Chiny subiektywnie

Różnice kulturowe – kim jestem?

 

 

Kim jestem będąc w Chinach? Pytanie niby bez sensu. Ale skoro je zadano, warto na nie sobie odpowiedzieć.

Kim jestem ja, Leszek Ślazyk w Chinach? Nikim jestem. Tak jak każdy człowiek biały, czarny, beżowy, nawet żółty, który tu przyjechał i uznał, że jest u siebie. U siebie z jakiegokolwiek powodu. Bo tu pracuje, bo tu mieszka w roku więcej niż w miejscu swojego deklarowanego zamieszkania, bo uważa, że znalazł tutaj miłość. Albo do wu-shu, albo do feng-shui, albo do Chinki niezwykłej urody. To największe ze złudzeń, czy też samooszustw, na całym bożym świecie. Obcokrajowiec w Chinach nie jest u siebie. I nigdy nie będzie. Jeśli tak sobie myśli taki obcokrajowiec, to myli się bardzo. Albo po prostu nie ma potrzeby-umiejętności-zdolności (niepotrzebne skreślić) głębszego wchodzenia w życie swoje i innych. Głębsze nie w sensie plotek i niezdrowej ciekawości, tylko myślenia, zastanawiania się, górnolotnie powiedzmy – filozoficznego rozpoznania siebie samego i siebie na tle otaczającej rzeczywistości. Są tacy ludzie. Tu w Chinach też. Oni nie mają potrzeby zastanawiania się „kim jestem tu w Chinach?”. Znam takich ludzi. A uświadomiłem sobie to czytając wywiad z Tony Schwartzem, „ghost writerem” autobiografii Donalda Trumpa (swoją pracę opublikowaną w 1987 roku podsumował: „umalowałem świnię szminką”), który pytany o to, jakiego Trumpa poznał po miesiącach codziennego z nim przebywania, rozmawiania, obserwowania w trakcie pisania książki, odpowiedział, że w Trumpie nie ma czego poznawać. Bo on jest tylko powierzchowny, w środku, tam głębiej nie ma nic. Tak po prostu. Nie ma refleksji, nie ma potrzeby refleksji. Jest tu i teraz, bez wnikania co się stanie, jeśli skręcę w lewo, a co się stanie jeśli skręcę w prawo. Jednak nawet ci powierzchowni obcokrajowcy, którzy pozakładali w Chinach rodziny, robią tutaj interesy (rzecz ciekawa: brak refleksji, a zatem nikłe roztrząsanie ryzyk pozwala rozwijać niezłe interesy, ale nietrwałe; zmieniają się przepisy, reguły, nie da się działać na rympał jak 10 lat temu i biznesy szlag trafia…), zdradzają w rozmowach dyskomfort, którego źródeł nie potrafią określić. Zazwyczaj mówią o niepewności, tymczasowości. A źródłem tych odczuć – czego nie chcą, lub zwyczajnie nie mogą przyjąć do wiadomości – jest prosta prawda: nie są w Chinach u siebie, są w Chinach obcy.

Kim jestem ja będąc w Chinach? Chyba nigdy się nie łudziłem, że mogę tu być „swój”. Wystarczy wyjść na ulicę. No nie wtopisz się w tłum człowieku. Zdradzają cię włosy, nawet te ich resztki, które nie są czarne, zdradza cię ryj, który posiada wypukłe łuki brwiowe, no i ten nos, dla tutejszych długi, chociaż w rzeczywistości zwykły taki. No jesteś jak kuźwa płowy york w morzu mopsów. Z drugiej strony rzucony do Chin „niewidzialną ręką rynku”, która w Polsce rozdawała karty z początkiem lat 90.XX wieku, nie lądowałem w Szanghaju przepełniony jakimś marzeniem o zostaniu mnichem w Shaolin, czy mistrzem akupunktury, ale wyłącznie w związku z zadaniami, za które mi płacono. To wprawdzie eufemizm biorąc pod uwagę ówczesną moją pensję, ale jednak. Latałem do Chin po prostu w związku z pracą i pieniędzmi, które z jej racji otrzymywałem. Potem kiedy jakoś tak wyszło, że więcej byłem w Chinach niż w Polsce, również nie pojawiła się w mojej głowie, czy sercu, potrzeba zbliżenia do Chin, w sensie przesiąknięcia nimi, wchłonięcia przez nie. Wręcz odwrotnie. Im częściej i dłużej przebywałem w Chinach, tym bardziej się na nie impregnowałem. Nie wymagało to wiele wysiłku z mojej strony, poniekąd działo się samo. Nigdy jakoś nie zajarała mnie chińska popkultura. Chińskie piosenki. Chińskie filmy, te popularne. Chińska telewizja. Chiński internet. Chińskie gry wideo. Buee. Ot tak po prostu. Buee. Chińska telewizja buee do kwadratu. Raz czy dwa zajarały mnie jakieś obrazy i rzeźby. Ale zaraz się okazywało, że albo są kopią-naśladownictwem-zerżnięciem trudnym do określenia mianem inspiracji (niepotrzebne skreślić) znanego chińskiego artysty, albo tymże samym mniej znanego artysty zagranicznego. W tych okolicznościach przyrody z konieczności czytałem znacznie więcej niż się zdarzało w Polsce, a dzięki luźnemu podejściu Chińczyków do praw autorskich mogłem również oglądać setki filmów, na które normalnie nie miałbym czasu, albo okoliczności. Bo na przykład nie były dystrybuowane w Polsce. No, ale czym więcej czytałem, oglądałem, słuchałem, tym bardziej jednocześnie oddalałem się mentalnie od Chin, w których przebywałem.

