Chiny subiektywnieSpołeczeństwo

Mao: ostatni cesarz

Przewodniczący Mao Zedong kojarzy się nam z….? No właśnie. Z…?

Mao kojarzy się z Chinami, z czerwoną flagą ze złotymi gwiazdami, z komunistyczną ortodoksją nazwaną maoizmem, z czerwonymi książeczkami, rewolucją kulturalną, charakterystyczną fryzurą i brodawką na brodzie. A powinien kojarzyć się głównie z chińskimi cesarzami.

Czytając kolejne rozdziały "Historii Chin" profesora Johna Kinga Fairbanka dochodzę do wniosku, że Bernardo Bertolucci popełnił poważny błąd nadając swemu filmowi tytuł "Ostatni Cesarz". Prawidłowy tytuł powinien brzmieć "Przedostatni Cesarz". Ostatnim znanym cesarzem Chin nie był bowiem Pu Yi, z mandżurskiej dynastii Qing, ale niejaki Mao Zedong urodzony w prowincji Hunan, nie będący spokrewniony z żadnym znaczniejszym rodem syn zwykłego rolnika. Być może ta zwykłość tak dopiekała małemu Mao, że postanowił w wieku młodzieńczym zostać Chińczykiem numero uno. No i został. Po trupach jak to się czasem mawia.

W przekonaniu co do pomyłki Bertolucciego utwierdza mnie obecna lektura niezwykłej biografii p.t. "Prywatne życie Przewodniczącego Mao". Brzmi nieźle, nieprawdaż? Książka staje się jeszcze bardziej intrygująca jeśli dowiemy się, że jej autorem jest Li Zhisui, osobisty lekarz Mao, który towarzyszył Przewodniczącemu dzień i noc od 1950 roku do dnia śmierci wodza chińskich komunistów. Człowiek urodzony w rodzinie od pokoleń zajmującej się leczeniem ludzi z najwyższych sfer w tym samych cesarzy Chin został przez los związany z człowiekiem, który decydował o życiu i śmierci ponad miliardowego narodu.

Komunistyczna propaganda i historiozofia chciałby widzieć Mao Zedonga jako ascetycznego filozofa, geniusza strategii, a przede wszystkim człowieka niezwykle wrażliwego na los innych. Tymczasem jego osobisty lekarz opisuje człowieka, który mógłby być umieszczony w Sevres pod Paryżem jako wzorzec egoizmu, samouwielbienia i egocentryzmu w jednym. Mao Zedong od najmłodszych lat chciał być kimś. Chciał być wielki. Za wszelką cenę. Cenę to zapłaciły jego żony, niepoślubione kobiety które go kochały, jego dzieci, które w większości po prostu porzucił, jego towarzysze walki, których w większości bezlitośnie wykończył. Był człowiekiem tajemniczym i pełnym sprzeczności. Z jednej strony chorobliwie bał się o swoje życie, o to, że zagną na niego parol ci, których on sam chciał zniszczyć, obce państwa, szpiedzy ze Związku Radzieckiego, ludzie, których zdradził bądź skrzywdził. Z drugiej strony zaś uwielbiał doprowadzać do histerii swoje otoczenie wypływając wpław na wzburzone morze, ryzykując śmierć wśród morskich fal. Nie mył się. Palił niemal nieustannie. Jadał tłusto, ostro, w porach dowolnych. Spał w dzień, pracował w nocy. Całe doby spędzał w łóżkach specjalnie dla niego budowanych, które z lewej strony zajmowane były przez stosy książek i archiwalnych zwojów, z prawej miały specjalne półkoliste przystawki dla młodych dziewcząt, z którymi w łaskawości swej raczył odbywać stosunki płciowe. Nie mył zębów, bo jako w sumie prosty chłop nie znał wynalazku szczoteczki do zębów. Płukał zęby zieloną herbatą, której liście zjadał. W rezultacie miał zęby w kolorze czarno-zielonym, cierpiał na ropienie dziąseł, paradentozę, próchnicę. Nie lubił się ubierać. Konieczność zakładania ubrania znanego jako "mundurek Mao" sprawiła, że wymyślił, aby święto niepodległości obchodzić co 5 lat zamiast rokrocznie. Dbał o swoją wygodę. Kierował sprawami państwa z leżaka na brzegu wielkiej pływalni, nakryty ręcznikiem, dręczony bezsennością uśmierzaną coraz to nowymi środkami farmaceutycznymi, otoczony dużym zespołem ludzi, których niepokoiła nieregularność jego wypróżnień. Był tak wyalienowany i skoncentrowany na osiąganiu swoich własnych celów, że nawet chwili nie poświęcał losom dziesiątków tysięcy ginących podczas wojny w Korei, a nawet milionom ofiar Wielkiego Skoku Naprzód, który był tragicznym skokiem w przepaść. Interesowało go wyłącznie tu i teraz jego własnego ja.

