Chiny subiektywnie

Hong Kong, czyli wiele przyjemności ale w sumie nos na kwintę

Po raz kolejny w życiu moim Opatrzność kazała mi wylądować na lotnisku w mieście Hong Kong. Mam tu spędzić parę dni. I pragnę w tym miejscu podziękować Opatrzności za łaskawość Jej oraz prosić o więcej. A to dlatego, że mam do Hong Kongu stosunek niezwykle ciepły. Może go nie kocham, ale z pewnością lubię go niezwykle. Dlaczego? Pewnie głównie dlatego, że tak się różni od tego wszystkiego, co mnie otacza w moim domu. Domu rozumianym jako kraj, w którym się urodziłem i mieszkam.

O Hong Kongu Polacy wiedzą jeszcze mniej niż o Chinach. Oczywiście wszyscy nazwę znają, potrafią go zlokalizować na mapie (że gdzieś w Azji jest), ale poza tym nic. Tymczasem Hong Kong w moim osobistym przekonaniu powinien być dla krajów takich jak Polska wzorem do naśladowania, przykładem jaką drogą podążać, co robić, żeby się rozwijać efektywnie i bez wątpienia efektownie.

Podstawą wielkości Hong Kongu jest prawo brytyjskie. Potwierdzają to sami szacowni mieszkańcy tego miasta. Rządy brytyjskie, które trwały od 1842 do 1997 roku pozwoliły mieszkańcom najpierw wyspy Hong Kong, potam półwyspu Kwoloon, a wreszcie Nowych Terytoriów połączyć swoją azjatycką zaciekłość w pracy z przejrzystymi regulacjami prawnymi. Oprócz samych norm prawa Brytyjczycy nauczyli Hongkończyków sztuki egzekwowania tegoż. Jak to zwykle bywało na terenach kolonizowanych przez Imprerium, "nauczyciele" nie byli zazwyczaj zbyt lotni, ani delikatni, ale pewnie na tym polega skuteczne uczenie reguł. W Hong Kongu, jak na przykład w Danii, normy zdają się być wysysane z mlekiem matki. Wiadomo co wolno, czego nie wolno. I już.

Prawo w Hong Kongu nie komplikuje ludziom życia, szczególnie w obszarze działalności gospodarczej. Od lat miasto to notowane jest w pierwszej trójce wśród państw o najwyższej wolności gospodarczej. Zazwyczaj zamienia się miejscami z Singapurem. Podatki w Hong Kongu są nieznośnie proste. Prywatny podatek to 15% od dochodu. Korporacyjny to 16,5%. Podatek od sprzedaży nieruchomości to 4,25%. Nie ma VAT. Nie ma też innych tajemniczych podatków. Te, które wprowadzono po 1997 roku ostatecznie zlikwodowano w 2006. Ramy wolności gospodarczej wyznaczają kodeksy brytyjskie i dodatkowe regulacje władz miasta. Wśród nich niewiele do gadania mają Sanepidy i wynalazki tego typu. Bo nie.

Płacone podatki przekładają sie na jakość życia w Hong Kongu. System komunikacji miejskiej, który obejmuje wielonitkowe metro, autobusy zwykłe, autobusy piętrowe, charakterystyczne piętrowe tramwaje, promy i wodoloty, taksówki, pozwala po mieście poruszać się sprawnie i szybko. Wszystkie wyspy znajdujące się w obrębie administracyjnym Hong Kongu połączono mostami. Na całym obszarze poruszać można się złożonym systemem dróg, tuneli, estakad, autostrad. Patrząc na miasto z góry (co jest dość normalne, bo ze względu na ceny ziemi wszystko się tutaj buduje w górę raczej niż wszerz) ma się wrażenie obserwowania tętniącego życiem mrowiska. Z mrówkami uzbrojonymi w reflektorki. Mrowie pojazdów, ludzi, poruszających się w określonym porządku, nie chaosie tak typowym dla ruchu w Chinach Ludowych.

Jeśli urodziłeś się z ojca Żyda aszkenazyjskiego i z matki, która gotuje wyłącznie na przyprawach nepalskich, to w Hong Kongu z głodu nie zemrzesz. Można tu dostać dosłownie wszystko, w każdej formie i postaci. Rzeczy pyszne i ochydne. Klient nasz pan – chce to ma. Sklepy otwrte są do późna w nocy, tak jak i miejsca gdzie można zjeść coś i wypić. Są dwa słynne miejsca pełne knajpek, barów, klubów z muzyką mechaniczną i na żywo. Są też całe dzielnice zajmujące się sprzedażą konkretnych rodzajów produktów. Okucia do walizek? A proszę. Aparaty fotograficzne dla mańkutów. Jak nie, jak tak? Proszę bardzo.

