Chiny subiektywnieSpołeczeństwoTechnologie

Chiny, czyli tempo

 

 

Jest taki szczególny detal, który w coraz większym stopniu utrudnia nam, tu na Zachodzie (zatem i w Polsce, póki co) zrozumienie fenomenu współczesnych Chin. Tym detalem jest tempo. Tempo rozumiane na wiele sposobów.

Zauważam z coraz większym niepokojem skutki niewielkiego zainteresowania „przeciętnego Europejczyka” takim abstraktem jakim są Chiny. W przypadku niektórych państw, niektórych liderów, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, Chiny są obecne od lat w świadomości ogólnej i szczególnej, wobec Chin buduje się długofalowe strategie, z Chinami wiąże się nie tylko nadzieje, ale również ma na uwadze różnego rodzaju możliwe perturbacje w relacjach. Nas z wielu powodów nie było nigdy stać na wybieganie mentalnie aż tak daleko poza europejskie podwórko. Politycy nasi zazwyczaj skupiają się na koszuli co ciału bliższa, dla mediów Chiny nie są jakimś ekstraordynaryjnym tematem, a i przeciętnemu zjadaczowi chleba oliwskiego z Chinami jakoś tam nie po drodze. Daleko one, a w stosunku do nich nasza chałupa z kraja. Nie ma się czym zanadto przejmować.

Dzięki demokratycznym wyborom w USA i pojawieniu się na międzynarodowej scenie politycznej Donalda Trumpa uległy przyspieszeniu pewne procesy, które zaczęto dostrzegać po kryzysie 2008 roku. Chiny nieco wystawione na minę wyszły z cienia i stały się globalną ostoją finansowej stabilizacji. Rzecz jasna relatywnej w stosunku do tego co działo się w Ameryce, czy w Niemczech. Przez późniejsze 8 lat Chiny pojawiały się jako ważny, a czasem najważniejszy gracz w różnych miejscach, w różnych sytuacjach. Wyglądało jednak na to, że proces podgryzania Waszyngtonu przez Pekin rozciągnie się na długie lata, że – jeśli w ogóle możliwa – zmiana na pozycji światowego hegemona nastąpi w nieokreślonej przyszłości mierzonej dziesiątkami lat. W końcu Ameryka stanowiła opokę dla Zachodu, a Chiny miały tak wiele własnych problemów.

Ale to było, i się zmyło. Nie to, że Chiny przestały mieć problemy. Stany Zjednoczone utraciły walor przewidywalnego sojusznika, przywódcy. Dzisiaj na 2 minuty przed jakimś wystąpieniem amerykańskiego prezydenta, nawet jego najbliżsi doradcy nie mają pojęcia co ich szef powie, komu przyłoży, albo kogo zepchnie ze swej drogi. To nie jest dobra opcja dla wielu państw, które muszą budować swoją pozycję, które muszą szukać rozwiązań bezpiecznych i przewidywalnych. I tak oto od kilku miesięcy coraz częściej widać i słychać, że Pekin niczym nowe słońce przyciąga do siebie coraz więcej i więcej satelitów. Tym łatwiej, że Chinom bardziej zależy na robieniu interesów (przez które uzależnia się kolejne korporacje i państwa), niż na machaniu szabelką.

Chiny jednocześnie są coraz bardziej widocznym elementem międzynarodowej gospodarki, już nie jako producent, ale jako źródło nowych technologii, i co chyba najbardziej mnie zaskakuje osobiście, coraz większej ilości znanych na całym świecie marek. Przecież jeszcze 5 lat temu produkt z Chin, z chińską nazwą, pod chińską marką był po prostu postrzegany źle. Wiocha po prostu. Chińszczyzna co się zaraz zepsuje. Młodzi ludzie wychowani na zabawkach, ubraniach i przedmiotach codziennego użytku „Made in China” nie widzą niczego obciachowego w korzystaniu z Xiaomi, czy Huawei, skoro często lepsze niż Apple, albo Samsung, za kilka lat nie będą widzieć różnicy pomiędzy butami Nike i Li-Ning. A jeszcze kilka lat temu chińska firma Haier nie odnalazła się w Europie ze swoimi pralkami, lodówkam, klimatyzatorami. Za chwilę tych marek będzie całe mnóstwo i nikomu w zasadzie nie będzie to ani przeszkadzało, ani dziwiło. Proces odchodzenia od postrzegania chińskich produktów jako „taniej chińszczyzny” zaczął się już jakiś czas temu, a teraz dzięki sukcesom takich firm jak Huawei i Xiaomi właśnie, nieustannie, niepostrzeżenie przyspiesza.

