Chiny subiektywnie

Macau i po makale

 

 

Jeszcze wczoraj wieczorem wydawało mi się, że dam radę zmontować dzisiaj film z Macau, ale nie wziąłem pod uwagę oporu ze strony mojego wiernego towarzysza, czyli światowej klasy laptopa Compaq. Chłopak zwyczajnie nie daje rady. No to dzisiaj pisanie, oglądanie może uda się zrealizować wreszcie jutro. Uda się? Zobaczymy. No to tymczasem o Macau, czy raczej jego drobnym fragmencie, czyli Cotai Strip i jego ekstrawaganckich atrakcjach. Takich sobie atrakcjach.

 

Mnie, jak i tym wszystkim spłodzonym przy dźwiękach aktywnego wciąż jeszcze The Beatles, albo The Rolling Stones z Brianem Johnsem, czy ewentualnie Czerwonych Gitar z Krzysztofem Klenczonem, Macau kojarzyło się wyłącznie z jednym: z żelaźniakami. Tak, wszystkie Matchboxy były produkowane w Macau. Made in Macau widniało na ich podwoziach z szajsmetalu. Mając lat z 8 wierzyłem, że Macau to taka fabryka jest i tam się robi wszystkie żelaźniaki świata.

 

Tymczasem Macau było sobie w tamtych latach wciąż portugalskim terytorium. Portugalscy komuniści nie odpuścili jakoś Macau w tym samym czasie kiedy z dnia na dzień odcięli się od Mozambiku, czy Angoli. Ale już pod koniec lat 90. XX wieku sytuacja się zmieniła. O zwrot terytorium poprosili Portugalię komuniści chińscy. I zostali wysłuchani. Chińscy komuniści są niebywale pragmatyczni. Macau od połowy XIX wieku było zwane Monte Carlo Orientu, ponieważ Portugalczycy zalegalizowali tutaj hazard jako w pełni uczciwy sposób zarabiania pieniędzy. W Chińskiej Republice Ludowej z kolei hazard od zawsze (od 1949 roku) był traktowany jak przestępstwo. Głownie dlatego, że Chińczycy mają genetyczną chyba skłonność do hazardowania się i puszczania z dymem dowolnej ilości, dowolnie ciężko zarobionych pieniędzy. Pekin doda 1 do 1 i wyszło piękne 2. Macau przyłączono do ChRL w 1999 roku. W 2001 roku zakończył się 40 letni monopol hazardowy Stanleya Ho. I się zaczęło. Minęło zaledwie 16 lat, a dzisiaj Macau notuje przychody 4,5 raza wyższe niż Las Vegas. A było już i 7 razy więcej.

 

Pewien mój znajomy wiedząc, że muszę wpaść na chwilę do Macau powiedział mi: „Jak już tam będziesz to podjedź do The Venetian, do jaskini lwa. Zobaczysz gdzie mieszkają diabeł z synem i co na co dzień porabiają”. Sprawy miałem konkretne do załatwienia, z konkretnymi ludźmi (Co w Macau jest dość oczywiste, tam po prostu czas to pieniądz. Też.), zatem dysponowałem sporą ilością czasu wolnego, który akurat w moim przypadku nie chciał się w żaden sposób przełożyć na tak zwany „kesz”. Postanowiłem więc go wykorzystać po wielkopańsku, na bzdurki. Wybrałem się do The Venetian.

 