Szkoły i uczelnie Hong Kongu zajmują najwyższe miejsca w azjatyckich i światowych rankingach. Średnia IQ mieszkańców miasta została określona na poziomie 107 punktów, co ponoć daje najwyższy wynik na świecie. Znaczy Hongkończycy łeb na karku mają.

Nie da się tego nie zauważyć odwiedzając miasto, które bez przerwy rozwija się i pnie w górę, gna do przodu.

Powroty z Hong Kongu do Polski nie należą do najprzyjemniejszych. Owszem, mamy lasy szumiące, pola falujące, łąki pachnące i Chopina. Ale starcie z codziennością objawiającą się byle jaką taksówką wiozącą z lotniska z blachy falistej na dworzec niedawno umyty centralny, na którym za cholerę nie można z tablic zlikwidowanych wyczytać, o której będzie pociąg do domu nie buduje. Pociąg ten będzie się wlókł 300 kilometrów przez 5 a może i 7 godzin. Dziwne to w kraju, który kroi podatki znacznie wyższe niż 15%, a ma do tego rzekę kasy unijnej. Jadąc przez Polskę widzę różne rozgrzebane roboty za pieniądze publiczne, przy których nikt się nie kręci jak mrówka po godzinie 17-tej. Bo nikt nie wpadł na pomysł zarządzenia, że takie roboty MUSZĄ być prowadzone 24 godziny na dobę. Czytam o policjantach, których ośmiesza jakiś osiłek na polskiej drodze. Widzę jednocześnie policjantów z Hong Kongu, którzy nie są Herkulesami, ale którym żaden z licznych tu szerokobarych obywateli rosyjskich nie śmie nawet odrobine fiknąć. Bo wie, że będzie niezwykle bołało. Przykro mi kiedy widzę jak wiele ludzkiej energii idzie u mnie w domu w gwizdek, w walkę z urzędami, których samo istnienie jest przynajmniej wątpliwe, a których pracownicy już dawno zapomnieli w jaki sposób powstają pieniądze przeznaczane na ich pensje. Patrzę na mapę świata i dziwię się, jak można nie dostrzec tylu korzyści płynących chociażby z naszego położenia geograficznego, które właśnie Hong Kong pomogło uczynić tym, czym jest dzisiaj.

Mógłbym godzinami nudzić uzasadniając czemu mi tak przykro kiedy z Hong Kongu wracam do Polski. Nic w tym jednak konstruktywnego. "Always look at the bright side of life" powiedział pewien poeta. I miał rację chłopina. Po pierwsze: jeszcze nie wracam. Po drugie: może za kilka lat Angole uczynią nas swym terytorium zależnym? Albo nasi Rodacy mieszkający na Wyspach wrócą i wprowadzą tamtejsze porządki? Nadzieja umiera ostatnia.

Syn nadziei,

Redaktor

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

3 thoughts on “Hong Kong, czyli wiele przyjemności ale w sumie nos na kwintę”

  1. Piekne miasto.  Ale trudno sie dogadac po angielsku. Wszyscy starsi ludzie mowia biegle po angielsku, a mlodzi musza sie najpierw uczyc putonghua, dopiero pozniej ang, w efekcie w wiekszosci miejsc trudno sie dogadac w obu jezykach. 

  2. Dobry post

    a tak na marginesie

    HK jedynie odziedziczyl dobry kodeks prawny po Anglikach, reszta to pracowitosc Chinczykow i innych nacji, Anglicy rozwarstwili spoleczenstwo w HK i rasowo dyskryminowali wszystkich Azjatow, ich rzady byly brutalne, bogactwo HK wlwasciwie Chinczykow z HK uroslo na II wojnie swiatowej, wojnie koreanskiej i vietnamskiej, pod brytyjczykami byla to dziura, mercantylistyczny port do wysylania zagrabionych lub zaszabrowanych towarow do krolestwa i w swiat, dopiero po '76 roku po otwarciu Shenzhen HK stal sie takim jakim go znamy, potezne rodziny handlowe Jardines i Mattieson dzieki strategicznym malzenstwom z bogatymi HK-Chinkami przetrwaly, teraz na czele ich organizacji stoja Chinczycy mieszanej rasy, porosze poszukac zdjec z przed lat 70tych….brudna, dziura, z niskimi budynkami, i malym gettem dla bialych na wyspie, zas Kowloon, Stanley i NT to byly slumsy

     

    polecam dwie pozycje ksiazkowe

    Money and Power in Hong Kong and South-East Asia by Joe Studwell

    A Modern History of Hong Kong: Steve Tsang

    oraz film  The World of Suzie Wong (1960)

     

     

     

     

  3. A ja powiem zaczepnie, ze HK zbudowali nie chinczycy, ale kantonczycy ;) i to Ci najlepsi 

    Pozdr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close