Chiny subiektywnieNa marginesiePolska

Propaganda biedy, propaganda sukcesu

Najpoważniejszym grzechem, który dostrzegam w aktualnych działaniach obecnie nam miłościwie panujących jest krótkowzroczność. Tyczy ona zarówno zachowania, które sprawia wrażenie, jakby panujący nie zdawali sobie sprawy, iż już za chwilę poddani będą ocenie w formie kolejnego, nieodległego w sumie głosowania, jak również, a może przede wszystkim tyczy braku zrozumienia wpływu tego co się robi dziś, na to jaki kształt będzie miało jutro. Ot choćby w przyszłej postawie władanych wobec rzeczywistości.

Jednym z ulubionych narzędzi sprawowania władzy nad społeczeństwami we współczesnym świecie są media. Ze szczególnym uwzględnieniem tych, które nie wymagają od odbiorców (adresatów medialnych komunikatów) ani wykształcenia, ani umiejętności specjalnych, jak na przykład czytanie. Władający te media kochają i starają się je sobie (na różne sposoby) podporządkować. Zatem oczywistym miernikiem wolności obywatelskiej w danym państwie jest ilość mediów (w dzisiejszej dobie również wszelkiej maści portali i kanałów internetowych), które od władzy tego państwa są niezależne. Chiny należą do państw, które media monopolizują i ani się z tym kryją, ani nie udają, że monopolizują obieg informacji w CHRL w ramach własnych działań politycznych. To zabawne, bo ostatnio w Polsce przedstawiciele nowego reżimu z absolutną powagą i przekonaniem przedstawiali taki właśnie, chiński, stosunek do roli mediów w państwie. Że mają być ustami władzy. Że władzę mają wspierać dobrym słowem, a nie podkopywać jej autorytetu słowem złym.

Ale nie o podobieństwach chciałem pisać, a o różnicach.

Jasnym jest, że zmonopolizowanie przez władzę kanałów informacji, szczególnie tych nośnych i skutecznych jak telewizja, służy wzmocnieniu skuteczności propagandy praktykowanej przez ową władzę. Propaganda to również informacja, ale dość specyficzna, bo mająca na celu deformację rzeczywistości, dopasowanie jej do aktualnych potrzeb władających. Zwykła informacja jest wolna i niebezpieczna, bo reakcja jej indywidualnego odbiorcy jest nieznana. Propaganda zaś ma na celu usunięcie tej niepewności, ona ma za zadanie konkretną reakcję wywoływać.

Polscy propagandziści, służący obecnie nam miłościwie panującym, zajmują się z dużym oddaniem kreowaniem wizji świata, w którym właśnie co skończyła się wojna, albo który przeżył jakiś apokaliptyczny kataklizm. To obraz państwa w ruinie, zamieszkałego przez nieszczęśliwych, biednych, gotowych targnąć się na własne życie ludzi. Propaganda ta ma udowodnić okołowyborcze tezy miłościwie nam obecnie panujących, że żyjemy w regionie świata, który niczym nie odbiega od takich miejsc jak Sudan, Gujana Francuska, czy Afganistan. Po prostu nędza. A winę za taki stan rzeczy ponoszą „oni”, „tacy, którzy”, „pewne kręgi, którym zależało”.

Ja rozumiem, że to zabieg mający na celu udowodnienie win wszelkich minionego reżimu, ale ktoś z grona dzisiejszych propagandzistów i ich zleceniodawców mógłby poświęcić ze dwie minuty swojego cennego niezwykle czasu przeznaczonego dla ratowania ojczyzny na refleksję na temat skutków ubocznych takiego działania. Mam tu na myśli reakcję przeciętnego, bardzo przeciętnego odbiorcy wyżej wzmiankowanych komunikatów.

Kiedy rozpocząłem swoją przygodę z Chinami w połowie lat 90. XX wieku – pamiętam to dokładnie – uderzyła mnie w Chinach skala i moc tamtejszych reklam. Reklamy były wszędzie, miały różne formy, a wszystkie posiadały wspólny mianownik: sukces. Reklamy nie ograniczały się wyłącznie do billboardów, instalacji w miejscach publicznych, spotów w telewizjach, mechanicznych ekranów z przesuwanymi obrazkami w zagłówkach taksówek, monitorów w autobusach i metrze, czy happeningów na ulicach. Nie. Reklamą były również główne wydania wiadomości wieczornych w CCTV1 oglądanych bez mała przez wszystkich Chińczyków. W tych wiadomościach nimb sukcesu otaczał prezydenta, który ot tak sobie szedł przez plac, albo halę fabryczną, premiera, który witał się z delegacją obcokrajowców, sukces rozświetlał też twarze ważniejszych postaci ze szczytów władzy, które a to gdzieś wpadły z gospodarską wizytą, a to coś tam z kimś podpisywały. W następnych częściach wiadomości telewizyjnych sukces osiągany przez Chiny i jego mieszkańców potwierdzały prezentowane przez reporterów budowy, filmowane wnętrza nowo otwartych fabryk i migawki z portów, gdzie z ładowaniem kontenerów na statki roboty był huk.

