Chiny subiektywnie

Europa – Chiny, Polska – Chiny

Niedawno natrafiłem na artykuł w „The Economist”, który wywołał u mnie całą lawinę emocji. I jak to z lawinami bywa, na początku toczył się zaledwie jeden kamień, mający bezpośredni związek z artykułem, ale już wkrótce zalał mnie ogrom myśli wielowątkowych, które przerodziły się w złość i gniew. Ale po kolei. Chiny

Parę dni temu „The Economist” opublikował w swojej wersji elektronicznej coś w rodzaju sequela artykułu opublikowanego pierwotnie 4 kwietnia zeszłego roku. Ten zeszłoroczny artykuł mówił o rosnących wpływach Chin w Europie, o tym, że Chiny mają swój plan na Europę, zatem i Europa swój plan na Chiny stworzyć powinna. Tegoroczny sequel owego artykułu szuka odpowiedzi na pytanie: „Jak Europa powinna reagować na gwałtowny wzrost wpływu Chin na świat?” Już sam zwrot „gwałtowny wzrost wpływu” zawarty w tytule wywołał u mnie pierwsze zdziwienie. Jakby to ująć obrazowo? Chiny na początku lat 90. XX wieku, po zdjęciu z nich embargo nałożonego po wydarzeniach na Placu Tiananmen w 1989 roku, jawiły się Europie jak taki przeraźliwie chudy koleżka, który pojawił się na siłowni, żeby „zyskać na masie”. A w udzie miał tyle, co najlichszy trenujący w szyi. Chudy rzucił się na sprzęt, a jego ambicja wywołała u doświadczonych uśmiech pobłażania, ale i rodzaj pewnej przychylności. Zwłaszcza, gdy okazało się, że Chudy pracuje w zakładzie, gdzie można za śmieszne pieniądze zrobić w zasadzie każde urządzenie do treningu. Nie tylko na Sali, ale również w domu. Co więcej chudy koniecznie chciał nabywać odżywki, dresy, buty i książki o trenowaniu. Po roku Chudy wciąż był chudy, ale brał na klatę znacznie więcej niż na początku. I tak sukinsyn brał więcej i więcej z roku na rok. I jakoś nikt nie zauważył, że zaczynał od 50 kilo, a po latach brał już 500. Najlepsi „starzy” dźwigali może 200, może 250, jednak 500 nie próbował nawet nikt. A pomimo to z Chudego, który dawno przestał być chudy wciąż pokpiwano i uśmiechano się doń pobłażliwie. Niektórzy bywalcy siłowni zauważyli, że jeśli na początku Chudy dokładał co roku 12-17% więcej ciężaru, to teraz nie dodaje nawet 10%. Może 6, może 6,5. Znaczy: słabnie Chudy. A potem były zawody pomiędzy siłowniami, Chudy wystąpił, choć nikt go nie prosił i nagle się okazało, że zajął drugie miejsce. Co więcej, ponieważ mimo wszystko rósł w siłę, stało się jasne, że niebawem będzie najsilniejszy i zajmie pierwszą lokatę. I nikt mu nie fiknie. Bo to co on dokłada obecnie co roku w innych siłowniach dźwigają we dwóch, a czasem we trzech. I teraz to każdy od Chudego chciał kupić książki o treningach i sprzęt, każdy chciał się z nim zakolegować i każdy chciał mu sprzedać jakiś fajny nowy sprzęt.

O jakim „gwałtownym wzroście wpływu” mówić możemy? Chiny budują swoją pozycję mozolnie od 1992 roku. Pierwszym poważnym przebłyskiem zmiany ich statusu światowego był okres 2008-2009, bo z jednej strony Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, z drugiej zaś rola koła ratunkowego dla wielkich gospodarek świata wstrząsanych kryzysem finansowym wywołanym przez amerykańskich hochsztaplerów. Wtedy to Chiny pokazały, że nie są już owym Chudym, że mają sporo atutów i całkiem zręcznie korzystają ze swoich potencjałów. Wydaje się, ze Europa ostatecznie zrozumiała wielkość i pozycję Chin na arenie międzynarodowej (tej gospodarczej i tej politycznej), kiedy Stany Zjednoczone wykonały swoje salto do wewnątrz, pod hasłem „Make America Great Again Dla Siebie Samych”. Kiedy filar dotychczasowych polityk globalnych przestał de facto istnieć (no bo nie wiadomo czy podpiera, czy raczej nie bardzo), Europa zrozumiała, że Chiny są realna alternatywą. Co więcej Chiny zdążyły się do takiej zmiany na arenach przygotować. Jak mówi polskie porzekadło: „Lepiej późno niż wcale”.

