Chiny subiektywnie

„Go China”: ale o co chodzi?

Dawno temu, w piątkowe wieczory występował w telewizji niejaki Pies Pankracy. Swoje monologi rozpoczynał zazwyczaj charakterystycznym: "Tak sobie siedzę i myślę, a do głowy przychodzą mi różne psie myśli". Patrzę na logo dość świeżej inicjatywy rządowej "Go China" i przychodzą mi do głowy różne myśli. Chyba psie, bo niezbyt lotne. Patrzę, nie rozumiem, patrzę i pytam siebie samego: "Ale o co chodzi?". I nic. Odpowiedzi nie znajduję.

Zaglądam na stronę "Go China" co parę dni, zastanawiam się czemu właściwe ma ona służyć. Oficjalna wersja przedstawiona podczas specjalnej konferencji prasowe w Ministerstwie Gospodarki brzmiała: "Celem Go China jest zachęcenie polskich przedsiębiorców do ekspansji na rynku chińskim oraz pomoc w poszukiwaniu chińskich partnerów biznesowych. Powodzenie strategii zależy od aktywności polskich firm oraz zaangażowania administracji gospodarczej. Go China to jednocześnie potwierdzenie, iż polski rząd wspiera działalność przedsiębiorców na szczególnie ważnych i perspektywicznych rynkach." Co to właściwie oznacza?  "Zachęcamy, uda się w zależności od zaangażowania, my się już zaangażowaliśmy, nasz portal jest tego dowodem" – tak właściwie można by odczytywać te słowa.

Może się nie znam, może źle rozumiem, ale jakoś mało konkretu, mało woli czynu wyziera zza powyższych deklaracji. Za to sporo asekuracji w związku ze znanymi dokładnie przeszkodami. Skoro znamy przeszkody, które nad danym projektem wieszają czarne chmury wątpliwości graniczących z pewnością niepowodzenia, to zazwyczaj zostawiamy taki projekt na półce z tabliczką "Zapomnij!". No bo po co tracić czas, energię i pieniądze na coś co ma nikłe szanse powodzenia?

Ale ja nie o tym. W istocie patrząc na logo "Go China" myślę sobie, że pewne rzeczy dzieją się w naszym kraju poza ramami czasowymi otaczającej rzeczywistości. Hasło "Jedź, inwestuj w Chinach" pasowałoby do realiów lat 90-tych zeszłego stulecia, a nawet do pierwszej dekady obecnego wieku. Ale dzisiaj? Mamy inwestować w Chinach, z tak wielkim opóźnieniem w stosunku do Niemców, Amerykanów, Japończyków i wielu innych nacji? Inwestować w kraju, który raczej nie cierpi na brak inwestorów, a który sam posiada "kasy jak lodu"? Nie wchodząc w szczegóły: to bez sensu dzisiaj. Dzisiaj zamiast marnować czas i energię na podbijanie dawno podbitych Chin powinniśmy skupić się na niezwykle rzadkiej okazji, którą wykreowały zmiany na mapie ekonomicznej i politycznej świata. Chiny stają się droższe z dnia na dzień, Europa Zachodnia stała się miejscem konsumpcji, tworzenia PKB na bazie usług (to ci dopiero tajemnicze pojęcie…), a my…? Znajdujemy się w idealnym miejscu na mapie Europy, mamy potencjał nie tylko geograficzny, ale może przede wszystkim w postaci naszych rodaków, którzy potrafią zapie….ć jak cyborgi jeśli im dobrze płacić, co więcej nie bez sensu tylko na wysokim poziomie świadomości tego co robią jako monterzy, spawacze, technolodzy, inżynierowie. Bo wbrew różnym opiniom nie jesteśmy krajem głupków, mamy często niefarta do zarządzających naszym krajem. Część tych zarządzających rzuca z trybun zadziwiające hasła typu: "nie możemy być fabryką Europy". Czy jest coś złego w byciu miejscem, gdzie produkują i ci ze Wschodu i ci z Zachodu. Czy jest coś złego w tworzeniu tysięcy miejsc pracy dla ludzi o różnym wykształceniu, kwalifikacjach, aspiracjach? Mnie się wydaje, że wręcz odwrotnie, ale co ja tam wiem, co ja tam rozumiem….

To czego jestem coraz bardziej świadom to fakt, że wykorzystanie szansy, przypominającej pojawienie się portalu do komunikacji między światami równoległymi w filmach s.f., a będącej momentem zainteresowania Państwa Środka Polską, zależy od szybkości reakcji z naszej strony. Zainteresowanie nie będzie trwało wiecznie. Sytuacja polityczna i ekonomiczna na świecie ma charakter dynamiczny, dzisiejszy układ już jutro może być odległą historią. Skoro zatem decyzje urzędników grzęzną w dyskusjach, chętkach, entuzjazmach i bezproduktywnym biciu piany, ciężar odpowiedzialności za powodzenie spada na nas, tak zwanych przedsiębiorców (nie lubię tego określenia), a faktycznie osoby prywatne, które widząc możliwość zarobienia pieniędzy jednocześnie zdają sobie sprawę z doniosłości zachodzących wydarzeń. Jeśli nie będziemy liczyć sami na siebie wkrótce usłyszymy od bezwzględnej Fortuny "minutka minęła, budka się zamknęła". I tyle.

He-meni! Do czynu! Niemożliwe? Możliwe, możliwe. O szczegółach swoich działań będę informował na bieżąco.


Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “„Go China”: ale o co chodzi?”

  1. Super artykuł, jednak na przeszkodzie marzeniom stoi kilka przeszkód.

    1. Jesteśmy związani z Unią, gąszcz zakazów.Bardzo wysokie podatki.
    2.”Niszczące”nastawienie polskich urzędników US do przedsiębiorców.
    3. Przedsiębiorczy rodacy pozostający w Polsce jeżeli już zainwestują, spodziewają się krociowych zysków od samego poczatku (inaczej się nie opłaca)
    4.Mentalność pracownika Polaka bardzo odbiega od mentalności Azjaty.

  2. A ja i tak będę postulował, aby marzyć ile się da. Bez wizjonerów, takich jak na przykład inżynier Eugeniusz Kwiatkowski nasz świat wyglądałby zupełnie inaczej. Słabo po prostu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close