Chiny subiektywnie

Roquefort, Brie i Camembert non grata

U Was tam się zbliża koniec dnia pracy. Niektórym zostało 40 minut. Niektórym nieco ponad półtorej godziny. A my tu ze Złotym Krzyśkiem siedzimy, słuchamy Bacha i Handla z Wrocławia (II Program Polskiego Radia rulez, no i internet rulez), korzystamy z promocji w lokalnym Auchan (włoskie wino pierwotnie po 96 juanów, dzisiaj za 19…), dokładamy S.Pellegrino, bo bąbelki w wodzie na wsi to rarytas i czytamy ze zgrozą, że Roquefort, Brie i Camembert dostały od Chińczyków bana.

Roquefort, Brie i Camembert…. Co to mówi przeciętnemu Chińczykowi? Nic. Tyle co nazwy różnych rodzajów tofu przeciętnemu Europejczykowi. W sumie baza podobna. Pierwsze kontakty Chińczyków z serem mają sie tak jak pierwsze kontakty Europejczyków z chińskim tofu. To fuuuuu! Mniejsza o to takie bezsmakowe, jak cukinia przygotowana przez ciotkę, która praktykuje smaki z kolorowej prasy typu „Życie na gorąco”, albo „Twoje imperium”, ale nigdy nie doznała smaku sama. Być może za sprawą wuja, który od ciotki wolał piwo, gołębie oraz drużynę futbolową lokalną. Tofu smażone. Od kiedy miałem z nim pierwszy kontakt zastanawiam się na ki grzyb policji w Polsce jakieś gazy pieprzowe. Tofu smażone w aerozolu. To zabije każdego. W sensie nie-Chińczyka, bo tu sprawa jest taka, że smród smażonego tofu pobudza ludności ślinianki, a na ulicy panie z pieskiem nerwowo tupiące nóżką w kolejce do kramu zagadują sprzedawcę, czy to na pewno jest „stinky tofu”. A kolejka się głośno śmieje, bo śmierdzi tak, że bez dodatkowego wzmocnienia spokojnie widzi się to co Bran z Gry o Tron. Ptaki trójokie i cuda na kiju. Są jeszcze takie lokalne tofu, co zapachem i konsystencją pzypominają rozpadające się ludzkie ciało. Mieszkam w takim miejscu. A odniesienie mam proste: brałem jako dziecko gorącym latem udział w pogrzebie krewnego, z którego pochówkiem zwlekano z jakichś tajemniczych przyczyn. Zapach z cmentarnej kaplicy zalanej południowym słońcem pamiętam precyzyjnie do dziś. Czymś o analogicznym zapachu próbują mnie tu karmić z okazji świąt i niedziel.

Roquefort, Brie i Camembert. Kto te nazwy pamiętał za komuny, która ponoć była taka super? Moi dziadkowie, chowani przed obiema wojnami światowymi, w odróżnieniu ode mnie, pamiętali sery inne niż morski i gouda. Bo dzieci komuny znały tylko ser żółty. Z dziurami, albo bez. No i rzecz jasna ser topiony, sprzedawany w sreberkach, do których na zawsze przyklejało się ze 20% zawartości opakowania. Moi dziadkowie pamiętali inne sery. Mój dziadek, jak wielu innych jego rówieśników, próbował dotrzeć do smaków i zapachów owych serów miękkich poprzez smażenie tego co było, czyli serów żółtych, twardych.

Co o tym wiedzą dzisiejsi wzmożeni narodowcy?

Każde dziecko, które było świadkiem takich eksperymentów, ma je zakodowane w swoim nosie. Wszyscy pamiętamy ten traumatyczny moment, kiedy nasi ojcowie, dzadkowie, wujowie, kuzyni (panie nie gustowały w tych podróbkach Roqueforta, Brie i Camemberta) zdejmowali lnianą ściereczkę z salaterki wypełnionej „zmiękczonym serem”. Zmiękczonym wedle najlepszego przepisu, pochodzącego zresztą z tego samego źródła, z którego pochodziły najlepsze przepisy na bimber (considering hardware and software). Jechało trupem z nagrzanej słońcem cmentarnej kaplicy, w samo południe, w środku upalnego lata.

Roquefort, Brie i Camembert. Dzisiaj wszyscy je znamy. Lidle i Biedronki prześcigają się, żeby je nam zaprezentować i skutecznie do nich przekonać. Skutecznie, skoro niektóre z nich kosztują mniej niz promocyjne piwo. Dziś w Polsce nawet chlory wiedzą jak smakuje pleśniowy, czym różni się Roquefort, Brie i Camembert od Bleu.

A tu nagle grom z jasnego nieba: Roquefort, Brie i Camembert non grata w Chinach Ludowych. Bruksela – jak donosi Shanghaiist – pyta dramatycznie: „dlaczego?!„. Pekin, jak ma w zwyczaju, wyniośle milczy. Bo chuj wie dlaczego. Chińczycy nie szaleją za serami pleśniowymi. Jak my nie szalejemy za podgniłym tofu. Ktoś wpadł na pomysł bana i tyle. Pewnie za jakieś 2 tygodnie się wyjaśni. Być może któraś chińska rodzina weszła w serowy biznes i przygotowuje pole pod monopol. No, bywa.

Tymczasem słuchamy ze Złotym Krzyśkiem Handla i Bacha, popijamy przyzwoite włoskie wino, jak również niezwykle przyzwoitą bąblowaną wodę mineralną i się dziwimy. No bo Złoty Krzysiek pasuje do baroku jak ulał. Jak nie, jak tak?

On jest cały jak linie melodyczne barokowych oper. A jeszcze z tymi lampkami! Pięknie współbrzmi. A co współgra z winem? Bach to wiadomo. Chociaż zależy który. Młody na 100%. No ale tak organoleptycznie, co z winem współgra? Wi-no-gro-na, i…..? Sery, co nie? A już szczególnie takie w smaku pokręcone. Z pewnością nie te tępe, żółte, tylko owe właśnie takie miękkie, z pleśnią i na wierzchu, i we środku…

I jak my tu sieroty bez Was Panowie Roquefort, Brie i Camembert mamy przetrwać?

No nie wiem jak. Ale wiem, że już w przyszły poniedziałek będę zupełnie gdzie indziej. Tam gdzie nikomu Roquefort, Brie i Camembert nie przeszkadza. Oj, nawtykam się. I dietę szlag trafi. Ale co tam. Można będzie uznać, że to taki gest wymowny. Wsparcie serów miękkich, protest przeciwko blokowaniu ich importu do Chin. Chociaż po prawdzie będzie to zwykła żarłoczność. Czy tam nieumiarkowanie.

A zupełnie na serio: jakoś nie widać równowagi pomiędzy handlowymi relacjami jeśli chodzi o towary chińskie w Europie i te europejskie w Chinach. Chińczycy muszą mieć nas za prawdziwych głupków. Nie bez racji…

.

Leszek Ślazyk

.

.

.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close