Chiny subiektywnieWiadomości

Starbucks, albo kawa w Chinach

Kiedy przyleciałem do Chin po raz pierwszy, w 1994 roku, nie pijałem kawy w ogóle. Piłem herbatę, najchętniej czarną, czasem z mlekiem, czyli tzw. bawarkę. No i jeszcze z cytryną, jasna rzecz (ale bez mleka). I miałem ogromne szczęście. Gdybym był uzależniony od kawy jak moja Mama, pewnie wiłbym się całymi dniami targany kofeinowym głodem. W tamtym czasie jedynym sladem istnienia kawy w ChRL były wszędobylskie słoje po rozpuszczalnej kawie Nescafe. Wśród przedsiębiorców przedsiębiorczych modnym było posiadać takowy słoiczek i trzymać w nim ciepłą zieloną herbatę. Po kilku latach spożywania wszelkich odmian zielonej herbaty nabawiłem się mentalnej alergii. Zielone herbaty pijam wyłącznie przymuszony. Za to kawę litrami. Również dlatego, że do Chin wjechał z impetem Starbucks. Przykład na to, czym są dzisiejsze Chiny. I kto może tu wygrać.

Przez lata nie potrafiłem zrozumieć uwielbienia moich antenatek do naparu z palonych, mielonych ziarenek z odległych krain. Sam proces pozyskiwania kawy jednakoż mnie fascynował. Był taki moment, że Babcia sama paliła ziarna kawy w domu. Gdzieś, ktoś handlował zieloną kawą (być może kradzioną z państwowej palarni, których było w Gdynia za PRL-u parę), która w papierowych torbach trafiała do Babci. A w tych chwilach z piwnicy wjeżdżała do naszej kuchni rura/bęben, pod którą rozpalało się ogień. Wówczas jeszcze w domu mieliśmy piece węglowe…. Pamiętam coraz mocniejszy zapach, taki niezwykle specyficzny zapach palonych ziaren kawy. Potem, ciemno brązowe, tłuste ziarna mieliło się w takim młynku drewnianym z metalową korbą. Próbowałem, nie było lekko. Od mielenia był Dziadek. Ja najczęściej sprawdzałem ileż tam zmielonej kawy trafiło do wysuwanej z wnętrza młynka szufladki. Kiedy szufladka była pełna Babcia parzyła kawę. W dni wyjątkowe w przedwojennym dzbanku z jakiejś wyrafinowanej porcelany ze złoceniami, w okruchu nieustannie wspominanej przeszłości, którą zabrali Ruscy. W zwykła dni kawa parzona była – a jakże – w szklankach powsadzanych w modne podówczas i powszechne srebrne koszyki z uchem. Filiżanek było szkoda, ale przede wszystkim do szklanek mieściło się więcej kawy. I można było zawsze zrobić dolewke wrzącej wody. Z filiżankami taki numer nie przechodził i nie uchodził. Parzona kawa pachniała pięknie i kusiła. Ale każda moja ówczesna próba nawiązania kontaktu z używką uwielbianą przez Babcię i Mamę kończya się gigantycznym rozczarowaniem. Smak fu i jeszcze te napuchnięte od gorącej wody ziarenka, które lądowały na języku i miedzy zębami. Okropieństwo.

Ale nigdy nie mów nigdy.

