Chiny subiektywnie

Moja szybka przygoda z pociągiem szybkim

Pociąg super szybki w Chinach szybki jest jak błyskawica. Jak jasna cholera. Osobnika nieprzystosowanego potrafi doprowadzić na skraj załamania nerwowego zanim jeszcze co do czego. Czyli przed podróży odbyciem.

Pomimo wielu wewnętrznych oporów i sygnałów ostrzegawczych, postanowiłem skorzystać wreszcie skorzystać z błogosławieństwa wynalazku pociągu szybkiego jak strzała. Lęk oczywisty był, bo przecież na skutek jakości tychże kolei państwo chińskie postanowiło zlikwidować na amen ministerstwo kolei. Jakby nie patrzeć wyraźny znak ostrzegawczy. No ale natura ma wioskowa ciągnęła mnie niemiłosiernie ku atrakcjom jarmarcznym, do których bez wątpienia przynależy się gnanie po torze z prędkością 300 kilometrów z lisim ogonkiem.

Złożyło się tak jakoś, że większość ludności zamieszkującej Szanghaj mieszka na Pudongu. I nie jest to wcale złe. Ino, że tylko z Pudongu do HongQiao, gdzie znajduje się dworzec kolei super szybkiej metro linii 2 wiezie organizm pasażerski przez minimum 60 minut. Taxi wiezie mniej więcej tyle samo, ale za to za 127 yuanów. Budżetowa różnica znaczna. Szczególnie dla harcerzy, którzy przez dziwny przypadek jakiś Szanghaj odwiedzać mieliby.

Zajeżdża się z fasonem (jednak taxi….) pod budynek wielgachny, bok w bok pobudowany ze starym portem lotniczym HongQiao. Kierowca wyrzuca pod wejście główne i ekstra-bomba. Tylko, że za wejściem głównym nie dzieje się nic poza imponującymi przestrzeniami posadzki typu lastriko. A chciałoby się pojechać gdzie. Do tego nie byle gdzie, tylko w bardzo określonym kierunku.

Pod ścianami stoją długimi rzędami automaty do sprzedaży biletów kolejowych. Hurrrraaa. Wielki, nowoczesny świt otuch screenów. Się naciska, się uzyskuje kolejne instrukcje. Się je wypełnia. Do czasu. W pewnym momencie automat wierny swym twórcom rzecze „Hola, hola, przyłóż swoje ID do korytka po mej prawej stronie”. Kurde. Jakie ID? Jestem z zewnątrz. Nie mam ID.

Krok wstecz. Niepewność. Hala w pip wielka jak pałac zimowy wszystkich carów świata, ale ani literki po ludzku. Wszystko w języku krzaczor-krzaczor-kreskowe kody. Na szczęście towarzysz niedoli parla po lokalnemu i uzyskuje informację, że bez ID można kupić bilet w okienku 8. Stoimy przy 6. Znaczy trzeba ruszyć przed siebie, po boku prostokąta hali, tam powinien być numer wyższy.

Jest.

9.

Gdzie 8??? Pani od sprawdzania zawartości walizek wskazuje (błogosławieństwo znajomości języka pokrętnego przez towarzysza mego). Stajemy we włąsciwie wskazanym ogonku. Po pół godzinie docieramy do szyby.

"Suzhou, a?"

"Mejo."

"Co kurna mejo?"

"No mejo i idź sobie. Są na jutro bilety na dzisiaj nie ma."

"Jak nie ma, jak automat, ten pod ścianą mówi, że spoko są?"

Panienka z okienka buzuje fochem. "No są. No i co?"

"No chcemy kupić."

"Mogę sprzedać na jutro."

"Jak na jutro, jak są na dzisiaj potrzebne, a właściwie to jeden jest potrzebny, taki zupełnie malutki."

"Na jutro sprzedam. Pójdziecie do okienka 2, a tam wam przerobią na dzisiaj, comprende?"

"Nic nie comprende. Jak to, że jutro będzie dzisiaj?"

"Nie pękać, kupować, iść do 2."

W sumie 39,50 to nie kwota. Raz kozie śmierć. Kupuję. Z biletem trzeba teraz do zmiany. Panienka z okienka powiedziała, że przy datach majchrują w okienku 2, okienko to powinno być tam gdzie okienka 3 i 1, w środku gdzieś tam. Szukamy, biegamy. Ni hu-hu. Nie ma takiego numeru. Aż tu nagle, na środku lastrykowej polany odnajdujemy wysepkę informacji wszelakiej. Świeci na niej bohaterski Lei Feng. W zimowej czapce uszance. Wysepka nosi na dumnym maszcie numer 2. Pod przemożnym wpływem bohatera pani urzędująca na wysepce ad hoc przybija pieczęć i zmienia datę. Wczoraj stało się dzisiaj, za dotknięciem magicznej pieczęci, silniejszej niż wszystkie systemy komputerowe świata. Uff.