Jakoś nigdy nie kręciły mnie kasyna, gry w pokera, zakłady na wyścigach konnych. Znam (znałem) takie miejsca z niezliczonych filmów amerykańskich. Z Casino na czele (ach te krawaty De Niro). I tyle. Dlatego kiedy zajechaliśmy w pobliże The Venetian zbaraniałem. Gmaszysko wielkie, brzydkie jak falowce na Przymorzu, tylko większe. A do tego otoczone pomalowanymi kolorowo budynkami mającymi przypominać Wenecję z wypchniętą na front Campanile di San Marco. Sprawdziłem szybko w internecie, że The Venetian Macau to w zasadzie kopia tego co Las Vegas Sands wybudowało na piaskach Nevady. The Venetian w Macau kosztował bagatela 2,5 miliarda dolarów. Jego powierzchnia (pod dachem) to 980 tysięcy metrów kwadratowych, co czyni to coś 7 największym pod względem powierzchni budynkiem świata (gdzieś tam na czele jest pałac Caucescu, dobre towarzystwo, jak babcię kocham), ale za to też największym kasynem świata i największym budynkiem hotelowym Azji. 3000 pokoi hotelowych, 51 tysięcy metrów kwadratowych dla samego hazardu (3400 automatów, 800 stołów) oraz 150 tysięcy metrów kwadratowych centrum handlowego z ponad 600 sklepami i ponad 100 restauracjami umieszczonymi w dekoracjach udających Wenecję.

Od frontu

Od tyłu

Są kanały z gondolami i gondolierami, są najważniejsze ulice i place (z Placem Św. Marka na czele), jest Wenecja. Pod dachem, bo w Macau albo się żar leje z nieba, albo woda, bo monsuny. I jakby się nie próbowało pokonać tego monstrum, czy ze wschodu na zachód, czy z północy na południe, trzeba kiedyś wreszcie chociaż przejść przez „jądro ciemności” czyli hektary kasyna. Przy czym używanie aparatów i telefonów komórkowych jest tutaj zdecydowanie zabronione. Informują o tym i sprawy pilnują strażnicy, którzy bez względu na rasę (bo są tu i Hindusi, i Chińczycy, i Tajowie, i Filipińczycy, kogo nie ma….) mówią po angielsku z silnym hinduskim akcentem. Pomimo wielkości powierzchni ruch jak na Hali Targowej w Gdyni. Nie wszystkie stoły do gry zajęte, ale przy niektórych wręcz obłęd. Komuś idzie, rodzina i przyjaciele w emocjach, pomimo zakazu telefony w ruch i się nagrywa wygrywanie. Szczególnie tutaj, w strefie kasyna klientami są przeważnie Chińczycy Ludowi. Przyjeżdżają tu wygrać. Nie rozerwać się. Nie. Wygrać. Bo w kasynach się wygrywa. Do tego są kasyna. Dzięki temu założeniu inwestycja Amerykanów z Las Vegas zwróciła się już kilka lat temu. A The Venetian Macau obchodzi w tym roku zaledwie 10 rocznicę otwarcia. Przy mijanych przeze mnie stołach emocjonuje się pospólstwo, które tak jak ja przyleciało tutaj ekonomiczną. W centrum „jądra” kilka stopni okutanych grubą wykładziną prowadzi do oszklonej świątyni dla VIP-ów. „High Limit Area”. Plebs gra za minimum 100HK$ (najniższe sztony), VIP-y muszą już położyć minimum 10 razy tyle. VIP-y już nie w polówkach, ale garniturowo-wieczorowo bardziej. Ale zaraz się dowiaduję, że to takie VIP-y powiatowe bardziej. Ci, którzy przybywają tutaj pograć za naprawdę ciężkie pieniądze, ci którzy przylatują do Macau prywatnymi, lub czarterowanymi odrzutowcami (a było ich na lotnisku z 8, może 10, z oznakowaniami typu „Sichuan Private Jets”, czyli, że przyleciały raczej z Chin Ludowych niż z Hong Kongu) nie wystawiają się na widok publiczny w „akwarium”, do tego na podwyższeniu. Dla tej grupy klientów The Venetian zbudował wewnątrz swego ogromnego cielska zupełnie osobny, hermetyczny świat, z dyskretnymi pokojami gry, gdzie można przepuścić w jeden wieczór budżet przeciętnego afrykańskiego państwa. Przychody z tych gier stanowią aż 2/3 przychodów The Venetian Macau. Tak, że tego….

