Chiny subiektywnie

You don’t understand China, czyli bez zmian

Fakt. Nie rozumiem Chin. I konia z rzędem temu kto rozumie. Nie na niby, tak dla jaj, tylko tak całkiem na serio. Kto rozumie Chiny i wie o co im chodzi.

Jeśli Chiny Ludowe dorobiły się swojego Marcellusa, to już go nie mają. Rozbił sobie łeb w drebiezgi spadając z zamkowego tarasu. Chiński i ludowy Horacy zepchnął go z wieży mając po dziurki w nosie słuchania od rana do wieczora, że „widno jest coś chorobliwego w państwie duńskim”.  Eeee…. chińskim.

W tej chwili już wyłącznie łagodni idioci, albo szalbierze twierdzą publicznie, że w Chinach wszystko jest w porządku, że w Chinach wszystko gra. Ci, którym Chiny Ludowe z różnych powodów są bliskie nie mają wątpliwości: Państwo Środka wchodzi w okres silnych turbulencji. Przed wszystkim ekonomicznych, a w konsekwencji pewnie i innych, wszelkiej maści niemiłych sensacji.

W Chinach Ludowych od 1992 roku wszystko jest nowe, pionierskie. Każda kolejna zmiana, która zaszła w państwie miała charakter rewolucyjny. Kondensacja tych rewolucji zaskutkowała fenomenem rozwoju gospodarczego nieznanego współczesnemu światu: od peletonu krajów zacofanych do drugiej gospodarki świata. A według ostatnich raportów Banku Światowego, The Economist, czy The Financial Times już przed końcem bieżącego roku pierwszej.

Dla osobników podobnych do niżej podpisanego tam gdzie akcja, tam i reakcja, tam gdzie sukcesy, tam i koszty. Coraz częściej w mediach chińskich pobrzmiewa pytanie: co dalej? Bo czy po zajęciu pierwszego miejsca można się gdzieś dalej wdrapywać, z kimś ścigać? Czy tez raczej spodziewać się, że ktoś mocniej naciśnie pedały, żeby wyprzedzić? Wszak co w warunkach ziemskich wzleciało ku niebu, prędzej, czy później spaść musi. Grawitacja jest bezwzględna. Ta dosłowna, jak i ta przenośna.

Chiny zajmą pierwszą lokatę na podium największych gospodarek świata. Ale czy to znaczy, że są największym, najpotężniejszym państwem świata? Tak zdaje się sugerować całe zamieszanie wokół PKB, wokół prymatu ekonomicznego. Po II wojnie światowej tak się porobiło, że orężem stały się pieniądze. Skutecznym. Wszak to starcie się ze sobą gospodarek USA i ZSRR spowodowało, że Związek Radziecki żyje wyłącznie w głowie Putina i jego rosyjskich fanów. Na mapach oraz realiach geopolitycznych już go nie ma. Ten casus natchnął ostatecznie Deng Xiaopinga do zmiażdżenia partyjnego betonu w 1992 roku i „otwarcia” ubogich Chin Ludowych na strumienie łatwych pieniędzy z całego świata. Chiny dzisiaj mają największą gospodarkę świata, ale nie są najpotężniejszym państwem na Ziemi. Są państwem, które czeka zapłacenie za dotychczasową bezwzględna pogoń za PKB. Bank Światowy zaczął te koszta liczyć. Okazuje się, że sam problem smogu kosztuje Chińczyków ekwiwalent 1,54%, zaś degradacja środowiska naturalnego to już równowartość 3,9% chińskiego PKB. Do kwestii związanych ze środowiskiem naturalnym Chin Ludowych od razu można dorzucić kwestię zanieczyszczonych gleb (według „łagodnych” danych opublikowanych przez China Daily 20% gruntów rolnych Chin to gleby stracone dla rolnictwa) oraz zatrutych wód (ponad 70% rzek, jezior, wód gruntowych i zasobów głębinowych. W tym pokaleczonym środowisku żyją ludzie. Bank Światowy nagle zaczął zwracać uwagę również na nich. Na to, że Chińczycy Ludowi na skutek zbyt gwałtownych przemian są zagubieni społecznie, utracili kontekst kulturowy, jako społeczeństwo ulegli podziałom ekonomicznym, cywilizacyjnym, pojęciowym.