Pamiętam doskonale, że wtedy, w latach 90. XX wieku w chińskim powietrzu czuć było prąd pozytywnej energii, powszechną wiarę w moc sprawczą jednostki, dla której sukces, ze szczególnym uwzględnieniem sukcesu finansowego, jest na wyciągnięcie ręki. A ten kto sukces osiągnie, będzie mógł posiąść to wszystko co pokazywały reklamy: i willę w stylu toskańskim tuż przy polu golfowym, i samochody (w tym przynajmniej jedną limuzynę z silnikiem co najmniej 8-cylindrowym, żeby było czym do pracy zajechać, oraz przynajmniej jeden SUV, żeby było czym dojechać na pobliskie pole golfowe), i żonę co dzięki specjalnym, a drogim kremom skórę ma białą alabastrową i od rana suknię obcisłą, wieczorową, i dzieci grające na fortepianach oraz mówiące językami obcymi, i zegarek szwajcarski, okazały niczym solidny kotlet mielony, i wiele, wiele innych drogich, a niezbędnych do życia rzeczy.

Minęło 20 lat i ta propagandowa fantazja stała się rzeczywistością niemal 200 milionów Chińczyków. Wielu z nich 20 lat temu nie miała pojęcia, że na świecie ludzie żyją w willach, że jeżdżą samochodami, że piją kawę i smarują sobie wory pod oczami kremami. 20 lat temu wielu Chińczyków nie wiedziało, że są kraje gdzie codziennie można najeść się do syta. Wielu też nie wiedziało, że są inne kraje.

Dzięki propagandzie sukcesu niemal 200 milionów Chińczyków żyje życiem, które 20 lat temu funkcjonowało wyłącznie w wymyślonym świecie reklam.

A teraz wróćmy na własne podwórko. Jakie aspiracje będą mieli odbiorcy permanentnego przekazu o kraju w upadku, o bezmiarze biedy, krzywdy i nieszczęść dotykających niemal ich wszystkich, ich wykluczonych, zdradzonych przez tą nieliczną grupę cwaniaków, która w niejasnych okolicznościach zapewniła sobie dochody pozwalające na coś więcej niż codzienna podróż do „Biedronki” i dokonywana raz w tygodniu wyprawa do „Lidla”? Jaką energię, jaką determinację uzyskają ludzie karmieni strumieniem frustracji, złości, pomówień, teorii spiskowych, na którego końcu pojawiać się będą obietnice socjalne jako lekarstwo na okropność rzeczywistości? Czego ci ludzie będą chcieli od życia, od siebie, czego zapragną, o czym będą marzyć.

Chiny w swojej najnowszej historii przerobiły niejeden model uprawianej propagandy. Propaganda biedy, krzywdy, konieczności odwetu zepchnęła to wielkie państwo do grupy najbardziej zacofanych krajów na świecie. Propaganda sukcesu sprawiła, że w ciągu 20 lat Chiny z miejsca powszechnej biedy i głodu stało się drugą potęgą gospodarczą świata. Pierwsza forma propagandy była bezpieczna i wygodna dla władających, pozbawiając władanych woli, czyniąc z nich bezwolną masę wierzącą w dowolną bzdurę ogłoszoną przez przywódców. Dla państwa była toksyczna. Druga forma propagandy działała stymulująco na ludzką samodzielność, a przez to w pewnym stopniu stanowiła zagrożenie dla władzy. Dla państwa stała się jednak magicznym eliksirem.

No i konkluzja: jeśli praktykowana propaganda biedy jest wypadkiem przy pracy pełnych zapału, ale mało doświadczonych działaczy, pewnie coś się zmieni za chwil parę, będzie można o sprawie zapomnieć. Ale jeśli to takie założenie programowe, dla umocnienia określonego elektoratu na przyszłość, to sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Bo to oznaczałoby działanie na szkodę nas wszystkich, zmuszonych wspierać być może już zawsze ofiary propagandy biedy, przekonane, że i tak się nic nie uda, bo udać się nie może.

Pomimo oczywistych wad i grzechów propagandy jako takiej wolałbym jednak, abyśmy szli drogą dengowskiego sukcesu, niż maoistowskiej siermięgi. Wolałbym żyć w kraju, w którym ludzie, nawet naiwnie wierzą w swoją szansę, w swoje możliwości, sięgają niezwykle wysoko, wzmacniani przekazem, że sięgać wysoko jest dobrze. W kraju, w którym wszystko było szare, beznadziejne i bez sensu urodziłem się i wychowywałem. I wcale do tego kraju nie tęsknię. To nie były stare, dobre czasy.

Leszek Ślazyk

P.S. Przemyślenia powyższe są efektem kilku rozmów zasłyszanych, kilku odbytych, odwiedzenia kilku miast za pomocą kolei oraz krótkiego kontaktu ze stacją TVP Info. A wszystko to wydarzyło się w mijającym właśnie tygodniu skłaniając mnie do takowej właśnie refleksji.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close