Chiny subiektywniePolska

Chiny, albo imperium wstaje z kolan

 

Pani Szydło (w roli premiera) wróciła już pewnie z Pekinu do kraju. Faktu powrotu nie odnotowałem, gdyż albowiem p.premier nie była witana z kwiatami przez kwiat polskiej polityki na Okęciu. Triumfu nie odtrąbiono. A niesłusznie, bo przecież osiągnęła sukces większy niż podówczas, kiedy była witana kwieciem i przemowami. W końcu w Pekinie podpisano umowy. W sprawie wody i turystyki. Hura.

Mnie się często dostaje jako malkontentowi. Bo nie doceniam i zarzucam braki. Chwała Najwyższemu, że w poprzednim felietonie wykazałem, iż to nie efekt politycznych preferencji, albo niepewnego pochodzenia, ale cecha stała w stosunku do polskich rządów. Dzisiaj nie chcę się znęcać nad nieporadnością nami rządzących. Chcę pokrótce przedstawić co i jak zrobić można było (i powinno się) chociaż to oczywiście kwestia subiektywnej oceny.

Forum Nowego Jedwabnego Szlaku pomyślane zostało jako rocznicowe obchody formalnego uruchomienia osobistego projektu prezydenta ChRL Xi Jinpinga. Liczny udział znaczących figur światowej polityki i finansjery w tym przedsięwzięciu (obchodach, nie projekcie jako takim) miał dla Chińczyków bardzo istotne znaczenie. Czym więcej postaci z tych kręgów, tym lepiej. – Uczestnictwo przedstawicieli Polski w tym przedstawieniu – moim własnym, subiektywnym zdaniem – miało wiele sensu. Ale jak to zwykle u nas, zapewne za sprawą nikłego zainteresowania miłościwie nam panujących Chinami w ogóle i w szczególe, taka znakomita sposobność ugrania czegoś dla nas wszystkich została zaprzepaszczona, a spodziewanych spektakularnych efektów wizyty premier Szydło (z przyległościami) nie będzie.

Jeśli wziąć na serio przesłanie publicznych mediów to p.Szydło została do Pekinu zaproszona jakoś specjalnie, indywidualnie, osobno i wyjątkowo. W sensie wyjątkowości jej samej, jej rządu i kraju, którym rządzi. Co więcej została jakoby zaproszona w konsekwencji wcześniejszej wizyty jej ministra, monsieur Waszczykowskiego, który sprzedał Chińczykom plan zbudowania w centrum Polski Centralnego Portu Komunikacyjnego, a Chińczycy na punkcie zaprezentowanego projektu wręcz do spazmów oszaleli. Forum wprawdzie zaczynało się 14-go maja, ale p.premier była już w Chinach 12-go. Może tak „po kobiecemu” zapobiegliwie, żeby się broń Panie Boże nie spóźnić na uroczystości. Pomiędzy piątkiem a niedzielą uścisnął dłoń naszej p.premier premier ChRL Li Keqiang i prezydent ChRL Xi Jinping. Mówiono, ze prowadzono rozmowy, ale p.premier jak się wydaje nie włada językami w stopniu wystarczającym. Potem zaś pnoć p.premier skoczyła na głowę w swój żywioł, czyli prowadziła rozmowy z przedstawicielami chińskiego biznesu.

Serio?

Ja wiem, że kilka ładnych milionów moich rodaków kupuje tą opowieść, ale czy kupują ją Chińczycy? Bo wbrew pozorom popularyzowanym w moim pięknym kraju nie ważne jest jak coś odbieramy sami, istotne jest to niestety, jak daną rzecz, sytuację, odbierają „ci inni”. W tym konkretnym przypadku Chińczycy. Obawiam się, że Chińczycy nie odnotowali zbyt wiele w czasie Forum w polskich sprawach. Dlaczego? Bo Forum Nowego Jedwabnego Szlaku nie było miejscem rozmów o biznesach, realnym polem załatwiania realnych spraw, tylko jednym wielkim przedstawieniem pokazującym światu, a przede wszystkim Chińczykom Ludowym, że chińskie imperium właśnie wstało z kolan. A wszystko dzięki Xi Jinpingowi.

I było to jasne na długo zanim się całe przedstawienie zaczęło.

Chińczycy zaproponowali po swojemu układ win-win. Przy czym wiadomo, że „win” chiński jest gwarantowany jak wygrana w „Milionerach”. „Win” drugiej strony rzeczona druga strona musi sobie wypracować sama. Na miesiąc przed Forum chińskie media nie mówiły o niczym innym tylko o doniosłości projektu One Belt One Road. Szukały jednocześnie tematów, które mogłyby nawiązywać do Jedwabnego Szlaku. Korzystały z tego faktu przedstawicielstwa i przedstawiciele Szwajcarii, Czech, Węgier, Grecji, Rosji i innych państw, które zapowiedziały swój udział, a które coś tam w ramach Forum rzeczywiście ugrać dla siebie chciały. O Polsce nic. Dlaczego? Ponieważ nikomu nie przyszło do głowy, żeby na przygotowaną przez Chińczyków przestrzeń medialną wrzucić jakiś „polski temat”. Zaprosić na przykład ekipę CCTV do zrealizowania reportażu o współczesnej Polsce i jej znaczeniu w tym zakątku Europy. No tak, trzeba by mówić o Unii Europejskiej i o Tusku. Jasny gwint, nie pomyślałem!

Nasi konkurenci z dawnych „demoludów” nie zasypiali gruszek w popiele. Ludność Chin mogła odkryć ze zdziwieniem, że istnieją w Europie inne państwa niż Niemcy i Francja, że nie zajmują się wyłącznie uprawą roli i hodowlą zwierząt. O Polsce nic.

