Chiny subiektywnie

Maszyna zgrzyta, albo Chiny i stromy podjazd

Kiedy w 1978 roku Deng Xiaoping przejmował władzę w Chinach Ludowych otrzymywał w spadku po swoich niesławnych poprzednikach kraj nędzny, wyniszczony, obarczony ogromem rozmaitych problemów. Wiedział, że zmienić sytuację może napływ pieniędzy do budżetu państwa. Wraz ze swymi współpracownikami skonstruował model, dzięki któremu uczynił Chiny fabryką świata, największym eksporterem na ziemi. Po 30 latach świetnego funkcjonowania systemu machina zaczęła zgrzytać. System przestaje działać.

Nigdy nie byłem dobry w kombinacjach szachowych, czyli przewidywaniu iluś tam ruchów naprzód. W przypadku Chin od co najmniej 2009 roku wydawało mi się, że taka umiejętność nie jest potrzebna, aby przewidzieć jak sprawy z dużym prawdopodobieństwem potoczyć się mogą.

Deng skonstruował mechanizm gospodarczy oparty na eksporcie dóbr wytwarzanych i sprzedawanych po konkurencyjnych cenach. Konkurencyjność ta bazowała na kilku istotnych czynnikach mających swe źródło w niedawnej historii ChRL.

Przewodniczący Mao w paroksyzmach swojej szajby zrujnował w Chinach wszystko co jeszcze do zrujnowania pozostało po XIX wiecznym eksploatowaniu kraju przez zachodnie mocarstwa i konwulsjach towarzyszących tworzeniu się Republiki Chin Sun Yat-Sena, czasach rządów militarystów, jednoczeniu siłą Chin przez Czang Kaj Szeka, okupacji japońskiej i wojnie domowej komunistów z narodowcami. Przewodniczący dołożył od siebie do powyższej serii nieszczęść szaleństwo Wielkiego Skoku Naprzód oraz rewolucji kulturalnej. Kiedy umarł, osierocił kraj z największą liczbą ludności na świecie, ludności doskonale biednej i niewykształconej. Deng Xiaoping wykorzystał słabość, czyniąc ją siłą ChRL. Ogromne rzesze biednych, niewykwalifikowanych ludzi, głodnych sukcesu, dobrobytu na skalę małych wsi i ogromnych miast.

Pamięć o czasach Mao, doświadczenia okresu iście cesarskich szaleństw zmotywowały Chińczyków do pracy w ciężkich warunkach i za prawdziwie marne pieniądze. Na początku lat 90-tych chłopi z zachodnich prowincji ruszyli na wschód, aby szukać tam pracy na budowach, w fabrykach, w zakładach przemysłowych. I tej prostej pracy wszędzie było mnóstwo. Prostych ludzi również było mnóstwo. Ludzie o pracę dbać chcieli i musieli.

Przewodniczący skutecznie oduczył swych rodaków wiary w bóstwa i inne tego typu burżuazyjne wydumki. Sami Chińczycy nie zorientowali się nawet, że po latach terroru i realizowania bezsensownych poleceń wydawanych przez władze z Pekinu zobojętnieli na los sąsiadów, znajomych. Stali się sami dla siebie najważniejsi. Skoncentrowali się na własnych korzyściach, własnym interesie. Na tym, aby zarobić jak najwięcej, a wszystko to co zarobione zaoszczędzić na czarną godzinę, lub wydać na to, czego wcześniej mieć nie mogli: jedzenie, ubranie, mieszkanie, edukacja dzieci.

Przewodniczący wcielając w życie idee komunistyczne nigdy przesadnie nie dbał o los najbardziej potrzebujących wsparcia. Nie zbudowano w ChRL ani systemu opieki zdrowotnej, ani systemu ubezpieczeń społecznych. To machinie Denga dało kolejne przewagi nad wytwórcami z innych krajów świata. Chińscy przedsiębiorcy mogli się skoncentrować na produkcji i eksporcie nie zaprzątając sobie głowy dodatkowymi kosztami pracy swoich pracowników.

Ci ostatni przyzwyczajeni od dzieciństwa do warunków życia, które delikatnie nazwać by można ekstremalnymi, zacisnęli zęby i pracowali dzień i noc, tydzień po tygodniu, rok po roku. Dorobili się pieniędzy. Właściciele fabryk, w których pracowali dorobili się ciężkich pieniędzy. Ci, którzy uruchomili wiele fabryk zdobyli fortuny. A zatem wszyscy powinni się cieszyć i w ogóle.

