest) specyficzne podejście rządzących do wizji państwa i jego obywateli: reanimowana idea „małej stabilizacji”. Małe ambicje, małe domki z małymi ogródkami, małe firmy, małe radości, małe ryzyka. Drobne kroczki. A świat już dawno przeżył okres zlizywania ran po II wojnie światowej. Dzisiaj świat jest na wyciągnięcie ręki, a do tego gna i zmienia się w naprawdę zawrotnym tempie (że powołam się na mój ulubiony przykład wtargnięcia smartfonów w naszą codzienność, smartfonów, których 10 lat po prostu nie było). Polscy przedsiębiorcy utworzeni przez realia lat 90-tych nie odnajdują się w dzisiejszym świecie. Myślą, że sobie radzą, ale faktycznie po prostu utrzymują ewentualnie zdobyte wcześniej pozycje. Oczywiście z wyjątkami, które potwierdzają moją tezę. Polskich firm w Chinach jest pewnie kilkadziesiąt. Niemieckich około 15 tysięcy!

Ale na szczęście nadchodzi nowe pokolenie. I to jest moja trzecia, ostatnia konstatacja z Warsaw-Beijing Forum Youth for Business. Dzisiejsi 20-to latkowie patrzą na świat zupełnie inaczej niż moje pokolenie. Szerzej, śmielej, bez PRL-owskich obciążeń. Wiedzą, że prawdziwy sukces wymaga ryzyka. Wiedzą, że biznes, że kolejne szczeble rozwoju wymagają inwestowania i umiejętności dzielenia się obowiązkami, jak również profitami. Mają doświadczenia lokalne i zagraniczne, nie tylko europejskie, ale również z innych kontynentów. Wiedzą, że świat poza granicami naszego państwa jest inny. Lepszy, gorszy, inny. To kolosalna różnica w stosunku do mojego pokolenia, które bardzo chętnie opowiada o swojej postępowości i światowości w mediach, ale w realiach swych firm „tnie koszty” i nie podejmuje „zbędnego ryzyka”. I mam ogromną nadzieję, że to nowe pokolenie zastąpi moje już za chwilę. Najlepiej tworząc od podstaw własne, nieskażone przeszłością firmy, przystające do tego co dzieje się na świecie. Nie w Polsce, a na świecie właśnie.

Życzę im tego. Życzę Wam tego.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close