Chiny subiektywnie

Z Chin Aeroflotem,

albo czego czynić nie należy

Po raz kolejny w tym roku poniosło mnie do Chin. Ale dzisiaj nie chcę pisać o celu tej wizyty, o jej treści i nieoczekiwanych skutkach (o tym niebawem), tylko o tym, że jeśli Czytelniku Drogi pragniesz przygód i dreszczyku emocji, to lataj Aeroflotem. Aeroflotem

Dawno już nie korzystałem ze specyficznych usług tego przewoźnika, który zawsze o sobie mówił (i mówi), że jest przewoźnikiem czterogwiazdkowym. W latach 90-tych latałem Aeroflotem  z wielu przyczyn, m.in. dlatego, że z Polski do Chin przez Moskwę leci się najszybciej, jak również dlatego, że Aeroflot zawsze miał regularne połączenia z Pekinem, Szanghajem, Kantonem i wieloma innymi chińskimi miastami, zazwyczaj w najlepszych cenach. Ale kiedy tylko pojawiły się nowe opcje, dobre, regularne połączenia oferowane przez SAS, KLM, Lufthansę zacząłem z nich korzystać, pomimo tego, że były nawet o 20-30% droższe, a przeloty związane z przesiadkami w hubach w Europie Zachodniej o kilka godzin dłuższe. Za to nie wiązały się z większymi emocjami. Tych Aeroflot zawsze dostarczał ponad miarę. Zawsze były jakieś akcje z bagażem. Walizki się nie zawieruszały, tylko były obrabowywane. Mniej więcej co trzeci lot trzeba było kupować nową walizkę. W tych „fancy” plastikowych walizkach, co to miały być najmocniejsze na świecie, mili panowie z obsługi lotniska Szeremietiewo 2 wyłamywali zamki. W tych „materiałowych”, których zacząłem używać , bo miałem nadzieję, że „szmaciaki” nie będą przyciągać uwagi panów z Szeremietiewa 2, wycinano otwory, lub boki cięto na krzyż, żeby wyjąć coś tam ze środka. Stałą ciekawostką był fizyczny cud: zdeflorowane walizki badane na lotnisku docelowym były cięższe niż przed bezdyskusyjnym, jawnym aktem przemocy potwierdzonym albo połamaniami, albo ranami ciętymi. Niespodzianka: na lotnisku w Warszawie walizka ważyła 19 kilogramów, a rozpruta i bez kilku istotnych rzeczy, które wcześniej do niej zapakowano, na lotnisku docelowym, do którego dotarła via Moskwa ważyła 23 kilogramy. „Nie mamy pańskiego płaszcza i co Pan nam zrobi?” Aeroflotem

Za chwilę lecimy. Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…. Aeroflotem

Serwis na pokładzie samolotu Aeroflotu stanowił osobną historię. Frontem do klienta stały podówczas niewiasty, które umykały cieleśnie powszechnemu kojarzeniu słowa „stewardesa”. Monumentalne kobiety słusznego wzrostu o obwodach bicepsów większych niż posiadają słuszne męskie uda i o łydkach niczym piłki do kosza zawsze i wszędzie serwowały na śniadanie, obiad i kolację „chołodnuju kuricu” i „raznyje napitki”, nie wdając się z PT Klientami w zbędne gadki, zwłaszcza w językach różnych od rosyjskiego. W przerwach pomiędzy rozrzucaniem tacek z jedzeniem, panie miały nieczynne. Każda zaczepka nierozgarniętego pasażera, typu „can I get some water”, albo „niemnożka wody dajtie pażałsta” kwotowana była puszczeniem lodowych promieni z oczu, wzruszeniem ramionami i oburzonym fuknięciem. W końcu woda była zawsze w kranie w toalecie, co nie? To co w tamtym czasie definitywnie różniło samoloty Aeroflotu od wszystkich innych na trasie z Europy do Chin to możliwość palenia papierosów (w tyle kabiny pasażerskiej, aczkolwiek każdy fotel wyposażony był w ukrytą w oparciu wysuwaną popielniczkę), jak również nabywania przyzwoitych alkoholi w cenie analogicznej do tej w sklepach wolnocłowych na lotnisku w Moskwie. Czyli litrowa flaszka dobrej whisky za 9-12 dolarów. Oczywiście z opcją natychmiastowej konsumpcji. Tej ostatniej sprzyjała świadomość stanu technicznego samolotów, którymi Aeroflot latał pa Europie i po świecie. Raz udało mi się trafić do TU-152, w wersji salonka. Wewnątrz kabiny były stoliki, część foteli zainstalowana tyłem do kierunku lotu, wnętrze wymalowane olejną, z pędzla. W czasach świetności maszyna służyła w którymś z państw „demokracji ludowej” jako samolot rządowy. Kiedy ja nim leciałem, ledwo ciągnął. Trzej współpasażerowie z Niemiec jeszcze przed startem zamówili u stewardesy, która kiedyś zapewne trenowała pchnięcie kulą i żonglerkę piłkami lekarskimi trzy butelki Martell XO, które wtrąpili z eleganckiego gwinta, zanim osiągnęliśmy wysokość przelotową. Aeroflotem

