Chiny subiektywnie

Chiny szkiełkiem i okiem, czyli komedia pomyłek

Dzięki uprzejmości jednego z wiernych czytelników beta.chiny24.com przeczytałem artykuł doktora Stephena S. Roacha, opublikowany na portalu obserwatorfinansowy.pl. Lektura tego artykułu pozwoliła mi dojść do wielorakich wniosków. Najważniejszym jest taki: wielcy tego świata przestali rozumieć otaczającą ich rzeczywistość. A pomimo to chcą nam o świecie i tejże rzeczywistości opowiadać. Ze szczegółami. Na tej zaś podstawie mówić jak żyć.

Doktor Roach jest osobą znaną w świecie finansów. Wykłada na Yale. Doradzał rządom w wielu krajach świata. Reprezentował fundusze i w ogóle. Jakże więc mógłbym dyskutować z jego stwierdzeniami? Przecież S.S. Roach musi się znać na rzeczy i skoro twierdzi, że co do Chin powinienem zachować spokój, bo tam wszystko pod kontrolą i właściwie nic się złego stać nie może, to tak jest. Amen. Nakrywam głowę kołderką i spokojnie zasypiam jak suseł. Tymczasem nie zasypiam, ukojony. Czytam artykuł doktora Uniwersytetu Nowego Jorku i zastanawiam się jak można postrzegać problemy, szczególnie złożone, w tak wybiórczy i jednostronny sposób. To drugi wniosek.

Doktor Roach patrzy na Chiny poprzez pryzmat swoich doświadczeń zza kulis wielkiej polityki i wielkich finansów. A tam – skonstatowałem – nie ma przecież nas wszystkich maluczkich. Nie myśli się w kategoriach mikro, jeno w kategoriach makro. Nie pojawiają się pytania i wątpliwości w rodzaju "a jak ludzie na to zareagują?", tylko prowadzi się dyskursy rozmaite o dźwigniach, pekabach, stopach, rejtingach i innych abstraktach, z których wynikają wszelkiego rodzaju biedy dotykające nas. Nas, czyli zasoby ludzkie, no bo w skali makro nie jesteśmy ludźmi. Biedy wspomniane nie dotykają ich twórców, ponieważ dyskutanci tacy jak doktor Roach wypracowali sobie system zabezpieczeń w formie absurdalnie wysokich honorariów, niebotycznie wysokich odpraw oraz gwarancji przechodzenia z jednego ciała decyzyjnego do drugiego. W ramach układu: "telefon do przyjaciela, koło ratunkowe, ręka rękę myje".

Truizm? Owszem. Ale potrzebny do poprowadzenia takiej oto myśli: Stephen S. Roach z odległości swego mimo wszystko abstrakcyjnego doświadczenia nie rozumie do końca przedmiotu swoich analiz. Patrzę na to z punktu widzenia osobnika, który podczas wielu lat mieszkania i pracy w Chinach przebywał wśród robotników wędrujących i ich pracodawców. Właściwie wyłącznie wśród nizin tamtejszego społeczeństwa. Postrzegam Chiny nie jako obiekt makroekonomiczny, ale jako organizm makro składający się z milarda z kawałkiem cząstek mikro. Amerykański naukowiec i doradca założył, że skoro jakiś mechanizm ekonomiczny zadziałał raz, to musi zadziałać po raz drugi. Jeśli w Chinach odczuwalne są skutki spowolnienia eksportu, to Chiny uruchomią różne projekty inwestycyjne, będą kontynuować proces urbanizacji polegający na migracji ludzi ze wsi do miast, itd., itp.

Wszystko stanie się poniekąd mechanicznie dzięki działaniom niewidzialnej ręki Pekinu, tak jak to miało miejsce w roku 2009 po tąpnięciu ekonomicznym świata w fatalnym roku 2008.

