Chiny subiektywnie

Chiny subiektywnie: Moja muzyka w Chinach

Jeśli się nad tym dobrze zastanowię, czyli nieco dłużej niż 30 sekund, to jest taka jedna, jedyna rzecz na świecie, która powoduje, że ganiają po mnie ciarki, a futro na rękach staje dęba. Powodem tych organicznych sensacji  są zgrabnie poukładane harmonicznie dźwięki, czyli muzyka. Uwielbiam muzykę uwielbieniem bezgranicznym.

Być może to przejaw jakiejś głębokiej nerwicy, neurozy, lub innej psychozy, ale cisza mnie męczy na dłuższą metę. Od wczesnych lat szczenięcych uwielbiałem narażać się na rytmy i dźwięki. Czym głośniejsze tym lepiej. Najpierw źródłem był gramofonik z kremowym plastikowym ramieniem, na którym to ramieniu znajdowały się dwa intrygujące małe przyciski. Jeden zielony, drugi czerwony. Pod kremowym ramieniem gramofoniku kręciły się małe i duże płyty oraz pocztówki dźwiękowe. Pocztówki nurtowały mnie niezwykle. Nikt ich do nikogo nigdy nie wysyłał…. Gramofonik się zepsuł, przez te przyciski, które błagały mnie po nocach, żebym je przyciskał, więc przyciskałem, aż wszystko spadło na podłogę i było pozamiatane. Na szczęście wuj, który pracował w radio szybciutko uzupełnił dziurę dźwiękową i sprowadził nam do domu radziecki magnetofon szpulowy. Lampowy. W skrzyni wielkiej, jak na dużego radzieckiego trupa. Łypał na mnie lubieżnie zielonym okiem, które dawało się wgniatać do środka, aby nieustannie wracać na miejsce. Szpule taśmy spoczywały na metalowych, płaskich talerzach z bakelitowymi zakrętkami, więc wymiana taśm wymagała pewnej sprawności znanej realizatorom – dźwiękowcom z rozgłośni radiowych. Ja takich umiejętności nie posiadałem, skazany byłem więc na pojedyncze taśmy, grane w te i we wte. Czego tam nie było. Anna German, Dzieci Afrodyty, The Beatles, to tylko początek listy. Potem był Grundig, Trójka i jej redaktorzy  od różnych rodzajów muzyki, nagrywanie płyt z ogłoszeń w Non Stopie, kasety z Jarmarku Dominikańskiego i pierwszy zestaw do słuchania tam właśnie kupiony. Później było też generowanie dźwięków we własnym zakresie wraz z grupą znajomych rówieśników o podobnych skłonnościach.

Kidy nastały w moim życiu Chiny, byłem niezwykle ciekaw ich zapachów, smaków, no i dźwięków. Smaki były i są w porządku, zapachy nieco mniej, ale dźwięki…. To było totalne rozczarowanie. Chiny dźwiękowe kojarzyły mi się z płytą Vangelisa "China" i tą niby koncertową Jean-Michelle Jarre'a. A kiedy przybyłem na miejsce okazało się, że królują dźwięki ze skal ćwierć tonowych z jednej strony (konia z rzędem temu kto bez osunięcia się na podłogę w kamienny sen dał radę przetrwać 5 aktów opery pekińskiej…), albo jakieś popłuczyny muzyki popularnej z drugiej strony. Pieśni o miłości, ona płacze, on odchodzi, ona tonie fizycznie we własnych łzach, on też chlipie, ona tuli się do mokrych skrawków jego odzienia, on zamglonym wzrokiem omiata plażę, lub górę, to nieważne, co ważne, że rozdziera ich oboje bolesne uczucie, boli, że normalnie nie można wytrzymać. I tak leci około 7 miliardów mega hitów rocznie….

W naturalnym odruchu drugą wizytę w Chinach złożyłem już z walkmanem i kasetami z domu. Potem był niewygodny CDman, wreszcie ipod. I tak różne obrazy z Chin zaczęły kojarzyć mi się z różnymi piosenkami z importu. Kiedy nastała era CD i wyparła kasety, okazało się, że można znaleźć w Chinach magików, rezydujących  w systemie 24/7 w obsranych przez muchy sklepikach oświetlonych dwiema, góra trzema jarzeniówkami, z szalejącym w febrze wiatrakiem u sufitu, który groził, że zaraz tu wszystkim łeb upierdoli, całe kopalnie dźwięków nie do zdobycia nigdzie indziej. Dyskografia The Cake i Pixies. Koncert Clinta Eastwooda (tak, tak, tego aktora) w Cornegie Hall, albo pierwsze nagrania Milesa Davisa.  Fela Kuti, Black Uhuru, Astrid Gilberto, Dead Kennedys. Godziny grzebania w pudełkach, czyszczenia płyt, które robiły nadzieję, że mogą zawierać coś interesującego, a potem kwadranse mycia upieprzonych niewiadomego pochodzenia brudami palców. Fu. Ale warto było, oj warto było.

