Chiny subiektywnie

Prztyk od wikinga

A jednak stało się!

Potomkowie wikingów, w osobach 5 członków norweskiego parlamentu zasiadających w tajnym komitecie, wybrali z tegorocznej listy najbardziej niepoprawnego politycznie laureata Pokojowej Nagrody Nobla.

Wybór Liu Xiaobo i ogłoszenie tegoż wyboru przez przedstawiciela komitetu noblowskiego, było znakomitym kontrapunktem dla tygodnia pełnego obłudnych gestów europejskich polityków wobec odwiedzającej Europę delegacji rządu chińskiego z premierem Wen Jiabao na czele.

Usłyszeliśmy w mijającym tygodniu wiele podniesionych głosów naciskających Chiny w sprawie urealnienia wartości chińskiej waluty – yuana. Yuan, którego wartość jest zaniżona wobec euro i dolara o 20, 30, a wedle niektórych analiz nawet o 40% jest podstawą ciągłej konkurencyjności towarów Made in China. Konkurencyjności sztucznej, bo wynikającej z zafałszowanego kursu wymiany.

Tak, to prawda, że w Brukseli Chińczycy usłyszeli sporo zarzutów, gorzkich słów ze strony europejskich partnerów. Premier Chin nie raczył jednak zająć się tym problemem w jakiś szczególny sposób. Z charakterystycznym pobłażliwym uśmiechem skwitował całą sprawę lakoniczną odpowiedzią, że wartość chińskiej waluty nie będzie zależała od niczyich nacisków, jest bowiem suwerenną sprawą Chin. Europa – pouczył jednocześnie – zamiast przyłączać się do chóru malkontentów (czytaj: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej), winna raczej szukać źródeł problemu po swojej stronie (czytaj: przewaga chińskiego modelu socjalistycznej gospodarki rynkowej nad zachodnią formułą demokratyczno-kapitalistyczną). Wen oświadczył jednocześnie, że nadszedł czas, aby zrównać szanse gospodarek UE i Chin. Drogą do tego zrównania ma być zniesienie przez Europę ograniczeń importowych na pewne grupy towarów  Chin. Głównie z obszaru zaawansowanych technologii.

Można by zapytać za Szekspirem: „I jak się Wam podoba?”

Po wizycie w Brukseli, która zakończyła się maleńkim skandalem związanym z odwołaniem konferencji prasowej, Jiabao objechał kilka miejsc w Europie, żeby uścisnąć dłonie poszczególnych „krzykaczy” unijnych i podpisać wcześniej przygotowane miliardowe kontrakty. Angela Merkel obiecała chińskiemu premierowi, że Europa uzna Chiny za kraj gospodarki wolnorynkowej do 2016 roku. Sarkozy zadeklarował, że Francja nie będzie naruszała suwerenności Chin i w przyszłości zrezygnuje z żądania aprecjacji yuana. Berlusconi podpisał z Wenem kontrakty na 2,5 miliarda dolarów. Grecja wzięła 2 razy tyle, a Chińczycy obiecali wkrótce dołożyć Atenom jeszcze kilka miliardów. Na koniec Wen Jiabao odwiedził jeszcze Ankarę, która coraz silniej dryfuje na Wschód tracąc nadzieje na członkowstwo w UE i wzmocnił ten dryf kolejnymi miliardowymi kontraktami.

Chińczycy pozwolili swoim europejskim partnerom (w tym konkretnym kontekście słowo partner nabiera niesmacznych konotacji seksualnych) odegrać publiczny spektakl. Bo jak inaczej nazwać to święte oburzenie na niecne praktyki Chińczyków związane z zaniżoną wartością yuana, przy jednoczesnym wręcz niesmacznym wyciąganiu rąk po chińską gotówkę, która pozwoli na chwilę pozapychać różne dziury w budżetach?

W oczach opinii publicznej wilk syty (aleśmy tym Chińczykom nawtykali!) i owca cała (załatwiliśmy inwestycje, ludzie będą mieli pracę, kraj będzie żył dostatniej). Wszyscy zadowoleni.

Na bardzo odległym marginesie podróży chińskiej delegacji media europejskie i amerykańskie spekulowały kto zostanie w tym roku laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. Wiadomo było, że na liście kandydatów znajduje się nazwisko Liu Xiaobo. Znakomita większość komentatorów założyła, że Norwegowie przestraszą się gorącego oddechu chińskiego smoka, jak to barwnie zilustrował pewien amerykański żurnalista. Skoro cały świat stara się ułożyć jak najlepsze stosunki ze szczodrobliwym, znienacka wzbogaconym wujkiem znad Żółtej Rzeki, to przecież Norwegowie nie będą się wygłupiać. Przecież też chcą dobrze żyć z dobrotliwym, ale obrażalskim wujem. Ogłoszenie wyniku, najmniej prawdopodobnego w atmosferze ogólnej poprawności politycznej wobec Chin, zaskoczyło chyba wszystkich. Okazało się, że Norwegowie zdobyli się na przywrócenie Pokojowej Nagrodzie Nobla jej dawnej rangi i znaczenia.

Nagroda przyznana Liu nie skruszy podstaw Chin Ludowych. Łagodnym idiotą ten kto wierzy w takie historie. Werdykt komitetu noblowskiego nie jest ciosem dla Pekinu. Ale z całą pewnością jest piekącym prztyczkiem w nos, nie tyle bolesnym, co upokarzającym. Chiny miały u siebie olimpiadę, wybory Miss Świata, Expo, F1, wystrzeliły swojego kosmonautę w przestrzeń. Mając 1,3 miliardową populację nie zdobyły ani jednej nagrody Nobla w jej dotychczasowej historii. Wiadomo, że Pekin czynił od kilku lat zakulisowe starania o przyznanie tej nagrody któremuś ze swoich naukowców. Bez powodzenia. Pokojowa Nagroda Nobla została przyznana bez zabiegów ze strony Pekinu. W kategorii najmniej pożądanej, najmniej oczekiwanej. Przyznano ją obywatelowi Chin, który od grudnia 2009 roku odbywa 11 letni wyrok za głośną krytykę władzy. Władzy kraju, którego konstytucja w artykule 35 stanowi: „Obywatele Chińskiej Republiki Ludowej cieszą się wolnością słowa, prasy, zgromadzeń, stowarzyszania się, pochodów i demonstracji”.

Piecze nos Chińczyka od norweskiego prztyka. Pieką też nosy i uszy kilku ważnych figur europejskiej polityki. Nosy od prztyka, uszy ze wstydu.

Leszek Ślazyk

.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close