Chiny subiektywnie

Hong Kong mon amour,

albo moja fascynacja jednym miejscem na mapie

Wczoraj chińskie przepisy wizowe „wygnały” mnie do Hong Kongu. Z Shenzhen to właściwie solidniejszy rzut kamieniem. Shenzhen nieustannie rozrasta się, rozpiera we wszystkich kierunkach, od południowego zachodu napiera na granicę z niegdysiejszym terytorium brytyjskim. Wyciąga w jego kierunku macki superszybkiego pociągu, metra i autostrad, które gwałtownie kończą się na granicy pomiędzy terytoriami, niczym urżnięte nożem. Do czasu. Ale to temat na zupełnie inna opowieść.

Hong Kong zawsze mnie oczarowywał. Wiedzą to ci moi nieliczni znajomi, z którymi mieliśmy okazję przeżywać różne historie w Chinach i odnajdować w objęciach Hong Kongu ukojenie. Mam do Hong Kongu słabość, której się pewnie już nigdy nie wyzbędę, no bo i po co?

Pierwszy raz w życiu przyjechałem tu w 1994 roku. W końcowym okresie rządów Brytyjczyków, tuż przed powrotem tego niewielkiego a cennego terytorium do macierzy. Ja go widziałem wielokrotnie w moich ulubionych Jamesach Bondach, z tymi dżonkami z czerwonymi żaglami, z tymi tajemniczo chaotycznymi ulicami pełnymi kolorowych, rozkrzyczanych  neonów, handlarzy, przechodniów, z tymi wieżowcami wdrapującymi się na wzgórza Kowloonu, no i widokiem na Hong Kong Island z promenady Avenue of Stars (parę tam gwiazd było, cięższego kalibru, niż te z Międzyzdrojów). Spałem w hotelu bez okien, za to z wibrującym łóżkiem i telewizorem na monety, w którym puszczano pornole, czy się chciało, czy też nie chciało je oglądać. Przy okazji tej pierwszej wizyty zostałem zaproszony na herbatkę i ciasteczka do Peninsula Hotel. Przyjechałem z mocno siermiężnej Polski, takie miejsca nie były mi w ogóle znane. Wielki hall, z niewielkim jazz bandem na wysokiej antresoli, grającym około godziny 14 standardy Amstronga, Gillespiego i innych. We frakach oczywiście. Herbatka pyszna, ciasteczka także, rozmowy usztywnione. No bo nagle ten wielki świat, znany wyłącznie z filmów na taśmach VHS wziął i wchłonął, wciągnął w sam swój środek. Pamiętam, że na zakończenie owego spotkania zeszliśmy jeszcze zjazdem poniżej głównego wejścia do hotelu. Stało tam siedem Rollce Royce’ów w kolorze ciemnozielonym, z beżowymi skórzanymi tapicerkami, szoferami w szarych mundurach z szarymi czapkami z daszkiem, rozmawiającymi ze sobą, palącymi papierosy. W tym jednym miejscu znajdowało się więcej Rollce Royce’ów niż w całej ówczesnej Polsce.

Później bywałem w Hong Kongu wiele razy, na krócej, na dłużej, w sprawach zawodowych, ale i również, żeby pourlopować, odetchnąć, czasem, żeby oderwać się zarówno od polskiej, jak i chińskiej rzeczywistości.

Hong Kong w moich oczach ma się do Chin Ludowych jak odległa dystyngowana krewna do rodziny z trudnymi do ukrycia wiejskimi korzeniami. Potrafi nieźle błysnąć imponującymi zasobami finansowymi, ale ma też takie mniej efektowne oblicze, biedne, zaniedbane, ale pomimo wszystko w jakiś sposób urocze. To co uderza po wjechaniu z Chin do Hong Kongu to spokój. I różnorodność. Można godzinami stać i się gapić na ludzi przechodzących ulicą. Są bardzo różni, kolorowi. Można też godzinami gapić się na auta. Znajdzie się tu każda, absolutnie każda marka auta wyprodukowanego dla obrzydliwie bogatych przedstawicieli rasy ludzkiej w ostatnich 60 latach. Znajdą to się też takie cuda, które występują wyłącznie w Hong Kongu.