Po kilku latach spędzonych w Chinach herbata zielona przestała mi się dobrze kojarzyć. Te wszystkie okoliczności, fabryki, biura, spotkania, gdzie traktowano mnie zielonymi herbatami z plastikowych kubków, niedomytych filiżanek, zalewanych z plastikowych i metalowych cieknących termosów i nie mniej cieknących dzbanków, na których „dziobkach” widniały kawałki wężyków-protez pozwalających chociaż części gorącej wody trafić do naczyń, odłożyły się we mnie niechęcią do herbat, tych zielonych, a nawet tych czarnych, którymi kiedyś raczyłem się niemal nieustannie. Przyszła kolej na kawę. A to za sprawą firmy Starbucks. Pierwszy lokal pod tym szyldem pojawił się w ChRL w 1999 roku. Okazało się, że Chińczycy, zwłaszcza młodzi też mają herbat po dziurki w nosie. Na przełomie wieków moda na kawę poszła przez Chiny niczym ogień przez suchy step. Pod wpływem Starbucksa weszły na chiński rynek firmy z Tajwanu, Hong Kongu, Korei, Japonii. O wielu z nich nikt nie pamięta. I żadna z nich nie osiągnęła takiego sukcesu jak Starbucks. Co jest o tyle niesamowite, że jeszcze 20 lat temu kawę pijano w jakichś zupełnie wyalienowanych środowiskach, gdzie w Chinach amatorów kawy, a zwłaszcza dobrej kawy można było policzyć na palcach obu rąk. Picie kawy nie miało w Chinach tradycji. Nie było tam Babć i Mam, które z konieczności kombinowałyby zieloną kawę, aby ją palić w domu, aby móc doświadczyć aromatu „kawki po turecku”. Starbucks (głównie on) wywrócił chińskie przyzwyczajenia do góry nogami. Podbił serca młodych Chińczyków. I to w czasie kiedy u nas o Starbucksie mało kto słyszał. Ja zacząłem przygodę z kawą – o zgrozo – od kaw mrożonych, od frappe. A potem poszło. Zaglądając często do lokali sieci w Hangzhou, Suzhou, Szanghaju, a potem w Shaoxingu, czy nawet małym Zhoushan mogłem obserwować jak dzieciaki chińskie przesiąkają Starbucksem, a Starbucks modymi Chińczykami. Od samego początku te lokale stały się miejscami, gdzie ludzie nie wpadali na szybkie espresso oraz na kanapkę na ciepło, ale, żeby polegiwać godzinami na fotelach i sofach, grać w GameBoy’a, potem w PSP, a od kilku lat wykorzystywać coraz więcej możliwości coraz mocniejszych smartfonów. To paradoksalne, ale sieć Starbucksów wtopiła się w chińską rzeczywistość w pewnym sensie naturalnie. Nie było tutaj takich sytuacji jak w przypadku Pizza Hut, gdzie przez lata lokale świeciły pustkami, zanim Chińczycy przekonali się do spożywania tego czegoś ze smażonym serem na wierzchu.

Dzisiaj Starbucks posiada w Chinach 2800 lokali w 130 miastach . Dzisiaj nowy, kolejny lokal sieci w ChRL otwierany jest każdego kolejnego dnia.

Jak to się stało? Ludzie ze Starbucksa doskonale zrozumieli chińską specyfikę, lokalne potrzeby. Z jednej strony na przykład brak miejsc, gdzie bardzo młodzi ludzie mogliby spędzac wspólnie czas. Z drugiej to, że ci młodzi ludzie są głodni innej rzeczywistości, innego, tego obcego świata. I to wszystko Starbucks im dał. Przestrzeń do spędzania wolnego czasu bez ograniczeń i środowisko zupełnie inne niż te doświadczane przez pokolenie ich rodziców, dziadków. Specyficznie zaaranżowane wnętrza, ciekawa muzyka, mnóstwo praktycznych gadżetów i intrygujące, nowe smaki. A przy okazji możliwość pracy w miejscu fajniejszym niż na przykład KFC, czy McDonald’s. Właśnie piję kawę z kubka Starbucks kupionego przed Bożym Narodzeniem jakieś 10 lat temu w Suzhou. No właśnie: to również w tych lokalach przyjmowały się „nowe świeckie tradycje” jak X-mass, czy Valentine’s Day i wiele innych. A w efekcie firma zyskiwała dodatkowe okresy sprzedaży produktów specjalnych, począwszy od sezonowych rodzajów kaw, po urządzenia do parzenia kawy. Do robudowy sieci wciągnięto partnerów-franczyzerów, co nie było specjalnie trudne po sukcesie pierwszych lokali, a szczególnie po sukcesie chyba każdego kolejnego otwartego lokalu. Wszystko to zaś przy umiejętnym przeplataniu elementów chińskich z amerykańskimi. No i wedle konsekwentnie realizowanej strategii rozpisanej na lata.

W zeszłym tygodniu sieć zrobiła kolejny krok: 5 grudnia otwarto w Szanghaju największy lokal w Chinach: palarnię kawy z kawiarnią w jednym. Teraz to miejsce okupują tysiące ciekawskich. Mam nadzieję, że za miesiąc ciśnienie opadnie i będę tam mógł zajrzeć na dłuższą chwilę. Ciekaw jestem, czy znajdę tam ślad moje Babci i Mamy w zapachu kawy palonej, mielonej i parzonej. W zapachu mojego dzieciństwa. Ho, ho, ho, już zacieram ręce.

Leszek Ślazyk

.

.

.

.

.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close