Praca, którą wykonywałem Chinach i wykonuję spowodowała, że moje doświadczenia chińskie w zakresie tak zwanych stosunków międzyludzkich są zasadniczo różne od doświadczeń większości obcokrajowców. Większość obcokrajowców trafia do Chin i w nich przebywa albo jako dyplomaci i pracownicy instytucji zagranicznych w Chinach, albo jako pracownicy większych i mniejszych firm, albo jako nauczyciele. Taki układ powoduje zawsze życie w Chinach w dystansie do Chin. Jest zaplecze ambasady, konsulatu, izby przemysłowo-handlowej, agendy ONZ, czy biura firmy. Jest stałe wynagrodzenie, jest też pakiet socjalny z mieszkaniem i opieką zdrowotną w pierwszym rzędzie. Kontakty z Chińczykami mają tu charakter oficjalny, a jeśli prywatny to wynikający z tych oficjalnych źródeł. Obcokrajowcy, nazywający siebie expatami tworzą swoje własne środowisko. Czy większe miasto, tym większe. Mnie nie dane było korzystać z tych wszystkich atrakcji. Będąc „sam sobie żeglarzem, sterem, okrętem” wniknąć musiałem w środowisko małego chińskiego biznesu (czyli firm zatrudniających od 200 do 1000 pracowników), mieszkać na zwykłych chińskich osiedlach, na chińskich warunkach (płacąc za wszystko z własnej kieszeni, co warunkowało wiele decyzji na tak, lub na nie), poznać wiele aspektów życia w Chinach ekspatom zwyczajnie nieznanych. Chińczycy widziani z mojej perspektywy nie miel w sobie nic, ale to absolutnie nic co skłaniałoby mnie do chęci nawiązania silniejszych relacji. To znaczy serce chciałoby mieć chińskich przyjaciół, na których można liczyć w potrzebie. Ale rozum gderał, że to tak w Chinach nie działa. No i kilka razy rozum się śmiał z serca, kiedy po kilkunastu latach znajomości chiński „przyjaciel” wystawiał do wiatru bez mrugnięcia okiem.

Czym bardziej stawało się dla mnie jasne, jak różne są formy i podstawy relacji międzyludzkich w Chinach, jak wiele w nich merkantylnego pragmatyzmu, a jak mało człowieka, tym bardziej oddalałem się mentalnie od Chin, w których przebywałem.

I przebywam.

Niewiele się w tej materii zmieniło. Coś się w tej materii zmieniło zasadniczo. Kiedyś miałem wrażenie, że mieszkając w Chinach jestem trochę jak kosmita lecący przez kosmos pusty, a jednocześnie pełen gwiazd. Dzisiaj wiem, że jestem jak pies Łajka, wystrzelony w kosmos, lecący samotnie w kapsule, przez której szyby ogląda się cuda różne, a czasem można je do kapsuły wciągnąć, żeby dotknąć, powąchać, posmakować. Tyle tylko, że Łajka raz wystrzelona, gdzieś tam do dzisiaj lata, martwa, pewnie z tym psim zdziwieniem na zamarzniętym pysku, że ludzie, którym ufała, zrobili ją tak strasznie w konia. Ja natomiast mam w szufladzie bilet do domu. Ja – jeśli wszystko ułoży się jak trzeba – wrócę do domu. Bo mój dom jest tam, nie tu. Tutaj nigdy nie będzie. Bo kim jestem tu w Chinach? Nikim. Kim jestem tam u siebie? Też nikim. Ale u siebie.

Słucham przez Spotify Natalii Przybysz. Wcześniej słuchałem VooVoo. Wcześniej The Peddlers. Wieczorami robię sobie powtórkę z Gry o Tron zanim obejrzę 7 sezon. Do poduszki czytam Browna i McGregora. Dużo jeszcze wody upłynie w Jangcy zanim Chiny staną się mi bliższe. Obawiam się, że nie dożyję tej chwili. No chyba, że dotrwam etapu rozwoju technologicznego przewidywanego przez Kurzweila, w którym to ludzie będą się mogli zdygitalizować. To się zdygitalizuję i umieszczę na wieczną rzeczy pamiątkę na jakimś odpowiednim do tego celu urządzeniu. Które będzie Made in China, rzecz jasna.

No dobra, ale skoro tak mi źle, tak tu szaro i każdy dzień ciągnie się jak makaron, to co ja tu robię? No, co, no praca taka, więc bo pieniądze. To raz. Ale Chiny, na które patrzę ze swojej kapsuły, to też niezwykły fenomen, który mnie fascynuje, a jego obserwacja i opisywanie mnie uzależniło. No i z czegoś doktorat trzeba zrobić. Ojciec Dyrektor ma doktorat, no to i ja mieć muszę. Koniec końców sroce spod ogona nie wypadłem. O.

Leszek Ślazyk

.

.

P.S. I jakoś mi przyszła do głowy piosenka Skubasa. Tylko nie wiem dla kogo nie mam tej miłości: dla Chin, czy może dla Polski? Lepiej jednak mi byłoby zostać Trumpopodobnym.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close