Jedyny częściej dotykany „chiński temat”, czyli chińska gospodarka, ostatnio w zasadzie odszedł gdzieś tam na dalszy plan. Wspomina się o takim, czy siakim PKB, o problemach, jak i sukcesach, ale nie ma już w związku z tymi wypowiedziami tego akcentu, który obecny był jeszcze 2~3 lata temu. Nie ma przekąsu, porozumiewawczego mrugnięcia okiem. Bo jeszcze do niedawna powtarzano hasło „Chiny 2 gospodarką świata”, ale zdanie to funkcjonowało właściwie jak coś niesprawdzonego, w zasadzie hasło takie, bez głębszego, realniejszego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Dzisiaj nie ma już mrugnięć i przekąsów. Dzisiaj kto żyw, kto chce zarobić parę groszy (takich makro, w skali państw), kto ma nadzieję na pozyskanie inwestora, ten pakuje walizkę i leci do Chin. Bo gdzie mają być pieniądze i inwestorzy jeśli nie w Chinach? W Stanach Zjednoczonych? No raczej chyba nie bardzo niestety. Zauważcie Drodzy Państwo gdzie w tym kontekście Chiny były zaledwie 3 lata temu, a gdzie są dzisiaj? I te proces również napiera szybkości.

Wspomniana gospodarka chińska również nabiera tempa. Nie w sensie owego PKB, którego Pekin uczynił się z własnej woli niewolnikiem, ale w sensie zmiany jej charakteru. Nieoczekiwanie w sukurs przywódcom chińskim przyszedł internet, jego w Chinach powszechność i nieprzewidziane wcześniej możliwości e-commerce. Pisałem już niejednokrotnie, że ogromna chińska populacja była przekleństwem chińskiej gospodarki i polityki wewnętrznej. Działania na tak wielkich liczbach zawsze były wyzwaniem dla chińskich decydentów. Weź tu wykarm 1 miliard 350 milionów ludzi. A tu przyszedł internet i przekleństwo uczynił błogosławieństwem. Ludzie mający dostęp do internetu to rynek. 1 miliard 350 milionów ludzi z dostępem do internetu to rynek, którego nie ma ani Europa razem wzięta, ani Stany Zjednoczone, ani nikt inny. Władze chińskie już na początku XXI wieku zrozumiały, że świat wirtualny może być realnym rozwiązaniem paru chińskich problemów, więc zainwestowały naprawdę duże pieniądze w rozwój infrastruktury, ale również w narzędzia stymulujący powstawanie i rozwój nowych firm, konkurujących niejednokrotnie z tymi starymi wyjadaczami, którzy funkcjonują z sukcesem te 8~10 lat. I jak to się u nas mówi: „pieniądz robi pieniądz”. Firma dociera do setek milionów klientów, zarabia miliardy, inwestuje, żeby uciec konkurencji, znów zarabia miliardy na nowych rozwiązaniach, produktach usługach i tak w kółko, i tak wciąż. I tak coraz szybciej.

W wielu aspektach Chińczycy są bardziej zinformatyzowani niż my. Korzystają z nowocześniejszych urządzeń, w nowocześniejszy sposób, mają znacznie więcej możliwości wyboru. Dzisiaj Facebook nie ma czego szukać w Chinach. Nikogo tam nie zajara medium społecznościowe z możliwością umieszczania wpisów, zdjęć, i takich tam. Poprzez „fejsa” nie zapłacimy przecież za zakupy w sklepie, nie zarezerwujemy stolika w knajpie, nie poprowadzimy „live streamingu” dla swojego sklepu internetowego. Z czym do ludzi. Młode start-upy z Indii coraz częściej po inspirację i forsę lecą do Chin, nie do Kalifornii, do Silicon Valley. To w Chinach powstały warunki, gdzie nowe rozwiązania, jeśli obiecujące, natychmiast wchodzą do gry konkurencyjnej. Tu się walczy, nie kalkuluje miesiącami i latami co dalej robić, jak działać. Nikt nie zna przyszłości, w Chinach nikt nie stał się tak pyszny, żeby próbować na serio przyszłość kreować.

