Chiny subiektywniePolska

Chiny umykające (ekonomicznie)

 

 

Ostatnio pisałem, marudząc nieco (bo taki już ze mnie Pablo Maruda), o tym, że Chiny odjeżdżają nam, Polsce. Pisałem jednak dość ogólnie. Tym razem chcę przybliżyć PT Czytelnikom powody, dla których Chiny umykają Polsce i innym krajom, które nie potrafią dzisiejszych Chin właściwie zrozumieć. Chociaż dzielnie budowały je przez ostatnie 30 lat pompując w nie niewiarygodnie ogromne pieniądze.

Upraszczając, bo niuansów tu na tygodnie pisania, no i czytania, powody umykania Chin przed nami są trzy:

  • przed chwilą wspomniane pieniądze (ogromne)

  • tempo zmian (ogromne)

  • monowładza z ciśnieniem wewnętrznym na realizacje zamierzeń (ogromnym)

Wszystko, co dzieje się w Chinach w skali całego państwa jest ogromne. Skala. Tak, to skala jest cechą wspólną wszystkich przyczyn, dla których Chiny tracące niby impet w rzeczywistości przyspieszają. Jakoś to skojarzyło mi się z paradoksem współczesnej astronomii (a może astrofizyki): zgodnie z zasadami dynamiki niejakiego Newtona, skoro początkiem wszechświata był pra-wybuch, pierwotna eksplozja, to znany nam kosmos powinien rozlewać się na wszystkie strony w coraz wolniejszym tempie. A tu niespodzianka! Wedle badaczy to tempo rozszerzania się wszechświata rośnie. Tak właśnie jest z Chinami. Bo wedle prawideł naszych ekonomicznych ich rozwój powinien się zatrzymywać, Chiny powinny hamować. Tak się jednak nie dzieje. Zapowiadany krach nie następuje. Chin wokół coraz więcej, nie tylko w Chinach samych, ale tu u nas również. Bo i w przypadku wszechświata, i w przypadku Chin czegoś nie dostrzegamy, czegoś nie pojmujemy, coś wymyka się prawdom, które sobie sami zbudowaliśmy. Bo nie wszystko czego jesteśmy pewni, o czym jesteśmy przekonani jest obiektywną prawdą, obiektywną zasadą. Powinniśmy mieć tego gruntowną świadomość wiedząc, że nasi dawni przodkowie wierzyli w panteony bogów, które są dziś egzotyczną ciekawostką, zastąpioną przez inne bóstwa, za które niektórzy z nas gotowi są przelewać krew. Że nasi pra-pra-dziadowie karali śmiercią wymyślnie okrutną jednostki twierdzące, iż Ziemia, matka nasza, nie jest płaska, co każde dziecko widzi i czego każde dziecko nawet takie nie za mądre doświadcza. Że nasi praszczurowie palili na stosach takich co wmawiali ludziom, jakoby za horyzontem były inne lądy i inne od nas ludy. I tak dalej, i tym podobne. Pomimo tych i wielu innych dowodów naszej omylności, dzisiaj sami przed sobą klękamy, bo udowadniamy sobie kolejne, niepodważalne prawdy. I te dotyczące całego kosmosu, jak i te dotyczące chociażby Chin.

Trzy wcześniej wymienione powody umykania nam Chin są ze sobą na różne sposoby skorelowane, wpływają na siebie, nawzajem się „nakręcają”. Władza w Chinach doszła do prostych wniosków kilkadziesiąt lat temu:

  • o sile państwa stanowią pieniądze, którymi jej władze dysponują

  • czym społeczeństwo zamożniejsze, tym mniej skłonne do kwestionowania mandatu władz do władzy sprawowania

W odróżnieniu od innych państw na świecie całym władza w Chinach uzależniła gospodarkę od siebie i sama od niej się uzależniła. Przy czym nie poszła drogą Stalina, co raczej leninowskiego NEP-u (Nowaja Ekonomiczeskaja Polityka), który zakładał, że gospodarka powinna być państwowa, ale w sporej mierze winna być zawiadywana przez „prywaciarzy”. W Chinach zatem państwo oddało w dzierżawę ziemię rolnikom, fabryki robotnikom, a kto był bardziej sprytny, bardziej przedsiębiorczy, ten wybił się ponad średnią. Ludzie na bazie dzierżawionego stworzyli „swoje” firmy i rządzą nimi po swojemu, choć wszyscy oni są świadomi, że to takie „swoje” jak znane u nas samochody, komputery i telefony służbowe. Chińczycy w swojej masie mają głęboko w nosie te wszystkie pierdoły, które Polakom kłębiły się w głowie w okolicach Sierpnia 1980. Forsę trzeba zarabiać, kaskę przytulać, hajs robić, a nie jakieś tam sraty-taty. Władza widzi, że sprawy poszły w dobrym kierunku. Władza wie też, że jak tym wszystkim ludziom będzie się działo znacznie gorzej, to może się zrobić mało sympatycznie. Władza więc robi bardzo dużo, żeby ogólnie się kręciło, i żeby do przodu było.

Gdyby rzecz dotyczyła na przykład (bez urazy) takiej Estonii, wspominalibyśmy o niej raz do roku, może rzadziej. Ale w Chinach mieszka 1 miliard 350 milionów ludzi. Skala. Załóżmy, że tylko 10% z nich wzięło się za „biznesy”. No to mamy populację 4xPolska. Taka gigantyczna rzesza ludzi otrzymała wsparcie od państwa w postaci możliwości zarabiania na czymkolwiek i jakkolwiek. Zaczęła zarabiać na czymkolwiek, jakkolwiek, bez oglądania się na te wszystkie drobiazgi, które zawsze „pętały przedsiębiorczość” na Zachodzie: pensje minimalne, przepisy dotyczące ochrony środowiska, czy jakieś tam BHP. Zachód był straszliwie oburzony tym co się w Chinach wyprawia, ale wpadł na jedne targi, drugie, trzecie, okazało się, że Chińczycy robią wszystko za pół-darmo, więc wciąż głośno oburzając się na władze chińskie począł zamawiać od Chińczyków wszystko, co się u nich zamówić dało, zaczął też przenosić produkcję z „drogich lokacji” do niedrogich Chin. Miliardy dolarów, miesiąc w miesiąc, miliardy dolarów. Miliardy, którymi zawiadywała władza.

