Chiny subiektywnie

Dolar, yuan i wiejski głupek

Czytam po raz nie wiem który artykuł opublikowany na stronie wyborcza.biz i nic nie rozumiem. Widocznie z powodu wrodzonej tępoty. Za nic pojąć nie mogę kędy podąża myśl ekonomistów, jak rodzą się w ich głowach wnioski wyciągane z pozornie oczywistych faktów. Ale po kolei.

W ramach codziennych prasówek trafiłem na artykuł Andrzeja Lubowskiego p.t. " Renminbi – temat zastępczy". Oczywiście nie mogłem go przepuścić i przeczytałem. Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Poszedłem spać, obudziłem się po solidnej dawce snu, prysznic, kawa, spacer. Ponownie przeczytałem artykuł Lubowskiego. I nic. Żadnego, cholera, zrozumienia we mnie dla przeczytanego słowa. W zamian pojawiły się wątpliwości. W ilości znacznej.

Człowiek, o którym google mówią, że jest z wykształcenia ekonomistą pisze na przykład:

"Światowa gospodarka ma dziś tyle powodów do zmartwień, że ostatniej rzeczy, której potrzebuje, to wojny handlowej. A mimo to dzielny Senat USA uchwalił zdecydowaną większością głosów ustawę o wdzięcznej nazwie "The Currency Exchange Rate Oversight Reform Act", która pozwala przylepić każdej walucie, której kurs odbiega znacząco od praw popytu i podaży (co jest eufemizmem dla manipulacji), etykietkę "subsydia" i potraktować ją w tenże sposób, czyli nałożyć opłaty wyrównawcze. Rozmaite wersje tego ustawodawstwa przyjmowano regularnie od 2003 roku, ale tym razem antychińskie sentymenty wydają się być silniejsze niż w przeszłości."

W tym dokładnie przypadku chodzi o chińskiego yuana, który według różnych szacunków jest niedowartościowany od 25 do nawet 50%. Amerykanie twierdzą, że w odniesieniu do siły nabywczej chińskiej waluty to jest 40%. Dzisiaj oficjalny kurs to niecałe 6,40 yuana za 1 dolara. A powinno być 3,84. Nie jest, ponieważ o kursie wymiany decyduje Pekin nie światowy rynek walutowy. Rzecz jasna w tym momencie odezwać się powinni wszyscy ci, którzy uważają, że rynek ze swoją niewidzialną ręką to "wujek samo zło", odsuwając na bok zasadniczy problem na korzyść jałowej dyskusji o niczym. Ja natomiast zamiast dyskutować dam prosty przykład, no bo jako wiejski głupek złożonego dać nie jestem w stanie.

Wyobraźmy sobie, że jutro rano minister Rostowski uczesawszy swe imponujące pukle staje przed kamerami i ogłasza, że od dzisiaj do końca roku 2013 kurs wymiany złotówki do dolara będzie wynosił 6,5 złotego a do €uro 8 złotych. Koniec, kropka. Jaki wpływ będzie miała taka decyzja? Co będzie bardziej opłacalne: import towarów, które wzorem Chin obłoży się dodatkowo 100% cłem, czy produkcja w kraju i jej eksport? Bez wnikania w szczegóły i detale: nagle opłaci się produkcja w Polsce, eksport, eksport i jeszcze raz eksport. Jaki ta decyzja będzie miała wpływ na gospodarkę Niemiec? Większość tamtejszych producentów założy swoje oddziały  w RP w try miga. Koszt pracy u nas będzie wielokrotnie mniejszy niż u nich, a geograficznie w sumie to właściwie jeden region, nieprawdaż?

Tymczasem wykształcony ekonomista twierdzi, że zamach na taki układ to nierozumna (czyt.: amerykańska, wiadomo, że Amerykanie to głupki…), nieodpowiedzialna droga do wojny handlowej. A przecież, kruca bomba, ta wojna już trwa od przynajmniej kilku lat! Jeśli można coś zarzucać Amerykanom to refleks godny okręgowego mistrza gry w szachy.

W innym fragmencie tekstu pan Lubowski pisze:

"Nie od dziś wiadomo, że globalizacja i wolny handel mają swych zwycięzców i przegranych. Wygrywa konsument, bo kupuje taniej. Przegrywa pracownik, którego praca wędruje tam, gdzie firma może zarobić więcej, korzystając z tańszej siły roboczej, niższych podatków, mniej surowych reżimów ochrony środowiska."

Od ładnych paru lat żyję w przeświadczeniu, że nie jest ze mną wszystko po kolei. Znaczy, że szurnięty jestem. A tu się okazuje, że nie jestem sam. Pan Lubowski twierdzi, że w każdym człowieku koegzystują w schizofrenicznej relacji konsument i pracownik. Nie żyją w symbiozie no bo jeśli jeden zyskuje, to drugi traci. Hmmmm….. Jeszcze raz: jestem konsumentem, który zyskuje kupując tańsze towary, ale w rezultacie tracę pracę… No to jak już ją straciłem, to przepraszam, za co kupuję? Zdycha zarówno pracownik, jak i konsument. No tak, czy nie? Nie? A co ja tam wiem, w końcu ani się nie znam na hedgingach, na forexach, opcjach, zarabianiu na spreadach, ani szczególnie na kręceniu lodów na stratach. W moim nieskomplikowanym świecie pieniądze zarabia się w nieskomplikowany sposób, to znaczy wtedy, kiedy moja konkretna umiejętność, konkretny towar znajdujący się w moim posiadaniu stanowi atrakcję dla osoby trzeciej, która jest skłonna zapłacić za to tyle ile jestem w stanie zaakceptować. W tym nieskomplikowanym świecie jest miejsce dla fryzjerek, tokarzy, szwaczek, inżynierów i hutników. Wszyscy oni są pracownikami i konsumentami. Sam jednocześnie jestem pracownikiem i konsumentem i nie potrzebuję wielomiesięcznej psychoterapii, żeby odkryć w sobie odkryć te dwa pierwiastki osobowości mej.

Cała bieda w tym, że politycy specjalizujący się głównie w samo-lansowaniu, ze skromną wiedzą na temat świata rzeczywistego, wybierają na swoich doradców świetnie sprzedających się magów od teorii jak te powyżej zacytowane. W przeszłości indywidua takie musiały liczyć się z możliwością obtoczenia w smole oraz w pierzu. Dzisiaj, w czasach politycznej poprawności, śpią spokojnie.

 

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close