Lei Fengowi kręci się w oku łza. Wyciera krajem uszanki. Zuch baba z kasjereczki! Idzie jego wspaniałym, kosmicznym śladem. Life is beautiful.

Nagle świst, nagle gwizd. Należy się udać ku torpedzie. Żegnamy się z towarzyszem mym, po chińsku mówiącym, choć z Polski pochodzącym. Schody nieruchome, potem bardzo ruchome.

Jest! wije się.

Równolegle do linii peronu rozciąga się stalowe cielsko lśniące kremowym lakierem. Rozczytuję bilet. Gówno z niego wnoszę. Podchodzę do panienki zbrojnej w fioletowy outfit i krótkofalówkę.

„Dokąd mam zmierzać o piękna pani, smocza władczyni? Ili ku przodowi, czy też może raczej ku tyłowi podążać winienem?”

„No seat for you” kwituje okrutna królewna w fioletowym.

„Jak to kurna no seat? Look na pieczątkę. Jest data? Jest seat.”

„No” – uparła się, zacięła cholera w fioletowym, małpa jedna. – „No seat”.

Już durna łza zamierzała się wytoczyć z kącika oka mego, gdy nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się kolejna księżniczka w stroju obowiązkowo fioletowym.

„Seat, seat” zakomenderowała. Usiadłem.

Pociąg ruszył. Po 20 minutach dotarł do stacji docelowej. Opuszczenie tej stacji zajęło mi 15 minut. Dojechanie do hotelu 40 minut.

Hurrrraaaaa.

Gdybym ruszył z mieszkania na Pudong autem, pojechał do Suzhou autostradą, dotarłbym prawdopodobnie szybciej. A na pewno bez ciśnienia.


Leszek Ślazyk

P.S. Serdeczne podziękowania dla Taresy, P. z Dziewczynami i Konrada.

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Moja szybka przygoda z pociągiem szybkim”

  1. Przeczytałam… komentować nie byłam w stanie bo turlałam się ze śmiechu ponad pół godziny :)

    Po pierwsze: nie wszyscy zamieszkują na Pudong, chociaż miejsce piekne, ja na dworzec mam linia nr. 10 – 30 min. Jest to szybszy i wygodniejszy transport niż taxi, szczególnie w godzinach szczytu; czasami na taxi można czekać w ogonku godzinę, potem przedzierać się kolejną w korkach…by dotrzeć do domu…

    Po drugie: dworzec przestronny, czysty i wszystko ładnie oznaczone – w ludzkim języku, nie tylko krzaczkami. Na pron wpuszczają na 15 min przed odjazdem więc i porządek jest i każdy wie co ma robić :)

    Bilet lepiej kupić przez internet, lub w kasach na mieście – są takowe i biora tylko 5 RMB opłaty.

    Polecam kupić bilet w I klasie, różnica w cenie nieznaczna a jakość podróży o niebo lepsza.

    Można kupić bilet bez miejscówki, tak robi wielu chińczyków. Wtedy "polują" na wolne miejsce nawet w I klasie i rozsiadają się bez pardonu do momentu aż nie zjawi się prawowity tymczasowy właściciel fotela i ich grzecznie wyprosi, albo stoją lub siedzą na podłodze przy wyjsciach. Takowych biletów raczej nie polecam.

    Lubię podróżować tu pociągami, jest naprawdę czysto, łacznie z toaletami, chłodno i wygodnie. Szczególnie w upalne dni, a takie nastały od miesiąca, przyjemnie jest usiąść wygodnie, z nogami na podnóżku i zdrzemnąć się troszkę…

    Polecam, w przeciwieństwie do podróży autobusowych… ale to osobny temat.

     

     

  2. mimo niedogodności zazdroszczę prędkości z jaką pokonał Pan trasę i komfortu jazdy.dla porównania moja dzisiejsza podróż na trasie warszawa wschodnia- łódź kaliska ( odległość szokująca 145 km) pokonana w oszalamiajcym czasie 3.40 h.i to nie zart niestety

  3. Drogie Panie, są plusy dodatnie i plusy ujemne każdej sytuacji. Jako prosty chłopak z dzielnicy portowej nie ogarniam sytuacji kiedy coś co powinno być proste jest skomplikowane. Fakt, że jedzie się 90 kilometrów niecałe 20 minut o zdecydowanie plus dodatni. To, że tak wielkie przedsięwzięcie rozkłada się przez implementację biurokratyczno-kontrolnych rozwiązań, to plus ujemny. W przyszłości będę kupował bilet w internecie. W Polsce będę korzystał z polskiego busa. Umarłbym z wściekłości wlokąc się po torach brudnym czymś przez mój kraj w drugiej dekadzie XXI wieku. W Chinach z tą przyszłością z filmów sc-fi jednak się dość często obcuje. Ino aktorzy drugiego planu często niedorobieni jacyś tacy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close