Hong Kong tętni życiem od rana (ale bez przesady, nie od świtu), do naprawdę późnej nocy. A pomimo tej ludzkiej ciżby, tych ławic aut panuje wszędzie spokój, harmonia, porządek. Pewnie piętno brytyjskiego panowania, brytyjskiego dystansu, brytyjskiego dobrego zachowania. Nikt się tu nie pcha, nie pali papierochów gdzie nie wolno, nikt tu nie drze dzioba rozmawiając przez komórkę, jakby się chciał dokrzyczeć do swego rozmówcy niedowierzając technice, nikt tu nie wciąga glutów nosem, żeby sobie dziarsko splunąć na chodnik, w restauracji nikt nie mlaszcze i nie rzuca peta na podłogę. W oczekiwaniu na autobus, piętrowy tramwaj, czy metro ludzie stoją karnie w kolejce. A uprzejmie zaczepieni, uprzejmie pomagają w sprawach drobnych. Hong Kong pachnie. Nie atakuje tymi wszystkimi smrodami, które są w Chinach codziennością. Nawet w zakamarach Kawloonu, w starej części miasta chodzi się bocznymi uliczkami bez wstrętu.

Cywilizacja.

Dzieciaki wracające ze szkoły w mundurkach i krawatach. Ulice pełne pracowników korporacji, którzy przyjechali do Hong Kongu z całego świata. Zwykli mieszkańcy miasta podążający swoimi ścieżkami. Turyści. Łowcy okazji biznesowych z Europy, Rosji, Australii, Indii i wielu innych miejsc na Ziemi.

W każdej kwestii, w każdej materii mieszanka rozmaitości tworząca zadziwiającą, mnie osobiście zachwycającą całość. Wiem, że nie tylko ja uległem temu czarowi. Znam ludzi, którzy spędziwszy kupę czasu w Singapurze na przykład, postanowili przenieść się do Hong Kongu, który nie jest tak uczesany jak Singapur, ale ma w sobie to coś, ten taki „wirus”, który powoduje, że ciągle się chce, że poziom energii w bateriach nie spada.

Otwartość. Chcesz pogadać w wszystkim i o niczym? Kiedy kończy się dzień wystarczy dotrzeć do Lan Kwai Fong w Central na Hong Kong Island. Od poniedziałku do piątku spotkasz tam mnóstwo „białych kołnierzyków”, które od piątku do niedzieli zrzuciwszy garnitury przychodzą tu w mniej formalnej garderobie. Nawiązanie rozmowy to kwestia minut. Bez napinki, bez prężenia muskułów, bez budowania jakichś idiotycznych zamków polityczno-ideologiczno-martyrologicznych. Tłumy osób obojga płci, w garniturach, stojący w wąskich uliczkach przed barami, ze szkłem w rękach, brzęczący jak ul, a nad nimi wyciskające z siebie ostatnie moce stalowe wentylatory, próbujące poruszyć gęste tropikalne powietrze, wtłoczyć choć odrobinę świeżej bryzy znad Victoria Harbour.  

Kolory, ruch, energia, zapach pieniędzy i potraw z wszystkich zakątków świata. Za każdym zakrętem coś nowego, za każdym rogiem jakieś przebłyski z przeszłości, głosy, twarze, ulotne wrażenia. Uwielbiam siedzieć tu w różnych knajpach i przyglądać się bardzo młodym i bardzo starym, wyglądać przez szyby witryn na potok ludzi i samochodów na zewnątrz. Uwielbiam Hong Kong jak bardzo odległą dystyngowaną krewną, z którą chce się przebywać często, a można tylko okazjonalnie, od wielkiego dzwonu, kiedy w swej wyniosłej, acz życzliwej jak dla każdego stworzenia boskiego osobie nawiedza rodzinę z trudnymi do ukrycia wiejskimi korzeniami, wnosząc tak wiele, tak obcego i tak bliskiego zarazem.

Nic na to nie poradzę, uwielbiam Hong Kong. Być może dlatego, że zawsze kiedy zbliżam się do Victoria Harbour, zwłaszcza na Hong Kong Island, czuję mocny zapach morza, i czuję się jak w domu, choć stąd do domu naprawdę daleko.

 

 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close