Polska chciała (lub zgodziła się) przyjechać do Chin na kilka dni przed Forum? Ok. Rąsia, rąsia, parę gładkich słówek (które w publicznych mediach urosły do ważnych rozmów na poważne tematy) i do widzenia się z państwem. Chińczycy naprawdę – a wiadomo to było z góry – nie mieli w głowie certolenia się każdym gościem z osobna. Samych szefów rządów i głów państw przyjechało n imprezę 29 sztuk. Zatem może zamiast marnotrawić cenny czas w Pekinie, wypełniać go różnymi zapchajdziurami, trzeba było pojechać na przygotowane wcześniej spotkania w „polskim” Harbinie, albo w Chongqing, którego bronił z powietrza polski lotnik, jeden z dowódców Dywizjonu 303? Odsłonić jakąś tablicę pamiątkową, spotkać się z młodzieżą, kombatantami, zastosować środki rodem z PRL-u, którym obecny regime przecież tak mocno jest zafascynowany? I przy okazji spotkać się z tamtejszymi lokalnymi władzami i biznesami, które mógłby oświetlić nieoczekiwanie łaskawy reflektor centralnej telewizji CCTV pokazując materiał na cały kraj? Zyskać ich wielką przychylność? Umówić się na przykład na organizację polskich targów przemysłowych w Chongqing lub Chengdu, żeby Chińczycy w niedalekiej przyszłości mogli zobaczyć, co Polska poza wódką i burakami ma do zaoferowania, a co można by przywieźć pociągiem, który z Łodzi (pomimo starań Antoniego Macierewicza) regularnie do tych miast przyjeżdża. Hę?

W mediach chińskich, jak również w polskich odnotowano, że tradycyjnie przedmiotem starań „naszych” były jabłka, wieprzowina, drób, a to wszystko okraszone turystycznymi powabami Krakowa, Mazur, Białowieży (póki jeszcze jest) oraz dźwiękami utworów Chopina. Czy jednak tym razem naprawdę chodziło nam o wizerunek państwa rolniczego, czy raczej jednak nowoczesnego, kraju jako źródła i rynku zbytu jednocześnie dla nowych technologii? W zakresie oferentów warzyw, owoców i zbóż konkurencja jest na świecie dość silna, obejmuje takie państwa jak Rosja, Brazylia, ale również Gambia, czy Lesotho. Każdy w zasadzie może zaoferować warzywa, owoce i prosiaki. Ja rozumiem, że mamy na tym polu pewną przewagę w postaci okrasy z mazurków chopinowskich, ale nie mam pewności, czy Chińczykom to lata.

Chiny dzisiaj zainteresowane są zasysaniem technologii i sprzedawaniem swoich projektów infrastrukturalnych, przy czym ta druga opcja dotyczy wyłącznie konkretnych projektów istotnych dla Chińczyków, a nie będących owocem radosnej wizualizacji rozmaitych „entranżerów”, jak ich nazywał niejaki Dyzma. Żeby przestać funkcjonować jako przedmiot, a przynajmniej próbować stać się podmiotem w relacjach z Chinami, trzeba po prostu umiejętnie się po tych Chinach poruszać. Nadążać za zmianami w nich zachodzącymi, za trendami w nich obowiązującymi, i tak dalej, i w tej podobie. Gdybyśmy byli Albanią ubogą w myśl, bogatą jedynie w to co ziemia urodzi, milczałbym jak głaz. Ale widzę i słyszę, doświadczam tego, że polskie start-upy, opracowane technologie, opatentowane rozwiązania leżą odłogiem z braku środków. Niewykorzystywanie takich sposobności jak krótkotrwałe zbliżenie z Chinami w momencie niezwykle dla Chin wizerunkowo istotnym dla pozyskania finansowania dla tych i wielu innych pomysłów to zwyczajny grzech.

Ale można oczywiście to wszystko mieć w nosie. Można konstruować tekturowe makietki z Wielką Polską, Najjaśniejszą od morza do morza, która sama sobie w zupełności wystarczy, sama sobie ze wszystkim poradzi. Jeśli makietki takie zarobią na prąd i gaz, to ja jestem za. Tylko, że wiem, że nie zarobią, niestety. I jeśli robią wrażenie to wyłącznie na naszych, bo na obcych nie bardzo. Mogą ewentualnie wywoływać uczucie zażenowania. Funkcjonowanie w przestrzeni międzynarodowej, zwłaszcza w relacjach z Chinami to gra. Wiele tu pozorów, tricków, zagrań rozmaitych, ale czarów nie ma. Wiele da się zrozumieć, przewidzieć, odczytać właściwie i odpowiednio dopasować swoje ruchy. Potrafią to Czechy, Węgry, Serbia, Łotwa nawet. Warto by się chyba nad tym zastanowić, nieprawdaż? No chyba, że roboty tyle, że nie ma czasu na myślenie. Wtedy sprawa jasna.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Chiny, albo imperium wstaje z kolan”

  1. Jak zwykle dobrze się bawiłem przy czytaniu o tym, co w Polsce robi się źle. Dziękuję za poprawianie humoru i przywracanie wiary w istnienie osób posiadających trzeźwe spojrzenie na współpracę z Chinami. Pomyślności.

  2. Kurczę, nie wiem czy to dobrze, że się Pan bawił… m:) Płakać by chyba trzeba. Z tym trzeźwym spojrzeniem taka bieda, że od lat nie znajduje zastosowania w praktyce. Miłościwie nam panujący wiedzą lepiej jak i co robić. No i robią….

    Najlepszego!

  3. Żywiłem nadzieje co do tego portalu, no i się nie zawiodłem. W dziedzinie tego co się dzieje we współczesnych Chinach oraz Polski w tym kontekście – jesteście z Radosławem Pyffelem bezkonkurencyjni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close