Chiny subiektywnie

Kuchenne rewolucje kulturalne

Nigdy nie wpadłbym na to, że inspiracją dla napisania nowej rzeczy o Chinach będzie program telewizyjny prowadzony przez starletę polskiej sztuki kulinarnej. Właśnie zajmowałem się ulubionym męskim sportem, czyli przerzucaniem kanałów (mea maxima culpa) dostarczanych mi pod nos za pomocą kabla, kiedy nagle kciuk mój własny zamarł był. Na ekranie telewizora pojawiła się bowiem znajoma mi dobrze twarz o zdecydowanie nieeuropejskich rysach.

Oblicze ukazane w programie należało do pewnej pani, która wraz z mężem przez lata prowadziła w "mojej" kamienicy restaurację ze specjałami chińskiej kuchni. Całkiem niedawno państwo Chińczykowie zawinęli się na pięcie i zniknęli z naszego miasta. A tu nagle wyskoczyli na mnie z telewizora w ramach popularnego programu prowadzonego przez pulchną piewczynię smaków krajowych. Nie szło  chińskim restauratorom  najlepiej u nas w mieście i – o ho! – wyraźnie nie szło im też w nowym miejscu. Stąd pewnie pomysł, żeby wezwać na pomoc fachową starletę.

Początek był dla programu typowy, czyli, że pani M. przybyła na miejsce, zajrzała do środka, poprosiła o kilka potraw, pogrymasiła troszeczkę, pokręciła się wokół własnej osi, wpadła na chwilkę do kuchni i "pogadała" ze znanym mi mistrzem woka. Mistrz ów uśmiechał się w sposób, który komuś mniej obeznanemu mógłby zdawać się przejawem sympatii.

Jakżeż niewielkie było moje zdziwienie, kiedy pan W. z tym samym uśmiechem odrzucał wszystkie sugestie gwiazdy gotowania. Z uśmiechem i bez szans na negocjacje. Z takim samym uśmiechem przecież wjeżdżał na nasze podwórko i stawał przed nosem właśnie wyjeżdżających samochodów nie przyjmując przez lata do wiadomości prawdy oczywistej, że jakieś auto musi najpierw z podwórka wyjechać, żeby on na to podwórko wjechać mógł. Niemal codziennie, całymi latami, któryś z sąsiadów musiał wysiąść ze swojego samochodu, podejść do chińskiego mistrza kuchni i wyjaśnić mu, że nie ma szans na przeprowadzenie jego chytrego planu polegającego na tym, że on się wślizgnie na podwórko wbrew prawom fizyki. Choćby dlatego, że jego pojazd nie posiada elastycznej, zmieniającej dowolnie kształt powłoki. Pan W. – jestem tego absolutnie pewien – miał nas wszystkich za dorosłych, których w dziecięctwie matki niejednokrotnie upuściły na podłogę głową w dół. Przecież nie chodziło mu o to, żeby ktoś tam wyjeżdżał, tylko o to, żeby samemu zaparkować samochód na podwórku w dowolnym miejscu, a potem niech się dzieje co chce.

Wydaje się Wam, że to nic nie znaczący drobiazg?

A mnie wydaje się, że nie. Wyobraźcie sobie nowego szefa, albo wspólnika w swojej spółce, który jest właśnie uparty jak pan W. On ma swoje zdanie na dowolny temat. Zdanie, którego podważać nie wolno. Daszek nad barem się nie podoba, bo ma zielony kolor? On jest "kupiony w niemiecka", więc jest najlepszy na świecie. Czarny być nie może, bo to kolor niedobry, żałobny (ciekawostka zresztą, bo Chińczycy na pogrzeby ubierają się na biało….), czerwony też nie, bo to kolor dobry dla prezentu, Polacy lubią dania takie jak on gotuje, a nie takie jak mu sugerują Polacy, jako pracownika można zatrudnić absolutnego dyletanta, ale pasującego do roli, bo jest Chińczykiem i jest gruby, więc wygląda jak kucharz i tak dalej, i tym podobne. A cały czas na twarzy uśmiech, który jeszcze bardziej jest przekonujący kiedy Chińczyk mówi, że usmaży "konfetki", które okazują się być zwykłymi krewetkami. Tylko czasem spod uśmiechu wyłazi druga twarz pana Chińczyka. Kiedy traci cierpliwość, albo kiedy się na coś zezłości. Wtedy pojawia się całkiem straszna maska orientalnych demonów i słowa dalekie od tych zwanych parlamentarnymi.

Pani M. miała wątpliwą przyjemność zapoznać się z tym drugim obliczem pana W. podczas standardowej dla jej TV show powtórnej wizyty, mającej na celu sprawdzenie jak wszystkie cenne rady zostały wprowadzone w codzienne życie restauracji i jak się ma restauracja po "rewolucji". W przypadku państwa Chińczyków telewizyjne wydumki zostały zdecydowanie wyrugowane. Potrawy wróciły do wypracowanego przez mistrza kuchni formatu: "Polak to on tak lubi". Nie przejmując się obecnością kulinarnej starlety i towarzyszącej jej ekipy telewizyjnej pan W. pojechał po kelnereczce, bo potłukła talerze. Przeprowadził akcję po mistrzowsku, wywołując panikę nie tylko w dziewczynie z Chin, ale również w prowadzącej program popularny, jak również we wszystkich przypadkowych amatorach chińskich dań, którzy mieli wątpliwe szczęście znaleźć się akurat w tej restauracji.

kelnerka, chiny, leszek slazyk

Bez cienia satysfakcji patrzyłem na końcówkę programu, w której guru gotowania na parze definitywnie skreślała z listy miejsc polecanych przez siebie chińską restaurację znanego mi Chińczyka. W ogóle mnie nie zdziwiło, że program zakończył się dymem i wichrem, który inni określiliby mianem totalnej klapy.

Ileż razy przeżywałem tego typu rozczarowania tłumacząc niby inteligentnym osobnikom, że nie należy palić w biurze, w którym przyjmuje się klientów ze świata, a już na pewno nie należy gasić niedopałków w doniczkach roślin, którymi opiekuje się wynajęty specjalista. Że z toalety w biurze należy korzystać w sposób cywilizowany, unikając sytuacji kiedy pod koniec dnia trzeba poruszać się po niej na piętach, żeby nie zamoczyć butów w urynie. Że pani sprzątająca powinna korzystać z dawno wynalezionych narzędzi do sprzątania, i że nie może tą samą ścierą suszoną na lince za oknem przecierać liści fikusa, pisuaru, klawiatur komputerów, monitorów, biurek, popielniczek i skórzanych foteli. Bez namaczania. Że jeśli mamy jakiś problem z którymś z etapów produkcji to powinniśmy informować klienta o sprawie natychmiast. Że, że, że….

Program kulinarny niemal natychmiast skojarzył mi się z niedawną aferą wokół budowania autostrady przez chińskie konsorcjum. Ta sama umiejętność wykorzystywania dobrych okazji. Ta sama zręczność zachowywania się w obliczu mediów. Ta sama wyrafinowana metoda budowania swojego wizerunku.

Program niby o prowadzeniu restauracji tylko, ale w przypadku tego szczególnego odcinka wart wielokrotnego obejrzenia i zastanowienia się nad różnicami. I nad tym – że sięgnę po "klasyka" – czy różnimy się ładnie. Nie?


Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close