Chiny subiektywniePolskaTechnologie

Wuzhen, albo coś nam umyka

 

W zeszłym tygodniu miała miejsce międzynarodowa konferencja w mieście Wuzhen w prowincji Zhejiang. Z Chin poszedł przy tej okazji i na ten temat strumień, czy może raczej wodospad materiałów informacyjnych. A w Polsce cisza. Co to jest Wuzhen? A kogo jakieś Wuzhen obchodzi? Mamy tyle bieżących tematów na głowie… No właśnie. Te wszystkie bieżące tematy, tak ważne dziś, a tak nieistotne za 5 lat (stawiam dolary przeciwko orzechom), przesłaniają nam epokowe procesy, które zmieniają oblicze ziemi, tej ziemi. W Wuzhen, małej dziurze w prowincji Zhejiang odbyła się 4 Światowa Konferencja Internetowa. Udział w niej wzięli najważniejsi ludzie światowego Internetu, a błogosławił im – oczywiście – via Internet sam Xi Jinping.

 

Do Wuzhen przyjechali szefowie internetowych gigantów ChRL, wielkiej Trójcy: Alibaba, Tencent i Baidu. Przyjechali także goście ze świata. Między innymi Tim Cook (Apple), Jimmy Wales (Wikipedia), Reid Hoffman (LinkedIn), Vaughan Smith (Facebook), Sundar Pichai (Google). Ci dwaj ostatni wzięli udział w wydarzeniu pomimo powszechnie znanego faktu, że serwisy, którymi zawiadują, są w Chinach zablokowane. A pomimo to przyjechali, przemawiali, udzielali się medialnie. W Polsce o tym wydarzeniu nie wspomniał w zasadzie nikt oprócz Chińskiego Radia Międzynarodowego. No, ale oni raczej z obowiązku.

 

Dla wszystkich zaangażowanych w rozwój technologii IT staje się jasne, że Chiny to najważniejsze miejsce rozwoju tej dziedziny w skali świata. Dzieje się tak ze względu na determinację władz, które wskazują kierunki firmom państwowym, jak i tym „prywatnym” (za takie na Zachodzie uważane…), a także przez wzgląd na środki inwestowane w badania i rozwój nowych technologii. Nie trzeba być wybitnie uzdolnionym specjalistą IT, żeby rozumieć, iż dla wszelkich nowych technologii cyfrowych najważniejszym medium i środowiskiem jest Internet. Na rozwój Internetu, jak i wszystkich technologii z nim związanych i z niego wynikających władze ChRL kładą konsekwentnie nacisk od lat. Zdają bowiem sobie sprawę, że Internet to ekosystem, w którym, i dzięki któremu nowe rozwiązania mogą powstawać i istnieć. Z tych powodów 4 Światowa Konferencja Internetowa w Wuzhen stała się wydarzeniem o randze światowej dla całej branży IT. Ale nam jako państwu i społeczeństwu to jakoś umknęło. Ani instytucje państwowe, ani firmy prywatne rzeczą bliżej się nie zainteresowały. Być może czegoś nie wiem, czegoś nie zaobserwowałem. Być może ktoś „od nas” wziął w wydarzeniu udział, dyskretny taki, bez rozgłosu. A być może nie zainteresowało to nas ponieważ odkryliśmy swoją własną, alternatywną drogę rozwoju, a jak ją znienacka ujawnimy to wszystkim pójdzie w pięty. Nie wiem.

 

Wiem jednak, że w czasie trwania 4 Światowej Konferencji Internetowej i tuż po niej Chińczycy zaprezentowali między innymi:

  • autonomiczny sklep Alibaby, odpowiednik naszej (naszej???) Żabki, tyle, że w pełni zautomatyzowany, z płatnościami – jakżeby inaczej – AliPay

  • autonomiczne, elektryczne autobusy, które przechodzą testy w Shenzhen

  • autonomiczny statek oceaniczny „Great Intelligence”

  • plan budowy floty samochodowej przez DiDi (taki Uber, tylko lepszy) na bazie chińskich samochodów elektrycznych

  • oficjalna informację o powiększeniu w skali 12 miesięcy swojego potencjału energii fotowoltalicznej o 67%