Pokręciłem się jeszcze nieco i wreszcie zapragnąłem wyjść, na zewnątrz, do świata, choćby i gorącego jak diabli. Zmęczyło mnie to udawane miasto, ciżba tryliona Chińczyków, którzy z walizami nawet, z lotniska, czy przystani promowej, musieli tu dotrzeć i się otrzeć i o siebie, i o ten wielki świat, i o te wielkie pieniądze. Udało się, wylazłem. Zupełnie innym wejściem, niż to do którego przywiózł mnie taksówkarz, ale za to wprost na kolejny „klejnocik” Cotai Strip, czyli The Galaxy. Myślę, że ten budynek pomagała projektować rodzina Romów spod Łodzi. Identyczne cuda, tyle, że znacznie mniejsze pozostawili po sobie przy trasie w okolicach Zgierza, Pabianic. Nie mieli takich funduszy. A tu w Azji – proszę.

The Galaxy nie ma takiej publiki jak The Venetian. No nie ma kanałów, gondoli, nie ma na czym oka zawiesić. Ludzi wyraźnie mniej. Ale portfele tutaj znacznie cięższe. Jeśli w The Venetian w centrum handlowym królują marki dobrze znane z polskich galerii, to w The Galaxy swoje sklepy, wręcz hipermarkety mają najdroższe marki świata. Hipermarkety w sensie powierzchni, nie ilości proponowanych towarów. W sklepie bodaj Furla, na powierzchni kilkuset metrów wystawia się może z setkę torebek i portfeli. Panie obsługujące porozumiewają się za pomocą mikropodów, no bo nie będą drzeć ryja przy klientkach…. I do tych sklepów leniwie ciekną sobie z alejek panie i panowie, żeby coś tam fajnego sobie nabyć. Albo nie. Bo dziś nie. Najpierw w bakarata by. Bo to w Macau najpopularniejsza gra. Większość w nią grających wpada tutaj kupić coś sobie na otarcie łez, jak już kasyno wyssie to co na kasyno przeznaczone było, oraz to co nie było przeznaczone. Zawsze jakaś pamiątka zostanie. A ja się ucieszyłem, bo nieoczekiwanie natknąłem się na restauracje The Spaghetti House, moją ulubioną sieciówkę z Hong Kongu. Na niej można polegać jak na Zawiszy, a oferuje znacznie więcej niż pizza i spaghetti z sosem.

Odetchnąłem, przerzuciłem zdjęcia i filmy z aparatu na laptopa, sprawdziłem czym żyje ojczyzna miła, na której łono jakoś mi niespieszno, ucieszyłem się, że dziel mnie od łona owego te 8 tysięcy kilometrów i postanowiłem wrócić do The Venetiana. A stamtąd kopnąć się już na lotnisko.

 

Wyszedłem przed Galaxy a tu pełne szaleństwo. Niebo niebieściutkie, bez chmurki, słońce na nim jak laserowa igła. Dech zaparło. Huta. Nawet Chińczycy, których mijałem wyraźnie się pocili. Ja w tych okolicznościach przyrody natychmiast rozpłynąłem się jak masło marki „Osełka”. Tych kilkaset metrów pomiędzy budynkami pokonywałem dzielnie niczym pewien swój Grek odcinek spod Maratonu do domu. On na końcu zszedł był. Ja dotarłem żywy. Półżywy, ale zawsze. W The Venetian jeszcze więcej Chińczyków, ich walizek, ich dzieci, które nie wiadomo po co zaciągnęli do tak dla dzieci abstrakcyjnego miejsca, a które starały się jak najgłośniej wyrazić swoje niezadowolenie, jeszcze więcej sklepów, jeszcze dłuższe kolejki po niezwykle atrakcyjne wyroby piekarnicze, cukiernicze, jeszcze bardziej radośni, podkręceni napiwkami gondolierzy, jeszcze bardziej natarczywe dziewczyny żeniące próbki kosmetyków, i jeszcze raz przez strefę kasyna, bo nie da się do wyjścia zachodniego przejść inaczej, chyba, że zakłada się dwudobową eskapadę z rozbijaniem obozu na noc pomiędzy butikiem Breitlinga i Body Shopem. Przy slot maszynach grupki emerytów z Hong Kongu wrzucających monety bez większego zainteresowania, skupionych głównie na swoich rozmowach, wesołych, bo ze śmiechu omal nie pospadają z tych swoich hokerów, na których tkwią wyłącznie dzięki temu, że podpierają się wbitymi w wykładzinę laskami. Od razu pomyślałem o emerytach mi znanych. Oni to najwyżej wybraliby się na wycieczkę do Bałtijska, żeby kupić po taniości spirytus na nalewki, bo przeca sezon już w pełni…. Kasyno w sobotnie popołudnie? Pobyt hotelu za minimum 200 dolarów amerykańskich? Ha!