Tylko, że Chiny z roku 2009 a Chiny z roku 2012 to już dwie różne bajki. Tutaj właśnie ujawnia się niedoinformowanie doktora Roach'a. On, jak i wielu innych specjalistów, polityków, dziennikarzy zakłada, że Chiny zawsze były powolne niczym drzewce z "Władcy pierścieni". Tak dzisiaj nie jest. Chiny są wielkie, najludniejsze na świecie, ale dzięki zabiegom osób podobnych doktorowi Roach'owi nabrały ogromnego pędu. Gnają niczym szalona lokomotywa. Wielka, ogromna i pot z niej spływa. Bo zaczyna mieć pod górkę.

Dzisiaj nie wystarczy odwołać się do rozwiązań, które zadziałały 5 lat temu. W 2009 roku wciąż silne były takie prowincje jak Guangdong, czy Zhejiang. Dzisiaj wiele branż w tych prowincjach zdycha. Chociażby produkcja odzieży, czy butów. Dzisiaj odzież produkuje się w Bangladeszu, buty często już lepiej produkować w Polsce. Dzisiaj nie ma nieskończonych zasobów robotników bez wykształcenia, którym było wszystko jedno gdzie i jak pracują, byle na koniec miesiąca mogli zobaczyć kopertę z ustaloną ilością czerwonych banknotów 100 yuanowych. Są na rynku pracy ich dzieci, które mają głęboko w tyle plan na życie proponowany przez rodziców. Po co wypruwać sobie żyły po 14 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu, 51 tygodni w roku skoro starzy domy pobudowali, jest gdzie mieszkać, gdzie spać? Mamuśka zawsze coś do jedzenia da, no z domu nie wyrzuci, prawda? Nie po to tyrała ostatnie 20 lat. Po co jechać do dużego miasta, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje więcej niż roczna pensja w fabryce? Fabryk też tam już nie ma zbyt wielu, bo eksport się kurczy, mniej zamówień, potrzeba znacznie mniej ludzi do pracy. Duża część fabryk zniknęła, bo właścicielom bardziej opłacało się sprzedać grunty fabryczne deweloperom niż szarpać codziennie z robotnikami, dostawcami, klientami i innymi takimi.

Pomimo tego novum w chińskim społeczeństwie doktor Roach wieszczy, że Chińczycy będą się przenosili ze wsi do miast, bo tam znajdą pracę w sektorze usług. Hmmm. Mniejsza już o mój ulubiony temat "usług" jako takich. Ale czy przypadkiem owe legendarne usługi nie wymagają wykształcenia? Jak owo wykształcenie mogą zyskać ludzie z prowincji? Tej głębokiej? Doktor pewnie nie zwrócił uwagi na fakt, że Chiny są może i komunistyczne, ale nie ma tam warunków dla zrównania szans pomiędzy biednymi a bogatymi. Odwrotnie. Biedni skazani są na biedę jeszcze biedniejszą, bogaci w zasadzie mogą wyłącznie zyskać i stawać się jeszcze bardziej bogaci. Nie ma zatem szans na cudowne rozmnożenie świetnie wykształconych kadr, które wejdą aktywnie jako twórcy wzrostu PKB na bazie usług. Nie ma.

Co więcej owo rozwarstwienie pomiędzy biednymi a bogatymi w takim kraju jak Chiny tworzy potencjał nieprzewidywalnej siły społecznej. Ludzie, którzy żyją za niecałe 3 złote dziennie naprawdę nie mają wiele do stracenia. Populista, który zaproponuje im poprawę warunków życia, nawet powrotu do systemu komun wiejskich, które przynajmniej w teorii miały zapewnić wszystkim jedzenie i picie, może uczynić z tych rzesz wyrzutków armię o nieprzewidywalnej sile. Wielkie miasta zamieszkują ludzie obawiający się o swoją przyszłość. Możliwe załamanie rynku nieruchomości zmieni ich z milionerów w bankrutów z pustymi rękami. Miasta jednak zostały społecznie zatomizowane. Każdy dba wyłącznie o siebie, a jeśli sarka na reżim, to pod sprytnie wymyślonym nickiem na Weibo, bez jakiegokolwiek zamiaru zbierania się w realną grupę, demonstrowania na ulicy. Broń Panie Boże. Miastowi to więc grupa liczna acz pasywna. Wsiowi, ci najbiedniejsi, to absolutnie inna bajka. Starcie zwartej wsi z miastem w rozsypce przyniesie zwycięstwo tej pierwszej grupie. Bo są świeże odniesienia historyczne, bo państwo nie wystąpi przeciwko tym, którzy wstali bo ich dręczył głód. Pekin w swoim pragmatyzmie zrzuci eleganckie garnitury Armaniego i wróci do uniformów Sun Jat-sen'a. Tych, które tak swego czasu lubił Mao.