Jak wspomniałem, dałem sobie spokój z tymi wszystkimi uroczymi przyjemnościami, kiedy tylko inne opcje stały się dostępne. Jakieś 10 lat temu, nie pamiętam już z jakich dokładnie pobudek, ale prawdopodobnie chodziło o jak najkrótszy czas przelotu w obie strony, złamałem dane sobie kiedyś słowo i ponownie poleciałem Aeroflotem. Klapsa dostałem natychmiast. Do Szanghaju z Warszawy leciałem dwie doby (w Moskwie zebrała się zbyt mała liczba pasażerów do Szanghaju, więc przetrzymano nas jeden dzień na lotnisku, żeby zebrać ich więcej, wszystko pod hasłem „problemów technicznych”), wracałem niemal trzy. Tym razem po bezproblemowym check-in, przekroczeniu granicy (immigration) i security check dotarłem do oznaczonej na karcie pokładowej bramki, żeby dowiedzieć się od rosyjskiej przedstawicielki Aeroflotu, że samolot już wyruszył do Moskwy. Godzinę przed czasem. Widziałem przez szyby terminalu Pudong Airport, jak sobie kołował ku pasowi startowemu. Oczywiście najpierw przyjąłem za pewnik, że to moja wina, że z jakiegoś powodu dotarłem do bramki za późno. Nie, przed wyznaczonym czasem. No, to co do….? „Ach, była duża grupa, w sumie zostało mało miejsc, no to polecieli szybciej. Ale bez nerwów, poleci pan następnym. Nasza linia lotnicza to panu gwarantuje.” „A mój bagaż?” „Został wyjęty z samolotu i będzie na pana czekał na hali odlotów.” No właśnie: „a jak ja się dostanę do hali odlotów, kiedy już przeszedłem kontrolę graniczną, kiedy wyczerpałem liczbę dozwolonych przekroczeń granicy ChRL?” To się też załatwiło. Trwało tyle, że podróżowałem do Warszawy prawie 3 doby, zamiast 11 godzin z przesiadką w Moskwie. Z Szanghaju leciałem IŁ-96, rosyjską odpowiedzią na Boeingi i Airbusy. Aeroflotem

Wnętrze IŁ-96

W pewnym momencie pilot rzucił po rosyjsku: „turbulencji budut”, stewardesy natychmiast porzuciły roznoszenie posiłków i napitków, zajęły swoje miejsca, po czym samolot wykonał serię rzutów na dziób. Hiszpańska wycieczka, z którą leciałem popadła w histerię, i już do końca lotu wyciągała z włosów „chołodnuju kuricu” z groszkiem, mamrocząc hiszpańskie modły, ściskając w palcach żarliwie złote medaliki i krzyżyki wiszące od dnia chrztu na hiszpańskich szyjach. Kiedy wylądowałem na ojczystej ziemi poprzysiągłem sobie, że nigdy więcej. Do wczoraj trwałem w postanowieniu konsekwentnie. Aeroflotem

Tak się złożyło, że „tą razą” leciałem do Chin na zaproszenie China Advanced Semiconductor Industry Innovation Alliance (CASA) – o tym niebawem – ludzie z tej instytucji organizowali całą moją podróż, a na jej ostatni etap, odcinek z Szanghaju do Warszawy, zarezerwowali bilety w Aeroflocie…. Jak to mówią: „darowanemu koniowi….”. „Co tam – pomyślałem – na pewno wszystko się zmieniło. No tamte samoloty to już na pewno powyzdychały, kurczę….”. I fakt, samolotów marki IŁ nie ma już w serwisie Aeroflotu w Chinach. Są maszyny Airbus oraz Boeing, Aeroflotem