Sami Chińczycy również nabierają coraz większego tempa. I to nie tylko młodzi. Osoby starsze chętnie posługują się smartfonami i ukrytymi w nich aplikacjami. Wymieniają się danymi ze spotkanymi znajomkami w słusznym wieku, nawiązują kontakt z dziećmi i wnuczętami. Ludzie w wieku 60+ korzystają z mediów społecznościowych intensywniej niż chińskie nastolatki, co wydaje się po prostu niemożliwe. A jednocześnie mają czas, żeby trachnąć partyjkę lub dwie w majonga w parku, albo na podwórku. Młodsi mają do ogarniania coraz więcej. Korzystają więc z narzędzi, które są szybkie i efektywne. E-maile idą w kąt, w zapomnienie. Jeśli chcemy uzyskać od chińskiego kontrahenta odpowiedź szybko, musimy się z nim skomunikować za pomocą komunikatora. Maila może nie odczytać w najbliższych dniach. Do komunikatorów jest podłączony stale. A ma ich do wyboru całą kupę. My możemy wybrać skype, albo „fejsa”. Ale w ilu polskich firmach dopuszcza się regularną komunikację biznesową (profesjonalną) w drodze kontaktów poprzez „czaty”? W Chinach to standard. Każdy kupiec i każdy sprzedawca w pierwszej, maksymalnie drugiej komunikacji mailowej zasugeruje: „dla szybszej komunikacji proponuję, abyśmy się kontaktowali przez WeChat, QQ, skype….”.

W Chinach nikt już nie wyłazi na ulicę, żeby marnować czas i łapać taksówkę „na rączkę”. Transport zamawia się przez Didi, albo inną, lokalną aplikację. To auto będzie czekać, a nie potencjalny pasażer. Mało kto też traci czas na regularne, drobne zakupy. Takie produkty jak woda mineralna, pakowane hermetycznie snacki, gotowe dania do mikrofali, mleko, ryż, piwo, ale i wszystko co tylko człowiekowi przyjdzie w zakresie artykułów spożywczych do głowy zamawia się przez internet, płaci przez aplikację, ktoś to wszystko przyniesie pod drzwi i z bani. Dzisiaj podstawę konkurencji pomiędzy dostawcami internetowymi nie stanowi najniższa cena. Oczywiście niska cena jest ważna, ale ważniejszy jest czas. Standard to dostawa w terminie nie przekraczającym 24 godziny. Kto szybszy, ten lepszy.

Jak tu się realizuje wizja polskich eksporterów, którzy winszują sobie, żeby „Chińczyk zapłacił z góry i poczekał na towar ile będzie trzeba”? Według mnie słabo.

Chiny gnają coraz szybciej i coraz sprawniej im to gnanie wychodzi. Jeśli nie weźmiemy tego istotnego czynnika pod uwagę, nie będziemy mieli szans na owocną współpracę. Być może to najbardziej znaczący czynnik dla tych, którzy chcieliby zaistnieć w Chinach w obszarze nowych rozwiązań cyfrowych. To „towar”, którego Chińczycy naprawdę chcą, i są zań skłonni płacić ciężki grosz. Ale zanim zaproponujemy im na przykład inwestycję w jakąś fantastyczną aplikację na komórkę, sprawdźmy pierwej, czy przypadkiem już takiego rozwiązania tam nie ma, i czy przypadkiem już tam ktoś od paru sezonów nie zarabia na nim ciężkich pieniędzy.

Leszek Ślazyk

P.S. Zmarł profesor Zbigniew Brzeziński, człowiek, który ogarniał świat, w tym Chiny współczesne globalnie i bardzo racjonalnie. Marzyłem, że nadejdzie taki dzień, pojawi się taka sposobność, że uda się nam zamienić parę zdań na temat dzisiejszych Chin w odniesieniu do Jego „Strategicznej wizji” z 2011 roku. Bo minęło niby tak niewiele czasu, a jednak bardzo dużo wziąwszy pod uwagę te kilkanaście ostatnich miesięcy. Moje marzenie pozostanie niezrealizowane. To nic. Wielka zaś szkoda, że wraz z profesorem odeszło również Jego spojrzenie na świat i na nas w tym świecie przez pryzmat lat doświadczeń, praktyki, badań i rozważań. I, że wraz z nim odeszła też jego dla nas, dla Polski życzliwość. Szczególnie w dzisiejszej Ameryce będzie nam jej bardzo brakowało.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close