Tymczasem od przynajmniej 4 lat, a szczególnie w tym roku wyczuwamy naprężenia i ciśnienia wewnątrz sprawnie dotąd funkcjonującego mechanizmu. Słychać zgrzyty, a czasem sypnie się iskra nawet. Można było taki scenariusz przewidzieć. System nastawiony na eksport, którego podstawą jest konkurencyjność wynikająca z biednego społeczeństwa musi zacząć szwankować kiedy to społeczeństwo zaczęło się bogacić. Pokolenie ludzi wychowywanych w czasach Mao dobrze wie, że może liczyć wyłącznie na siebie. Dlatego też miast konsumować na emeryturze, ganiać po świecie na różnego rodzaju wycieczki, obkupywać się w to, czy owo, ludzie ci trzymają kasę na kontach lub w słoikach w lesie. Bo wiedzą z doświadczenia, że czarna godzina kiedyś nadejdzie. Są już podeszli w latach. Nadwyrężeni przez pracę ponad siły, często w nieludzkich warunkach. Państwo tak dumne z ich pracy, nie zapewni im ani systemu emerytalnego, ani opieki zdrowotnej. Muszą liczyć na siebie i ewentualnie na swoje dzieci. Te miały niby przejąć pałeczkę po rodzicach i napędzać gospodarkę Chin poprzez konsumpcję wewnętrzną. Ale jak konsumować skoro nie ma pieniędzy, nie ma pracy, bo produkcja w Chinach utraciła walor konkurencyjności, bo eksport się kurczy, znikają tak liczne niedawno zakłady pracy, a te, które trwają oferują tak niskie wynagrodzenia, że marzenie o własnym mieszkaniu staje się wyłącznie snem jakimś złotym, wyłącznie dla wybrańców, bo ceny nieruchomości, jednej z niewielu możliwości inwestowania, urosły do paranoidalnych wysokości? Niedawno pojedynczy pracownik dostarczał zacne ilości towarów kupowanych przez konsumentów z całego świata. Jak ten sam pracownik ma udźwignąć ciężar owej konsumpcji iluś tam osób z krain dalekich? Nie trzeba kończyć topowych uczelni, żeby dostrzec logiczną lukę w tej konstrukcji.

Deng Xiaoping skonstruował wespół ze swoimi doradcami system niemalże doskonały. Zabrakło w nim jednak odpowiedzi na pytanie: i co dalej? Co dalej, jeśli wszystko zażre, machina zacznie hulać, koło zamachowe nabierze nabierze imponujących obrotów? Nie chcę krakać, ale wydaje mi się, że tak naprawdę nikt w Pekinie, jak również w całych Chinach nie ma pojęcia co robić. W chińskiej maszynie nie zaprojektowano hamulców bezpieczeństwa, ani nawet jakiegoś sprzęgła, które pozwoliłoby lekko odpuścić i dostosować prędkość do warunków. Czytając doniesienia z Chin mam wrażenie, że tamtejszym decydentom najbardziej odpowiadałby powrót do sprawdzonego modelu, czyli 1 dolar za 8,62 juana, duża szara strefa, więcej umów społecznych na gębę niż na papierze, itd., itp. Jestem jednak przekonany, że dzisiaj już się nie da wykonać takiego powrotu do przeszłości. Pozostaje podążanie w nowym, nieznanym kierunku. Po omacku.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Maszyna zgrzyta, albo Chiny i stromy podjazd”

  1. Zakładając, że juan jest zawyżony, Chiny powinny teraz masowo kupować, inwestować co już robia. Może czas na ciężki wyspecjalizowany przemysł albo Dolina Krzemowa made in China?

  2. Świetny tekst!

    Warto dodać jeszcze, że Chińczycy siedzą na bombie demograficznej. Dwa czynniki – odgórne ograniczenie ilości dzieci na rodzinę do jednego w mieście, oraz chińska tradycja, która wymaga by mężczyzna miał syna, sprawiły, że wśród młodego pokolenia przeważają mężczyźni. Co więcej wprowadzone w 1979 roku ograniczenie do 1 dziecka na rodzinę w mieście sprawiło, że przyrost naturalny Chin hamuje. W Chinach, a co za tym idzie na świecie będzie ciekawe… zupełnie jak w starożytnej chińskiej klątwie – „Obyś żył w ciekawych czasach!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close