Pekin nie miał pojęcia w jakim kierunku pójść w chwili kiedy model gospodarki opartej na eksporcie zaczął się wyraźnie wyczerpywać. Ale miał pieniądze, więc zaczął działać w wielu, pozornie chaotycznych kierunkach. A co dzisiaj robią zarządy wielkich korporacji typu Google, czy Intel? Dokładnie to co Pekin, tyle, że nieco później. Nie mając pojęcia co niesie przyszłość, co w przyszłości może pozwolić zarabiać, rozwijać się i znów zarabiać, po prostu sypano w Chinach pieniądze to tu, to tam, gdziekolwiek błyskała nadzieja, że coś z tego będzie. Takie dzisiejsze „seed funds”, tyle, że państwowe, w nieco większej skali.

Wiele z tych inwestycji okazało się kompletną porażką. Chętnie wytykaną przez zachodnich specjalistów i obserwatorów. Niepowodzenie jest wszak – jak mi się wydaje – immanentną cechą prawdziwego biznesu, nieprawdaż? Więcej uwagi zatem należało poświęcać tym inwestycjom, które zakończyły się niekłamanym sukcesem. Jak na przykład chińskie autostrady. Jak na przykład chińskie sieci telefonii komórkowej. No i jak na przykład chiński internet. Elementy chińskiej układanki, które coraz częściej zdradzają układanie się w większą, i co bardziej niepokojące, logiczną całość.

Chiński internet jest najbardziej nieoczekiwanym motorem, który gigantyczne cielsko tamtejszej gospodarki skłania do przyspieszania tempa wzrostu. A przecież to nie powinno się wydarzyć. Chiny powinny hamować, skąd więc to nowe PKB 6,9%?

Internet, jego wszechobecność w Chinach dzięki rozbudowywanej i unowocześnianej infrastrukturze, dostępny dla niemal każdego mieszkańca Państwa Środka, w wersji stacjonarnej, a teraz głównie mobilnej, stał się medium, w którym zadziałać, zarobić może każdy. Pekin pilnuje internetu jak pies łańcuchowy, nie ma tutaj anarchizującej wolności wypowiedzi, nie ma wstępu dla obcych. Nie, nie. Ale jest swoboda e-commercowa. Społeczeństwo jest w zasadzie zaprogramowane na zarabianie, więc nie trzeba tu nikogo stymulować, tłumaczyć, że kto nie nadąża, ten przegrywa. Kto by chciał przegrać? Wszyscy chcą wygrać. A jest ich 1 miliard 350 milionów. Skala. Miliardy ludzi, miliardy juanów. Co ciekawe, władze nie pozwalają swoim własnym firmom spać spokojnie. Nie ma patentu na wieczną pozycję lidera. Pekin nie ma w tym interesu. Jest zainteresowany jak najszybszym rozwijaniem technologii, nieważne, czy własnych, czy kradzionych. „Dzierżawcy” mają przynosić jak najlepsze rezultaty z powierzonych im dóbr. W rezultacie chińskie rozwiązania internetowe już dawno wyprzedziły to, co oferują nam kostniejące, nie mające realnego konkurenta Microsofty, Facebooki, Youtuby, czy Google. Tempo zmian w Chinach już dawno wyprzedziło tempo zmian na Zachodzie. Nawet nie wyobrażamy sobie jak nasze codzienności się już rozjechały. W kontekście technologii w życiu codziennym.

Zarabiane miliardy pozwalają chińskim „dzierżawcom” inwestować w nowe rozwiązania. I tu jest ten drobiazg, którego kluczowego znaczenia wciąż nie rozumiemy: dzięki skali działania firm, ilości klientów, wielkości obrotów, chińskie firmy dysponują miliardami na badania i inwestycje w zupełnie nowe projekty. Dysponują niewyobrażalnymi środkami. Finansowanie start-upów wszędzie wygląda podobnie: nie wiadomo, który pomysł wypali, więc sieje się to tu, to tam. Sieje się w wiele miejsc, ale jednostkowo z umiarem, niedużo. W Polsce na początek to 100~250 tysięcy złotych, żeby zobaczyć pierwsze efekty. W Chinach to podobne pieniądze, ale zaplecze finansowania o wiele, wiele większe. Znacznie większa liczba młodych firm chcących wyrwać swój kawałek chińskiego tortu. I świadomość konieczności takiego działania wśród inwestorów znacznie głębsza. Stąd i skuteczność „trafiania diamentów” znacznie lepsza.

My tymczasem wciąż postrzegamy Chiny jako najlepszego adresata naszych jabłek, bo jabłka mamy zacne przecież. Umknęło nam, że zanim udało się nam żenić te jabłka Chińczykom regularnie, to ich potrzeby uległy znacznym przeobrażeniom, do których powinniśmy dostosować swoją ofertę jako eksporter, ale również jako potencjalny adresat chińskich inwestycji.

W zeszłym tygodniu wielkość zagranicznych inwestycji chińskich przewyższyła inwestycje zagraniczne w Chinach. Przy czym te drugie wcale nie zmalały. To też nam umknęło, nieprawdaż?

Leszek Ślazyk

*

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close