O, i tu jest ten punkt, w którym zdziwienie zamienia się w rzekę gniewnych emocji.

Polskie porzekadło mówi, a Polska (czy raczej ci, którym powierzono rządzenie Polską) wniosków nie wyciąga żadnych. Polska brnie, bo jak wielki, ale w praktyce ostatnio nie weryfikowany sojusznik zza Atlantyku fika głównie koziołki dla własnej publiki. Obecna ekipa rządząca po poprzednikach odziedziczyła niemal kompletny brak strategii wobec Chin. A te niewielkie w sumie inicjatywy jak Go China skutecznie sparaliżowała, bądź zadusiła reorganizacjami w swoim szczególnym stylu. Burcząc na Niemców i Francuzów, i generalnie na Unię, co może i jakieś pieniądze daje, ale wymaga, żeby przestrzegać wspólnie ustalonych zasad, ekipa ta nawet przez chwilę nie pomyślała (jak chociażby jej idol z Węgier), by zbudować sobie alternatywę polityczno-ekonomiczną wobec „źródełka europejskiego”. Owszem, pan prezydent udał się do Chin zaraz na początku swojej zaskakującej nawet jego samego kadencji, triumfalnie ogłaszał, że sprawi, iż Polska stanie się dla Chin bramą do Europy, ale po kilku tygodniach zajął się ważniejszymi sprawami. Sezon narciarski jakoś wtedy się właśnie zaczynał. Potem raz, czy dwa wspominano o konieczności zbudowania relacji z Chinami, zwłaszcza w czasie i tuż po wizycie prezydenta ChRL Xi Jinpinga w Polsce.

„Prezydent Andrzej Duda i przewodniczących ChRL Xi Jinping zgodzili się, że Polska może odgrywać ważną rolę na szlaku handlowym Chiny-UE. Polska wiele projektów gospodarczych i inwestycyjnych chciałaby realizować wspólnie z Chinami” – zapewniła premier Beata Szydło 20 czerwca 2016 r.

Obaj prezydenci odwiedzili miejsce pod Łodzią, gdzie powstać miał hub przeładunkowy dla przewozów kolejowych Chiny – Europa – Chiny, w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku, osobistej, firmowanej przez niego samego inicjatywy prezydenta Xi Jinpinga. A niedługo potem pan Antoni Macierewicz, jako minister obrony narodowej, projekt budowy hubu skutecznie storpedował. Prawdziwych przyczyn tej decyzji nie znamy do dziś.

A potem już było w zasadzie z górki. Ostatnim mocnym akordem zagranym przez naszych wirtuozów dyplomacji i polityki zagranicznej było aresztowanie chińskiego dyrektora pracującego w polskim oddziale Huawei pod zarzutem prowadzenia działalności szpiegowskiej na szkodę Rzeczpospolitej Polskiej i oskarżenie samego koncernu o prowadzenie takowej działalności na szkodę między innymi Polski.

Na początku kwietnia premier Chin Li Keqiang udał się w podróż do Europy, gdzie odwiedził Włochy, Monako, Francję, Belgię i Chorwację. W krajach „starej Europy” układano na nowo relacje Chiny – Europa. Donald Trump zadziałał tu na odległość w roli swatki zapowiadając kolejne cła zaporowe na europejskie towary. Europa zaś między innymi postanowiła, wprawdzie z pewną ostrożnością, ale bez dalszych ceregieli, rozpocząć budowę własnej infrastruktury sieci 5G na bazie technologii i komponentów z Chin, w tym oczywiście tych wyprodukowanych przez firmę Huawei. (Wczoraj okazało się, że nawet Brytyjczycy knują w tajemnicy przed Amerykanami, żeby jednak pracować z Huawei). W Dubrowniku premier Li spotkał się z szefami rządów „młodej Europy”, czyli państwami Europy Wschodniej i Środkowej, w składzie rozszerzonym o Grecję (a w krótce o Austrię, Szwajcarię i Białoruś). Spotkał się tu również z premierem Morawieckim, którego w tym roku od spotkania z szefem chińskiego rządu nie odciągnęło inne istotne zdarzenie jak ta zeszłoroczna pielgrzymka na Jasną Górę. Wracając ze spotkania w Dubrowniku premier Morawiecki poinformował, iż:

„Premier Chin przyznał, że taki stan rzeczy, w którym Polska notuje znaczący deficyt handlowy z Chinami, nie może trwać zbyt długo i rozumie nasze uwagi, nasze zastrzeżenia, nasze podejście do polityki handlowej, reakcja była bardzo konstruktywna – obiecał działania zmierzające do tego, żeby handel odbywał się bardziej na zasadzie zrównoważonej.”