 

Z niepokojem zauważyłem, że rozpoznaję już niektóre zakątki, niektóre sklepy. Cholera, niedobrze. A nie, dobrze. Znalazłem wreszcie ten przesmyk, ten korytarz, który przypomniał mi Walt Disney Resort, w którym nocowaliśmy kilka nocy parę lat temu w Hong Kongu. To samo ambiwalentne uczucie, że założenie jest, że to takie „classy”, a oczy i serce mówią: „ja pierdziu, jaki kicz”. Wylazłem. Udało się. Znów fale Chińczyków. Taka jakaś Mekka dla nich, czy co?

 

Zajechał jak na życzenie shuttle bus i zabrał na lotnisko. Tam dwa piwka, prawdziwe, europejskie, nie chińskie wyroby piwopodobne, za to w barbarzyńskiej cenie, za którą się będziecie panie i panowie smażyć w chińskim piekle, do samolotu, z samolotu, do auta, i nareszcie z auta. Powrót na stare śmieci. Poniekąd dosłownie. Wysiadającego mnie na tym 23 przywitał swojski odorek śmiecia organicznego. Jakby na potwierdzenie, utwierdzenie w temacie, który chciałem w niedługim czasie poruszyć w ramach obserwacji na temat różnic kulturowych. Więc niebawem będzie o smrodzie. I jego relatywizmie.

 

W tym The Venetian z pewnością mają najsprawniejszą klimę na świecie. A ja mam katar. Oprócz magnesu na lodówkę zawsze jakaś pamiątka z.

 

A tymczasem zaprosił mnie Jesse Miller, żeby przyjechać do Las Vegas i sprawdzić 100 atrakcji, które w Las Vegas zaliczyć trzeba. No to jest jakiś plan. W najbliższym czasie ruszę do Nevady. Ach, jeszcze tylko wizę muszę załatwić….

 

Leszek Ślazyk

 

P.S. Wybierając się do Macau pomyślałem, że będzie to kolejne z tych miejsc, w których się zakochałem. Tak mam, Jako niezbyt chyba wierny syn swojej ojczyzny co odwiedzę jakieś miejsce, to się w nim zakochuję i pomstuję: „Czemuś mnie matko rodzicielko urodziła i wychowała w Gdyni, a nie w Pradze, albo Porto? Czemu nie w Sztokholmie, albo Hong Kongu?” W Macau się jednak nie zakochałem. Może gdyby mnie kręciły wyścigi psów… Ale nie kręcą. Więc nie.

P.S. 2 Jeśli Las Vegas oprócz hazardowania się oferuje rozliczne rozrywki (kiedyś Elvis, dzisiaj choćby Deep Purple oraz miliony różnych eventów) to Macau serwuje skromnie flagowe shows poszczególnych hoteli. Nuda, panie.

P.S. 3 I jeszcze krótki film o tym jak sie wydaje 2,5 miliarda dolarów, żeby postawić największe kasyno świata w try miga:

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Macau i po makale”

  1. Starówka Taipa jest przepiękna. Trochę mała ale można się zakochać. Macau, ta część północna (oddzielona mostami) nie jest tak ludna jak HK i to jest taki południowoeuropejski azyl – czasami potrzebny. Przypomina rzeczywiście ulice Lizbony. Cotai to jednak przemysłowa przetwórnia turystyczna nastawiona na masówkę – te hotele to takie Disneylandy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close