Czy Mao może być określany mianem osoby kontrowersyjnej? Zdecydowanie nie. Jest członkiem pełnoprawnym klubu tyranów takich jak Hitler i Stalin, na którym zresztą się wzorował i którego imienia bronił przed atakami Chruszczowa. Od swoich europejskich kolegów z klubu różnił się zasadniczo tym, że czerpał garściami z historii własnego kraju i świadomie utożsamiał się z legendarnymi chińskimi cesarzami. Nie z Marksem, Engelsem, czy Leninem, a właśnie z cesarzami. Przy czym będąc chłopem z chłopów nie gustował w ekstrawaganckich strojach, wyrafinowanych trunkach, potrawach, lub rozrywkach. Chciał, jak ów cesarz opisywany przez Kazimierza Grześkowiaka w "Balladzie o cesarzu" po prostu pożyć jak panisko:

Cesarz to ma klawe życie
Oraz wyżywienie klawe
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę

A do kawy jajecznicę
A jak już podeżre zdrowo
To przynoszą mu w lektyce
Bardzo fajną cesarzową

Posuń no się trochę, stary!
Mówi Najjaśniejsza Pani
Potem ruch się robi w izbach
Cesarz z łóżka wstaje lekko

Siada sobie w złoty zycbad,
Złotą goli się żyletką
I świeżutki, ogolony,
Rześko czując się i zdrowo,
Wkłada ciepłe kalesony
I koszulkę flanelową

A tu przyjemności same
Oraz niespodzianek wiele:
Przynoszą mu "Panoramę"
"WTK" i "Karuzelę"

"Filipinkę" i "Sportowca"
I skrapiają perfumkami
I może grać w salonowca
z marszałkiem i ministrami
Marszałkiem i ministrami!

Po obiedzie złota cytra
Gra prześliczną melodyjkę,
Cesarz bierze z szafy litra
I odbija berłem szyjkę

Potem żonę otruć każe
Albo cichcem zakłuć stryjca…
Dobrze, dobrze być cesarzem,
Choć to świnia i krwiopijca!
Świnia i krwiopijca!
Świnia i krwiopijca!

Kiedy Mao Zedong zmarł nikt po nim nie płakał. Opis sytuacji w kilka kwadransów po śmierci Przywódcy przypomina sceny z doskonałej powieści "Ja, Klaudiusz" Roberta Graves'a. Nikt nie zajmuje się zmarłym, bo z jego ostatnim oddechem nieboszczyk przestaje znaczyć cokolwiek. Liczy się wyłącznie kto obejmie schedę, kto będzie w stanie wybić się na szczyt i zniszczyć swoich dotychczasowych oponentów. Zmarły zaś leży tuż obok. Nikt nad nim nie płacze, nikt go nie żałuje. Zmarły nie wywoływał bowiem innych uczuć poza strachem. Jego śmierć dla wielu oznaczała ulgę. Dla wybranych zaś szansę osiągnięcia władzy absolutnej.

Historia Mao Zedonga jest historią straszną. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę postać jego przeciwnika znanego w Polsce jako Czang Kai-szek. Wygrało zło. Zło rubaszne, skore do tańców, chędożenia gładkolicych dziewcząt z Zespołu Działalności Artystycznej, jedzenia tłustej wieprzowiny na ostro, uwielbiającego czytać księgi, których czytania zakazało poddanym, przelewające krew ludzką bez najmniejszej refleksji, gardzące innymi ludźmi, tylko dlatego, że nie są nim samym.

Dzisiaj Mao Zedong pełni w Chinach rolę stracha na wróble. Jego portret wisi nad bramą Zakazanego Miasta w Pekinie, tak jak wisiał w 1949 roku. Co więcej jego podobizna zdobi każdy chiński banknot. Żeby każdy Chińczyk codziennie miał świadomość kto tutaj (w ChRL) rządzi. Czy ktokolwiek w dzisiejszych Chinach chciałby zupełnie serio wprowadzić w życie idee Przewodniczącego? Był taki jeden. Ostatnio spędza czas w areszcie domowym w Pekinie i czeka na proces.

Przywódcy współczesnych Chin używający na co dzień i-phonów, i-padów, weibo, baodu i wielu innych wynalazków świadomi są anachroniczności myśli i czynu Wielkiego Sternika. Oddaliliśmy się od tamtych czasów i wydarzeń o lata świetlne. Szczerze? Chwała za to Chinom i Chińczykom. Wiele krajów do dzisiaj nie jest w stanie poradzić sobie z taką schedą. Oby nikomu nie wpadło do głowy, aby wywołać ducha Przewodniczącego i zbudować na jego wspomnieniu nowej ideologii. Oby Mao zapisał się w historii Chin i świata jako faktyczny ostatni cesarz Państwa Środka. Oby.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close