Chiny subiektywnie

Demony seksu i łez….

ARCHIWUM – Przeglądając przepastne zasoby dysków, na których zbieram rozmaite wieści zza Wielkiego Muru, przypomniałem sobie o pewnym osobniku, którego ochrzciłem mianem „demona seksu i łez”. Występ tego osobnika, umieszczony na Youtube, będący początkiem całej serii znajdujących się tam niemniej ekscytujących „performanców”, wywoływał we mnie wspomnienia owych wszystkich makabrycznych wieczorów, podczas których dawałem wciągnąć się swoim chińskim znajomym w intrygę o nazwie „karaoke”.

Rzecz znana w Polsce i lubiana.

Wersja polska ma się jednak nijak do chińskiej. U nas społeczeństwo jest mniej wyrywne do śpiewania, szczególnie na trzeźwo. Trochę wstydu, trochę umiejętności oceniania własnych możliwości. W Chinach jest zgoła inaczej. Śpiewać każdy może. A czym persona znaczniejsza, tym śpiew jej piękniejszy w uszach zależnych od śpiewaka słuchaczy. Nie godzi się nawet myśleć, że szef, pani przewodnicząca, czy wyższy rangą urzędnik urzędu celnego mógłby fałszować. Ależ skąd. Śpiewa piękniej niż Andrea Boccellii, czy Maria Callas. A mnie łzy lecą, plomby w zębach się kruszą, dusza jęczy, żeby wyrwać się i do domu gnać, nawet na piechotę. Gdyby to trwało pół godziny, godzinę najwyżej, ale nie, bawimy się, czas nie ma znaczenia. Pijemy zieloną herbatę, pijemy nawet piwo, zajadamy chipsy z suszonego kryla, jest bosko, entuzjazm i szaleństwo!

Piosenki chińskie w większości wypadków opowiadają o miłości. Teledyski wyrażają głębie tej miłości, albo smutek po ukochanej/ukochanym, lub też ukazują ból serca złamanego wielokrotnie. Ona na przykład idzie parkową aleją, ciuchy i makijaż wzorowane na bohaterce japońskiego filmu „Krąg”, ściska w objęciach duży słoik do połowy zapełniony JEGO niedopałkami. On te fajki przy niej tak romantycznie palił, a teraz nie wiadomo gdzie się podział. Albo on powoli wodzi wzrokiem po okolicy i w strugach deszczu dostrzega jak ona w niezwykle zwolnionym tempie podryguje w dziwacznej sukni (chyba z flagi zrobionej, albo żagla) bosą nogą strącając krople wody ze ździebeł trawy zielonej jak z bajki (ach cud cyfrowej korekty kolorów). Tylko, że ta podrygująca ona, to nie ta, co on ją tak kochał, tylko to przywidzenie, bo w rzeczywistości między drzewami przechadza się kobieta w czarnym i niby tam zbiera liście.

I tak sobie godziny mijają, organizm cierpi, bo niegrzecznie byłoby wszystkim zepsuć niezwykle fajną zabawę.

Największym zagrożeniem karaokowym nie są jednak panowie dyrektorzy, czy panie przewodniczące. Najstraszniejszym przeżyciem jest konfrontacja z samopoznanym talentem. Zdarza się taka jednostka, niestety, bardzo często. To osobnik dowolnej płci, który uwierzył w siebie i swój talent. Co bardziej frustrujące, zdarza się, że wiara w ten talent w tajemniczych okolicznościach zaraziła innych: kolegów z pracy, znajomych z miejsca zamieszkania, itd., itp. Jednostka utalentowana się kryguje kiedy proszą, żeby zaśpiewała. Ale po paru minutach bierze do rąk mikrofon, do którego wypowiada „wei, wei”, żeby sprawdzić jakość i moc sprzętu, ordynuje komuś wybór konkretnego utworu z listy i zaczyna………

Oczy przymknięte, twarz znamionuje romantyczne napięcie i pokłady artystycznej wrażliwości w duszy. Na ekranie, na tle smutnej kobiety w mokrym odzieniu przesuwającej się powoli pomiędzy zalanymi deszczem budyneczkami z szarej cegły wyświetlają się pierwsze chińskie znaki tekstu. Piłeczka na ekranie zaczyna podrygiwać i odlicza moment wejścia wokalu. Lokalny talent zazwyczaj na początku nie trafia w tonację. Leciutko ślizga się wydobywanymi z siebie dźwiękami obok tych skrytobójczo wymyślonych przez autora piosenki. Ja mam złudną nadzieję, że powodem fałszowania jest jakaś drobna początkowa niedyspozycja głosu spowodowana nadmierna ilością wypalonych fajek. Ale nie. Okazuje się, że talent chyba słabo słyszy. Wniosek wyciągam z faktu ciągłego, równomiernego podnoszenia głośności głosu, w miarę jak piosenka zbliża się do pierwszego refrenu. Bo refren to musi być stadionowa orgia przecież. Z całych sił wątłych płuc, z całą głębią nietłumionych już emocji samopoznany talent wokalny oświadcza rycząc do mikrofonu okrutnemu światu w twarz, że ona odeszła zostawiając jego z tym sercem tragicznie złamanym.

Piosenka ma niezliczoną ilość zwrotek, ale wreszcie skończyć się musi.

Potem są brawa, euforia, śmiech i piski dziewcząt. W lokalach karaoke starszej daty można sobie wynająć plastikowe kwiaty, które śpiewakowi ktoś wręczy, żeby osobnika uhonorować i wynagrodzić mu trud. A ja porażony siedzę sobie bez ruchu, powieka ani drgnie i wiem już, że mam jakieś 30-45 sekund na oddech i decyzję, czy uciekam, czy zostaję. Talent się rozgrzał. Zaraz ktoś znów go/ją nakłoni do wykonania kolejnej powolnej w tempie piosenki o miłości, a potem następnej i następnej i następnej, i nas……

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Demony seksu i łez….”

  1. Przezabawny, ale jednoczesnie bardzo autentyczny opis. Podziwiam lekkosc piora i umiejetnosc oddania tej jakze charakterystycznej atmosfery karaokowych wieczorow.
    A „stadionowa orgia” wejdzie na zawsze do mojego jezyka…:)

  2. Uwazam ze pisze Pan swietnie aczkolwiek ten artykul jest na nieco stosunkowo 'polski'.  Fakt faktem wielu wielu Chinczykow spiewa kiepsko ale wielu spiewa tez bardzo dobrze. Przecietny Chinczyk zaspiewa o wiele lepiej niz przecietny Polak. Pomijajac wrazliwosc tonalna wynikajaca z tonalnosci jezyka, Chinczycy poprostu nie wstydza sie spiewac.  " Trochę wstydu, trochę umiejętności oceniania własnych możliwości" + plus troche nasmiewania sie z innych ktorzy postanowili sie przelamac i efektnem jest polski rynek muzyczny, ktory jest daleko w tyle za calym swiatem.
    PS. Nie zdarzylo mi sie jeszcze zebym chociaz jedna z osob towarzyszacych mi w KTV nie byla fenomenalnym spiewakiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close