Takiego elementu układanki doktor Roach w ogóle nie uwzględnia w swoich analizach.

Dzieje się tak ponieważ – jak już wspomniałem na wstępie – nie rozumie przedmiotu swoich analiz, a jednocześnie korzysta z aparatu badawczego, który świetnie się sprawdzał w Stanach Zjednoczonych w latach 70-tych i 80-tych XX wieku, ale – obawiam się – pasuje do Chin jak świni siodło. Chiny nie są Ameryką w Azji. Chiny nie są również Japonią, tylko trochę na wschód. To fenomen, co powtarzają w kółko wszyscy nimi zainteresowani, zapominając o tych powtórkach w dowolnym momencie. Nigdy świat nie doświadczał Chin w ich obecnym stanie, ogromie, pędzie, niepoukładaniu. To nie są Stany oparte o wolność jednostki i kult własności. To nie Europa przekonana co do wyższości demokracji ponad innymi systemami. Przekonana oddolnie i odgórnie. To zupełnie nowa jakość, zjawisko osobne. Jak więc do czegoś tak nieznanego przykładać miary pasujące do zbadanych i rozpoznanych staroci? Nie można po prostu.

Uspokajanie doktora Roach'a nie uspokaja mnie i nie koi. Tym bardziej, że zdaję sobie sprawę z faktu, iż takich Roach'ów mamy jeszcze paru na świecie. Kilku z nich zajmuje się kreowaniem rzeczywistości w naszej własnej ojczyźnie. Starają się ze wszystkich sił, abyśmy wbrew własnemu doświadczeniu widzieli rzeczywistość zupełnie inną niż ona jest. Uspokajają nas przedstawiając nam fantastyczne wizje, dane, perspektywy. Tyle, że mają one niewiele wspólnego z rzeczywistą rzeczywistością. A ta polega na pracowaniu, płaceniu rachunków, szukaniu odrobiny czasu dla bliskich pomiędzy ową pracą a snem. Naciskani zbyt intensywnie w którymś momencie możemy zrezygnować z proponowanego nam formatu życia i się nań zwyczajnie wypiąć. Dotyczy to nas Polaków, jak również Amerykanów, jak i Chińczyków. Tego doktor Roach zapewne nie zrozumie. Tak samo jak nie zrozumie jak można pracować przez cały boży miesiąc za na przykład 500 €uro na rękę. Przecież on bierze tyle za 5 minut wykładu….

P.S. Nie jestem lewicowcem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Uważam jednak, że jest coś wynaturzonego w istnieniu doradców, specjalistów, analityków, którzy świetnie się mają opowiadając opowieści z mchu i paproci na tematy, o których mają tak naprawdę mgliste pojęcie. Albo pojęcie fałszywe. Co więcej uważam, że wynaturzone jest, iż tacy goście decydują o ruchach miliardów i bilionów dolarów tam czy siam. Ich działanie nie ma żadnego związku z wolnym rynkiem. Chyba, że dla kogoś Rosja jest wolnym rynkiem. Albo Chiny.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Chiny szkiełkiem i okiem, czyli komedia pomyłek”

  1. Prawda jest prosta ale nie zawsze łatwo przyjmowana. Światem rządzi chaos w większości. Od przypadku do przypadku. Gra pozorów, czyjeś szczęście lub jego brak. To tak ogólnie, bo jak wszędzie tak i tu są wyjątki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close