*****

I tak jadąc po raz pierwszy z Shaoxingu do Szanghaju, autem, którego wynajęcie wymusiłem na jakimś właścicielu fabryki dresów kreszowych (była kiedyś taka moda specjalnej troski) słuchałem sobie właśnie wydanej na kasecie płyty "Dziewczyna Szamana". Za oknami przesuwały się takie same szare domki z betonu z krytymi ceramiczną dachówką dachami, błotniste pola ryżowe, pod równie błotnistym niebem, a w uszach pobrzmiewał najlepszy głos żeński tamtej dekady. Podówczas jechało się te kilkaset kilometrów prawie 7 godzin (dzisiaj jest autostrada wypasiona), miałem więc sposobność przesłuchać "Dziewczyny" wielokrotnie. Zapadła w pamięć głęboko. Powoli przesuwające się szare domki wśród pól ryżowych i nieoczekiwany krwisty zachód słońca stały się w mojej pamięci nierozerwalną całością z "Niekochanymi". Jakoś tak.

Późne chińskie wieczory nad komputerową klawiaturą, w świetle biurkowej lampki i pod wpływem emocjonalnych rollercoaster' ów kreowanych przez specyficzny typ klientów, którzy najgorsze wiadomości zostawiają na piątek, na godzinę 17:00, żeby je wysłać mailem, po kliknięciu enter wyłączyć komputer i uciec w weekend. Klawiaturze, lampce i sinusoidalnym emocjom zazwyczaj towarzyszył Massive Attack. Do dzisiaj jest najczęstszym towarzyszem w pracy.

Hong Kong? Tego nikt nie zgadnie, choćby czekała nagroda najwspanialsza, albo kara najstraszniejsza. W Hong Kongu najlepiej słuchało mi się Bielizny. "Władek przechodzi w piąty wymiar", "Ja, szara mysz", "Mariola idzie na dysk" szczególnie dawały mi jakieś wewnętrzne spełnienie. Komplet paradoksalny obrazu i dźwięku. Zestaw, który teoretycznie nie powinien ze sobą iść w parze, zawsze gra w idealnym duecie.

Szanghaj i Donguang – Kult i The Poques, z reguły w wersji koncertowej, do tego DVD. W Szanghaju jeden jedyny raz otarłem się o interwencję policji w związku z naruszaniem ciszy nocnej. Oglądaliśmy i słuchaliśmy płyty DVD "Later with Jools Holland", pojawiły się tematy oboczne, jak na przykład jakiś bootleg Radiohead, czy come backowy koncert The Pixies i weszliśmy na obszar muzyki polskiej. Z głośników zabrzmiała "Małgośka" Maryli R., wystarczyło jakieś 30 sekund, żeby "securitate" apartamentowca zaczęło straszyć nas przyjazdem policji. Co ciekawe, późniejsze dźwięki RHCP, Blur, Crass, Sonny Rollins'a, The Jesus and the Mary Chain i wielu innych nie wywołały żadnej reakcji. Widocznie zgrywały się z nocnymi odgłosami magapolis.

I znowu Hong Kong, tyle, że traktowany jako miejsce łowów. Sklep HMV przy Ocean Plaza jest dla mnie tym, czym sklep "Alkohole Świata" dla alkoholika. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy tytułów. Starocie i najnowsze nowości. Wschodnie i oczywiście zachodnie. I zawsze ten sam dylemat. Można degustować, więc się degustuje. Po 2 godzinach degustacji na ladzie piętrzy się 30-40 płyt. No i które wybrać? Wprawdzie najnowsze nowości kosztują w Hong Kongu połowę tego co trzeba beknąć w Polsce (a zazwyczaj trzeba napisać do wujka Amazona), to jednak trzeba się jakoś kontrolować. No właśnie jakoś to znaczy konkretnie jak? Brak odpowiedzi oznacza kolejna godzinę odsłuchiwania i wahań, czy może Flying Lips, a może jednak Juliette and the Licks, a może jednak Ultravox wygrzebany w zakamarku pod hasłem "classic".

Niedługo minie dwadzieścia lat mojej przygody z Chinami. W tym czasie dość często szukałem tamtejszych dźwięków, które postawiłyby futro na moich rękach na sztorc, ale nie znalazłem. Czasem nawet miałem wrażenie, że jestem tuż tuż. Jednak później okazywało się, że śpiewane po chińsku dźwięki mają swoje źródło na Tajwanie, w Hong Kongu, Korei, Japonii, albo w jakiejś zupełnie odległej od Chin krainie. Nic to. Na szczęście zawsze mogę przywieźć swoje własne harmonie, rytmy, głosy i brzmienia. No i już nie trzeba targać ciężkich i kłopotliwych nośników. Szkoda tylko, że pośród 1 miliarda ludzi z okładem nie natrafiłem na nikogo, kto byłby w stanie mnie zachwycić chociażby kilkoma wymyślonymi i poskładanymi przez siebie nutami. Czy to nie zastanawiające?