  • uruchomieniu produkcji pływającej siłowni jądrowej (statek-elektrownia)

 

Podczas swojego wystąpienia w trakcie Konferencji Jack Ma, twarz (bo raczej nie właściciel w rozumieniu zachodnim) koncernu Alibaba powiedział:

 

„Zagraniczne firmy [IT oczywiście] są zdeterminowane, aby wejść [na tynek chiński]. Przestrzegajcie reguł i prawa, a jeśli nie jest Wam z tym wygodnie, to po prostu odejdźcie. To [Chiny] nie jest rynek, gdzie się ot tak sobie przychodzi i odchodzi.” [L.Ś.]

 

Wypowiedź Jacka Ma jest znamienna. Dzisiaj to Chiny zaczynają stawiać warunki, na które przystają najwięksi i najsilniejsi. To raz. I pomimo bardzo kurtuazyjnych deklaracji, bardzo dyplomatycznych tamtejszych oficjeli Chin dzisiaj nie interesują kury, mleko, czy ziemniaki. Nie mają dla nich znaczenia kluczowego. Chiny są zainteresowane tym, co da im przewagę w niedalekiej przyszłości, czyli nowymi technologiami. To dwa.

 

Jeśli nie potrafimy im niczego w tym obszarze zaproponować, to ustawmy się w kolejce, gdzieś pomiędzy Gabonem i Kolumbią z tymi jajami i cebulą.

 

Coś nam umyka. Świat się zmienia, gna do przodu. A tempo narzucają Chiny. Czy się to komu podoba, czy nie.

 

Podobna zmiana jakościowa świata miała miejsce pod koniec XVIII wieku. Do tamtego czasu gospodarka wielkich państw europejskich bazowała na rolnictwie i łupiestwie (pod hasłem kolonizacji). Europa sadziła, zbierała i łupiła sobie przez setki lat, aż tu nagle pojawił się wynalazek turbiny parowej. Taka fanaberia modnych w okresie Oświecenia eksperymentatorów. Fanaberia, która wywróciła świat do góry nogami: wypchnęła wielkie masy ludzkie ze wsi do miast, zrewolucjonizowała tradycyjne metody wytwarzania i gospodarowania, zmieniła tradycyjne struktury społeczne dając impuls dla powstania zupełnie nowych warstw społecznych (robotnicy, burżuazja), idei politycznych, a nawet zdefiniowania pojęcia narodu. Ta fanaberia pozorna sprawiła, że państwa, które zrozumiały doniosłość wynalazku, wyrwały się przed inne, rozwijając się gwałtownie podczas rewolucji przemysłowej. Skupioną na sobie, poszarpaną prywatnymi interesami Rzeczpospolitą turbina parowa nie zainteresowała w ogóle. Rozległa terytorialnie (a nie „Wielka”!), słaba wewnętrznie, zacofana gospodarczo wreszcie upadła. Nie padła od kul najeźdźców. Po prostu padła jak zajechana przez tępego woźnicę chabeta. Sąsiedzi zagospodarowali trupa.

 

Dzisiaj nie ma wątpliwości co do tego, że wielkimi krokami nadchodzi nowa era. To już się dzieje. Za 5, 10, 15 lat wiele zawodów zniknie, wiele obszarów dzisiaj kojarzonych z praca ludzką przejmą inteligentne programy komputerowe, roboty, złożone konglomeraty maszyn mechanicznych zespolonych z cyfrowymi. Przygotowania do tej zmiany trwają i zatrzymać może je wyłącznie katastrofa, konflikt, coś, co cofnęłoby całą ludzkość o setki lat jej rozwoju. Jeśli jako państwo nie weźmiemy czynnego udziału w tych przemianach, jeśli będziemy stać biernie z boku, przestaniemy się liczyć. Gospodarczo, politycznie, jakkolwiek. A w takich okolicznościach to czy nasza historia z końca wieku XVIII się powtórzy nie będzie już zależeć od nas.

 

Leszek Ślazyk

.

.

.

 

.

..

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Wuzhen, albo coś nam umyka”

  1. Dziękuję za objawienie Chińskiego Radia Międzynarodowego :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close