Pekin pod przywództwem Xi Jinpinga zajął się porządkowaniem państwa w kontekście utrzymania władzy. Władzy, którą odebrać może lud. Wystarczy przecież, że po stronie ludu stanie armia z generałami zainteresowanymi przywództwem w państwie. Xi zdawał i zdaje sobie sprawę, że jedna z drzazg w społecznym oku jest wszechobecna korupcja elit partyjnych. Korupcje zaczęto tępić. Szczególnie wśród przedstawicieli frakcji partyjnych wrogich wobec stronnictwa prezydenta. Po korupcji przyszedł czas na prostytucję. Efekt zaledwie rocznej kampanii jest co najmniej zaskakujący. Owszem, notowania centrali nieco poszły w górę, ale za to na ryj poszły takie parametry jak na przykład sprzedaż alkoholu. Okazało się, że najefektywniejszymi przedstawicielkami handlowymi firm od napojów wyskokowych były prostytutki nakłaniające swoich klientów do „kilku głębszych”. Spadła też konsumpcja, bo beneficjenci układów korupcyjnych przestali wydawać pieniądze na lewo i prawo. Żeby nikogo w oczy nie kłuć.

Pekin informuje o różnych projektach mających spowodować nieustający napływ inwestycji zagranicznych. W tym samym czasie uruchomienie firmy w Chinach staje się coraz trudniejsze. Rosną bariery biurokratyczne, podnoszone są minima dotyczące kapitału. Pojawiają się kuriozalne przepisy wizowe. Z jednej strony Chiny otrąbiają triumfalnie wprowadzenie w Pekinie i Szanghaju możliwości bezwizowego wjazdu do Chin na 48 lub 72 godziny. Z drugiej wprowadzają coraz bardziej kuriozalne przepisy wizowe, z których mistrzostwem świata jest zapis (obowiązujący od 5 maja), że wizę chińską może otrzymać wyłącznie posiadacz takiego paszportu, w którym są co najmniej 3 czyste (wolne od wiz i pieczęci przekroczenia granicy) kartki. Nie, nie strony. Kartki. W dobie coraz powszechniejszych paszportów biometrycznych to brzmi jak zarządzenie z Monty Pythonowskiego Ministerstwa Głupich Kroków.

Jak już kiedyś wspomniałem jestem przekonany, że Pekin pichci na małym ogniu kilka wersji „leku na całe zło”. W tradycji KPCh funkcjonuje od zarania Republiki Ludowej patent na odwracanie uwagi od spraw „delikatnych”. Jeden ze współczesnych patentów specjalistów partyjnych od socjotechnik też ociera się o Monty Pythona. Ociera się do krwi. Chodzi mi o kolejny atak „terrorystów z Xinjiangu”, którzy nożami zaatakowali pasażerów na dworcu w Guangzhou.

Czemu sobie pozwalam pokpiwać z tak tragicznego incydentu (trzeciego zresztą w ostatnich tygodniach)? Dlatego, że forma tych „zamachów” wydaje mi się absolutnie pozbawiona sensu. Jak działanie Brygady Samobójczej z Żywota Briana.

Chiny to kraj, w którym funkcjonują tysiące kopalń, tysiące kamieniołomów, tysiące innych miejsc, w których o dostęp do wszelakich ładunków wybuchowych jest niezwykle łatwo. Organizacja terrorystyczna, islamska,  inspirująca się i inspirowana przez terrorystów z Bliskiego Wschodu z pewnością nie „marnowałaby” swoich bojowników na ataki z maczetami. Nie trzeba wielkiej wyobraźni aby uświadomić sobie jak straszny byłby atak tych 10 zamachowców z Kunmingu wyposażonych nie w noże, a ładunki wybuchowe przyczepione do ciał. Działania ludzi z nożami i maczetami są łatwiejsze do przewidzenia, niż działania materiałów wybuchowych do nich przyczepionych. Kiedy słyszę o kolejnym zamachu, to tak jak w przypadku pierwszego w lutym, wewnętrzny głos podszeptuje mi, że środki użyte przez „terrorystów” nie przystają do charakteru i celu akcji terrorystycznych organizacji muzułmańskich, a także przypomina mi o wielu podobnych przypadkach z najnowszej historii Chin. Chodzi mi o sytuacje, gdy osoba nie mająca wielu możliwości wyboru przystawała na rozwiązanie pozbawiające ją życia w zamian za gwarancje roztoczenia opieki nad bliskimi. W zamian za pieniądze. W zamian za paszporty dla krewnych. W zamian za coś najważniejszego w życiu.

Nie rozumiem Chin. Ale pomimo to nie przestają mnie fascynować. Gorzej. Ta fascynacja się pogłębia.

 

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close