Oczywiście było to kolejne salto do wewnątrz. Kibicom premiera z pewnością spodobało się, że ich faworyt tak skutecznie porozmawiał z premierem Li, że ten natychmiast obiecał odpowiednio zadziałać. Zuch! Salta do wewnątrz mają jednak tę cechę, że o ile robią wrażenie na własnej publiczności, o tyle z zewnątrz to niezgrabne podrygi, często budzące po prostu niesmak. I tak właśnie stało się w przypadku wypowiedzi premiera Morawieckiego. W Pekinie została ona odnotowana jako poważny nietakt. No, bo jak chcemy zredukować ten niekorzystny bilans handlowy – pomijając kwestię naszej oferty handlowej zupełnie stronie chińskiej nieznanej, bo nigdy kompleksowo nie przedstawionej – skoro zamknęliśmy jednostronnie projekt budowy hubu przeładunkowego pod Łodzią? Jak zatem zamierzamy zwiększyć ilość wysyłanych towarów interesujących odbiorców z Chin? Jak inaczej chcemy wykazać, że współpracą jesteśmy faktycznie zainteresowani?

Ponieważ mamy do czynienia z jednostkami niezwykle błyskotliwymi, na odpowiedź na nurtujące Chińczyków pytania nie trzeba było czekać długo. 26 kwietnia odbyło się II Forum Pasa i Szlaku w Pekinie. Było to wydarzenie poświęcone wspomnianej wyżej inicjatywie prezydenta Xi Jinpinga. Tymczasem, jak poinformowało polskie MSZ: „W (…) części II Forum Pasa i Szlaku, obejmującej forum liderów i spotkanie wysokiego szczebla, nie jest przewidziany udział polskiej delegacji oficjalnej. Planowany jest natomiast udział przedstawicieli Polski w subforach tematycznych Forum Pasa i Szlaku – odpowiednio wiceministra finansów i wiceprezesa NIK.” Tak, że tak…

Ja wiem, że rosnącej w siłę internetowej grupie gawiedzi karmionej psycho-sieczką z suszonego pseudointelektualnego ejakulatu Michalkiewiczów, Braunów i Korwinów to w graj. No, bo „po co nam te Chiny?” Tyle, że ta dokładnie grupa potwierdza moje przeświadczenie, ze demokracja nie jest dla każdego, nie każdy powołany jest do tego, aby podejmować decyzje istotne dla ogółu. A już zwłaszcza jeśli dumnie ogłasza na swoim profilu FB, iż jeśli chodzi o pracę to: „szlachta nie pracuje” (czyt. mieszka z rodzicami pozostając na ich utrzymaniu), a jeśli chodzi o wykształcenie to jego źródłem jest: „szkoła życia”. Tyle, że celowe wykonywanie salt do wewnątrz dla uciechy tego typu gawiedzi świadczy o bardzo wąskich horyzontach i bardzo złym pojęciu znaczenia odpowiedzialności za władzę. O ile celowe. Coraz częściej myślę, że przypadkowe, będące skutkiem ubocznym tego intensywnego fikania kozłów dla rozmaitych grup publiki własnej.

Europa zatem z dużym opóźnieniem zaczyna poważnie zastanawiać się nad swoją strategią wobec Chin. My raczej nie bardzo, bo zwłaszcza w obliczu spiętrzenia się wyborów, nikt nie ma czasu na takie pierdoły. Jak się wygra, to się tym zajmie później, może. A jak się przegra, no to po co się narobić, żeby to inni śmietanę spijali, a? I jeszcze ci Niemcy. Bundesnetzagentur (Federalna Agencja Sieci) poinformowała, że w wyniku przeprowadzonych kontroli nie znalazła dowodów potwierdzających tezę o zagrożeniu dla niemieckiego cyberbezpieczeństwa wynikającego ze stosowania oprogramowania, czy sprzętu produkowanego przez firmę Huawei. Dlatego też nie widzi przeciwwskazań dla udziału firmy Huawei przy tworzeniu niemieckiej infrastruktury sieci 5G. A my wciąż nie wyjaśniliśmy sprawy tego aresztowanego dyrektora z polskiego oddziału Huawei. Ojej.

P.S. 16 kwietnia przedstawiciele polskich władz poinformowali, że „Polska prawdopodobnie nie wykluczy Huawei z budowy 5G. Ze względy na koszty finansowe.”, a już 2 dni później zadecydowano, że były dyrektor Huawei pozostanie w areszcie do lipca. Chwaty! Zapewne ktoś wpadł na pomysł, że jak ten dyrektor dłużej posiedzi, to Chińczycy o nim trochę zapomną, bo mają kupę spraw na głowie. W Polsce to działa, to w Chinach już na pewno.

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Sprawdź też

Close
Close