Chiny subiektywnie

Chiny w obrazach, albo internet jest naprawdę wielki

Kilka tygodni temu w odmętach internetu natknąłem się na dwie fascynujące osoby: Annę Rogulską i Pawła Stelmacha, dwoje fotografów. W czasach aparatów cyfrowych fotografów tyle co psów na trawnikach, więc niby nie ma czym się podniecać. A jednak. Oboje oni bowiem wpadli w sidła Chin. Z moją szajbą na punkcie to wabik skuteczny. Kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia rozpłynąłem się w zachwycie. Chiny buchnęły we mnie bogactwem obrazu. To normalne. Ale gruchnęły również kaskadami dźwięku, zapachu, dziesiątków wrażeń i wspomnień. A to już magia.

Ucieszyłem się z poznania Anny i Pawła. Bez wynalazku internetu nie trafilibyśmy na siebie zapewne. Dzięki sieci i wspólnemu hyziowi na punkcie Chin stało się. Natychmiast zrozumiałem, że chcę, aby ich zdjęcia zagościły na mojej stronie. To cudowne wiedzieć, że nie jest się samotnikiem nie zainteresowanym bieżączkami, nie łapiącym się albo na kolejne wygłupy Wielkiego Katastrofego, albo rewelacje niedorobionego d'Artagnana Sromka. Są na świecie rzeczy piękniejsze i ciekawsze, a tak złożone i cudnie niejednoznaczne.

Na przykład Chiny.

Jednymi z pierwszych fotografii autorstwa Anny i Pawła dotyczącymi Chin były portrety współczesnych Chińczyków. Patrząc na nie uświadomiłem sobie jaką długą drogę przebyli oni i ja jako świadek zmian od roku 1994 po dzień dzisiejszy. Toż to cholera tylko 18 lat. A większości z tych kadrów nie dałoby się wykonać w Chinach, nawet w największych miastach ChRL za mej pierwszej bytności w Państwie Środka.

Symbolem dnia dzisiejszego jest z pewnością ta dziewczyna:

1-fotomadeinchina_blogspot_com

18 lat temu takich dziewczyn w Chinach Ludowych nie było. Skąd miały się niby brać? Te z wielkich miast pierwszy raz stykały się z okruchami wielkiego świata, tego poza granicami ich własnego kraju. Fragmenty muzyki, strzępy filmów, wyrywki książek. Rodzice wciąż żyjący w prehistorycznej przeszłości zrywu hunbejwinów i ich dramatycznego końca. Motto rodziców "tisze jediesz dalsze budiesz" nie mogło wzywać do lotu, do nastoletniego szaleństwa, niechaj nawet głupiego, ale buntu. Te z małych miasteczek i wsi przyjeżdżały o dużych miast, żeby ciężko pracować. Ciężko jak w XIX wieku, jak w "Ziemi Obiecanej". Siedem dni w tygodniu na dwie zmiany, śpiąc w betonowych, koszarowych budynkach przyzakładowych hoteli robotniczych. Po sześć w jednym pokoju, podobnym do celi więziennej. Od wielkiego święta wychodziły na ulicę, zobaczyć to wielkie miasto, w którym spędzały cały rok, ale nic o nim nie wiedziały, którego się lękały lękiem zabobonnym.

Dziewczyna na zdjęciach powyżej jest już z innego świata. Z innego wszechświata. Umie posiadać wiele twarzy, wiele oblicz. Jak te dziewczyny, które po latach spędzonych w Chinach mogłem zobaczyć w Hong Kongu, kiedy trafiłem tam po raz pierwszy. Pamiętam tamten pobyt bardzo dokładnie. Nie dlatego, że widoki, że świat wielki, taki z tych najbardziej wielkich, z James'a Bond'a, z bajki. Hong Kong wyrył mi się w pamięci wtedy i tkwi do dzisiaj ludźmi. Tambylcami. Jacy oni byli różni od setek, tysięcy Chińczyków, z którymi miałem do czynienia do tamtej pory. Ich inne wnętrza, inna świadomość samych siebie przekładała się na fizyczność. I tą powierzchowną, ubraniową, zapachową, fryzurową, i tą, przede wszystkim tą wewnętrzną, wyłażącą na wierzch rysami twarzy, sposobem mówienia, gestami, minami.

Pamiętam czasy kiedy na ulicy miasta mego bez najmniejszej wątpliwości można było wskazać palcem (oj nieładnie, nie wytyka się palcami chłopczyku) przybysza z kaszubskiej wsi. Od pierwszego wejrzenia. Tak jak na ulicy Berlina można było rozpoznać "swojego". Po butach, wdzianku, piórach fryzowanych zabawnie. I niepewności w gestach, w oczach. "Swój" peniał i pękał.

Osiemnaście lat temu dziewczyny z Chin Ludowych peniały przed wszystkim i pękały z byle powodu. Ta u góry już nie penia i nie pęka. Jeśli jej czegoś brakuje do dziewczyn z Hong Kongu, to na zdjęciu tego nie widać. Już nie.


Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Chiny w obrazach, albo internet jest naprawdę wielki”

  1. Nie zeby to mialo wieksze znaczenie, ale ja nadal widze wiele roznic miedzy mieszkancami Chin kontynentalnych i mieszkancami Hong Kongu. Hongkonczycy maja inteligentne twarze, inny jezyk ciala, maniery. W Hongkonskim tlumie zawsze wytypuje mainlandersow. Oni peniaja i pekaja ubierajac to w maske przesadnej arogancji i krzykliwosci. Przebranie sie w Armaniego slomy z butow nie wyciagnie…

  2. juz nie wspominajac o tym, ze wiekszosc mieszkanek Hong Kongu takich kretynskich min do zdjecia robic nie bedzie. One sie nie wstydza, ze sa soba….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close