Chiny subiektywnie

Chiny: zapachy, smaki, dźwięki

Kiedy oglądam film chiński, o Chinach, lub z Chinami w tle, niejednokrotnie tyka mnie myśl, że obrazki te są niepełne, nieco chrome. A to dlatego, że w przypadku Chin sam obrazek to tylko mała część doświadczenia.

Moje pierwsze wejście do Chin pamiętam doskonale. Przybyłem tam cudem radzieckiej myśli technicznej Ił-62M, na lotnisko Hongqiao, niemal w centrum Szanghaju. Naonczas nikt ni bawił się w pierdy typu rękawy, więc z samolotu wychodziło się po schodkach na płytę lotniska. Pamiętam ten moment, gdy z wypełnionego parą wnętrza odrzutowca (taka dziwna reakcja samolotowej klimy na różnicę temperatur…) wyszedłem na zewnątrz. Uderzyła mnie fala gorąca i bardzo specyficzny zapach powietrza. Nie, że jakiś niemiły. Inny, dziwny, zupełnie mi nieznany. Jak go opisać? No nie da się. Jak opisać zapach powietrza w New Delhi, albo w Bombaju? To jakieś zioła, ciepło i wilgoć. Zaś to szanghajskie powietrze nie pachniało ziołami, przyprawami. Ono pachniało po prostu Chinami. W tym zapachu było z pewnością wiele gorącego zaduchu tropiku, ale też nuta zapachu ziemi z całkiem nieodległych pól, wody ze starych i szerokich kanałów, zapach gigantycznego miasta dyszącego w słońcu dymami i spalinami. Zapach milionów przepoonych w codziennym trudzie koszulek, bluzek i koszul. Wszechobecna stęchlizna generowana przez wilgotn powietrze. I co jeszcze? Bladego pojęcia nie miałem i do dziś nie mam. Są fachowcy od kompozycji zapachowych, oni się mogą tym zająć. Jeśli im się zachce oczywiście.

Potem Chiny uderzyły moje zmysły dźwiękami. Klaksony samochodów naciskane z uporem maniaka kciukiem prawej ręki. Rozklekotane silniki wyjące o litość, żeby je zabrać stąd dokądkolwiek. I nieustanny gwar głosów.

Obcokrajowcy odwiedzający Polskę po raz pierwszy uważają, że szeleścimy. Szeleścimy gadając. Chińczycy z pewnością nie szeleszczą. Pokrzykują. Ciszej lub głośniej. Najgłośniej pokrzykiwały starsze niewiasty, zawsze obcięte krótko, z farbą ciemną i trwałą lokowaną. Machając dłonią na męża, zięcia, synową, czy kogo tam miały na swoim celowniku, wyrzucały z siebie potoki demonicznych dźwięków pełnych jazgotów, skrzypień i popiskiwań. Pamiętam dokładnie, jak się spłoszyłem. Szybko zrozumiałem, że posiadam pewną nadwrażliwość na język chiński w formule plebejskiej. Już wkrótce po opuszczeniu hali lotniska okazało się bowiem, że pokrzykiwanie to jedno z ulubionych zajęć Chińczyków. Krzyczy się podczas rozmowy przy stole, powrzaskuje się w trakcie rozmowy w fabryce, czy biurze, a obowiązkowo należy się wydzierać w trakcie rozmowy telefonicznej. Transparentność na maksa. Niech wszyscy wiedzą z kim i o czym się mówi komórkowo.

Do tego wszelkiej maści uządzenia elktroniczne, takie jak kalkulator, taksometr, automat do wróżb. One wszystkie musiały hałaśliwie zgrzytać językiem chińskim: "pięć, będziesz bogaty, dwanaście kilometrów".

Wieczorem w hotelu nadziwić się nie mogłem klaksonowaniu na ulicach. Zbliżała się północ, a za uchylonym oknem nerwowe kciuki wciąż naciskały wyświecone miejsce na kierownicy, żeby sobie popipać na innych pipaczy. Czasami odzywał się dźwięk podobny do gardłowego okrzyku gęsiego. To klaksonił policjant. Mniej nerwowo, bardziej dostojnie, o ile to możliwe w przypadku gęsi.

Jeszcze tego samego wieczoru trafiłem na pierwszą w swoim życiu chińską kolację wystawną. Później zaliczyłem ich setki, może tysiące, jednak ta pierwsza była dla mnie niczym krok Armstronga na Księżycu. Z tą różnicą, że on mój mały krok ludzkość miała z pewnością niezwykle głęboko w zadku. Szybko się przekonałem, że chińskich potraw nie da się jeść nożem i widelcem. Musiałem wbrew woli użyć badylków i się powiodło, chociaż łatwo nie było. A zmysły moje oszalały. Potrawy dziwne, wyglądające inaczej niż te znane z domu, pachnące pięknie, a smakujące….różnie. Pełna dezorientacja. Rzeczy wyglądające świetnie, pachniały tak sobie, smakowały do niczego. Te niepozorne urywały łeb. Jak orzeszki ziemne w skórkach, w kwaśnym sosie sojowym ze świeżą pietruszką. Krewetki z wody. Albo smażona fasolka.

Z homarem podanym na wielkim modelu dżonki wypełnionej lodem nie polubiliśmy się. Jak również z jakimś ptakiem, który wylądował w rękach mistrza kuchni w całości i tak też został podany na stół. No bez piór był, fakt, ale okiem łypał z pogardą.

Późnym wieczorem bolała mnie głowa z nadmiaru wrażeń. Następnym wyjazdom nie towarzyszyły już emocje tego pierwszego dnia. Ale uderzenie zapachem, dźwiękami i smakami pozostało. Może nie obuchem, takie lekkie pacnięcie w łeb. Lubię je. Jadę więc zaznać. Teraz, zaraz.

Leszek Ślazyk

 

 

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Chiny: zapachy, smaki, dźwięki”

  1. ogladajac dowolny chinski film, zeby rozumiec co widzimy, nalezy zalozyc klamerke na nos.

    te dwa slowa – zapach i dzwiek – to eufemizmy poszyte niepamietna nostalgia… ale smak … to za malo powiedziane. SMAK!!! z benzoesanem sodu, od serca u chlopa na rogu ulicy, nigdy nie oszukany, albo w tych paru sieciowkach z hunanskim, syczuanskim czy okoloszanghajskim zarciem, albo te makarony z shanxi, skonac mozna. mozna nienawidziec czerwonych chin, buty i braku elementarnych ludzkich uczuc nowych socjalistycznych ludzi w krainie banknotow z jedynie sluszna geba mao, brudu i smrodu wsrod tych lsniacych budynkow uzytecznosci publicznej i niepublicznej, ale SMAK … jest ponad to wszystko.

    wspanialej podrozy, a tym cos widzial, slyszal i smakowal, podziel sie po powrocie.

  2. Obiecuję! Już teraz mogę dodać zapach, który pominąłem, a przecież nie można go zapomnieć! Smażone tofu. Smażone tofu! Kto nie zaznał niech żałuje….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close