 

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

8 thoughts on “Chiny subiektywnie: Moja muzyka w Chinach”

  1. w chinach sa masy ale nie ma czlowieka.
    sa dzwieki (w wielkim natretnym, lipnym potoku) ale nie ma muzyki.
    i do czlowieka i do muzyki potrzebna jest jedna rzecz – autentycznosc lub inaczej wewnetrzna, niezbywalna prawda, bezkompromisowa, ktora jest bo jest i nikomu nic do tego.
    spotkales ja tam?

  2. prawdę trzymają tam w głębokim schronie pod zakazanym miastem. w takim samym jaki znajduje się u nas pod bazyliką w licheniu ;). wiem, bo śpiewał o tym tymon z brylewskim, a ja im wierzę ;). a serio: coś w tym jest, że do dźwięków trzeba nieskrępowanego indywiduum, a tego w chinach niewiele raczej.

  3. Panowie, podpisuje sie pod Waszymi komentarzami recami i nogami. Przy czy wpis rewelacyjny – bardzo oddajacy moje wlasne odczucia. Tak jak nasz ulubiony Redaktor probowalem przekonac wlasna przekorna, ze chinska muzyka to jest to. Natura przekorna zawsze odzywala sie brakiem cierpliwosci i reakcja niemal alergiczna na dzwieki opery pekinskiej czy innej tradycyjnej muzyczki. Nieco mniej protestowala przy dzwiekach Erhu, a niemal w ogole Guqina. Z lzejszej muzy Cui Jian i Heibao na poczatku to bylo co-nieco to. Niemniej w ostatecznosci wygrala muzyka z naszego kregu kulturowego. I tak jak Leszek to ona zawsze bedzie mi sie kojarzyla z miejscami i krajobrazami. David Sylvian w akademiku, gdy roommate zaciagal sie po raz kolejny gleboko skretem z haszyszem kupionym na ryneczku od Ujgurow, Soundgarden, gdy samotnie jechalem nocnym wolnym pociagiem przez Shanxi, a krajobrazy za oknem wygladaly jak z planety zniszczonej wojna jadrowa, i wiele innych. Pare lat temu zaczalem flirt z chinskim rockiem, i jest pare kapel, ktore da sie sluchac, a atmosfera publicznosci przypominala najlepsze czasy koncertow TSA z poczatkow lat 80tych.
    Dziewczyne Szamana tez sluchalem, rowniez wielokrotnie, w ogole duzo polskiej muzyki, choc przyznaje, ze na dluzsza mete wprawiala mnie w gleboka melancholie graniczaca z depresja.
    W ogole swietny wpis. Kolejna perelka. Szczegolnei ten wentylator w kanciapie z plytami…:)

  4. @YSL: Dziękuję za komentarz, który uświadomił mi, że nie jestem sam ze swoimi wrażeniami i odczuciami estetyczno-muzycznymi. Wszyscyśmy zdaje się przechodzili podobną drogę, w czasie której był etap usiłowania zaakceptowania chińskich dźwięków. I nic z tego nie wyszło. Bo po prostu "You don't understand China, do you?"

  5. Dokladnie. Z ta specyficzna estetyka trzeba sie urodzic, a my biedacy jestesmy po prostu godni pozalowania, halasu nie lubimy, renao nas meczy, karaoka nam nie podchodzi, dzicy tacy jacys. "Born to be wild"…

  6. Bardzo ciekawe spostrzeżenia, ale niestety zgodzić się nie mogę. W Chinach jest dobra muzyka. Trzeba jedynie nieco głębiej poszukać. Tak się składa, że od niemal dwóch lat pracuję nad pracą magisterską nt. chińskiej muzyki metalowej. W czasie tych badań (przede wszystkim w Pekinie) poznałem i odkryłem naprawdę masę doskonałych (nie tylko metalowych) dźwięków, kilkanaście zespołów na naprawdę światowym poziomie. Chińczycy potrafią grać, robią to bardzo dobrze i do tego mają swój niepowtarzalny, orientalny styl. Polecam choćby klasyczną, pierwszą płytę Tang Dynasty. Magia i tyle.
     

  7. Oczywiście, że w Chinach dobra muzyka bywa. Ja wszakże nie znalazłem absolutnie nic co by mnie urzekło jak w przypadku zespołów czy solistów chociażby z Japonii. Wyjątki po prostu potwierdzają regułę. W tak wielkim i tak licznym kraju tych dobrych powinno być znacznie więcej. Z różnych powodów nie ma i myślę, że długo nie będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close