Samolot Aeroflotu na lotnisku Shanghai Pudong

ale daleko im do standardu tych, które latają w barwach Lufthansy, Finnairu, nie mówiąc już o operatorach bliskowschodnich. Rosjanie zdają się kupować wersje minimum. To oznacza między innymi i fotele o rozmiarach i wykończeniu przypominającym te z IŁ-62, a także bardzo już anachroniczne indywidualne centra rozrywki. To jakby w czasach Play Station 4 musieć wrócić do Pegasusa z lampowym telewizorem. Ale nic to. Rzecz, która rzuciła mi się jako pierwsza w oczy to stewardesy nowej generacji. Zdecydowanie ładniejsze i smuklejsze od onegdajszych, ale za to na większym wkurwie. Panie w granatowych mundurkach i granatowych furażerkach po prostu z zasady się nie uśmiechają, zdają się nienawidzić swojej roboty, no i tej całej hałastry przewalającej się przez samolot. Zająłem swoje miejsce na wysokości skrzydeł (tu lubię, bo nie ma tak dojmującego huku silników podczas lotu), niestety oznaczone literką „B”, a więc pomiędzy „A” (okienko) i „C” (korytarzyk). „A”, moje ulubione, było tym razem nieosiągalne. Kiedy tylko na końcu korytarza pojawił się Człowiek-kula, wiedziałem, że będę go miał za sąsiada. Człowieki-kule zawsze chodzą w spodniach od dresu i T-shirtach, które pomimo rozmiaru pierdyliardXL ujawniają pępuszek, w którym przedszkolak może zaginąć bezpowrotnie. Chodzą sapiąc, a ponieważ i nos mają wypełniony tkanką tłuszczową, oddychają przez rozchylone usta, z lekko powisającą dolną wargą. Człowieki-kule mają też na łokciach modzele, co mnie zawsze wprawia w osłupienie, bo wyobraźnia moja natychmiast mknie w rejony niesmaczne. (Modzele to takie narośla na psich „łokciach” wynikające z dysproporcji pomiędzy bieganiem na dworze, a leżeniem w kojcu, na fotelu, na kanapie, czyli przewagi niezdrowego nad zdrowym.) Dotarł do mojego rzędu, spojrzał smętnie na fotelik, zdjął plecaczek, który wyglądał na nim jak doczepiana brodawka i zaczął operację zajmowania miejsca. A ja zacząłem operację opuszczania ciała przez duszę. Człowieki-kule nie mieszczą się w swoich fotelach, zwłaszcza tak wąskich i rozlewają się na boki. W tym przypadku trochę na korytarzyk, trochę na mnie. „Mój” zaczął od wyregulowania pasa. Podniósł go z siedzenia fotela i przesunął klamrę do samego końca szerokiej taśmy. Po czym wykonał wypracowany obroto-wślizg i wbił się w „C”. Klamra pasa kliknęła głucho, gdzieś tam pod fałdami. Potem nastąpił proces odwrotny, bo pojawił się pasażer „A”, rosły Chińczyk, o wyraźnie mongolskich korzeniach. Sandwicz: Człowiek-kula / ja / rosły Chińczyk. Przygoda, przygoda. Odczekaliśmy chwilę, jak to na Pudongu, tłok na pasach, sznurek samolotów w kolejce do startu – polecieliśmy. Chińczyk pobekiwał i popiardywał, i koniecznie musiał odwracać się, żeby pogadać po mongolsku z kolegami z tyłu. Człowiek-kula dyszał, jakby to on machał skrzydłami i sprawiał, że te około 400 osób wraz z bagażami (23 kilo walizki + 10 kilo plecaka na głowę) leciało chyżo do Moskwy. Stewardesy na wkurwie, większym niż przed lotem podawały napoje, potem „kuricu ili rybu”, Człowiek-kula poprosił o obie opcje. Ponieważ przez spektakularne brzuszysko nie mógł rozłożyć stolika, a tylko go lekko odchylić, korzystał zeń jak z kieszonki, z której wygrzebywał i rybu i kuricu i wszystko co im towarzyszyło. Mongoł jeszcze intensywniej bekał i pierdział, co chwilę coś mu tam wypadało, kiedy się odwracał ku kumplom z jurty, zawsze z rąk mu leciały jakieś mokre i tłuste tegesy wprost na moje spodnie. Stewardesy wkurwione, ja wkurwiony, odchyliłem oparcie na maksa, wkurwiając pasażera za mną (klął po mongolsku) i zasnąłem. Wkurwiony. Obudziłem się jeszcze bardziej wkurwiony, bo zgrzany jak hodowlana fretka trzymana pod rzejącym halogenem. Rosły Chińczyk i Człowiek-kula przekazywali mi swymi ramionami naruszającymi moją przestrzeń wyznaczaną oparciami mojego fotela nadmiar ciepła swych ciał, służyłem im za radiator. Na szczęście okazało się, że do celu mamy zaledwie nieco ponad godzinę. Dałem radę. Pomógł Stanisaw Dygat i jego "Podróż". Kiedy Człowiek-kula podniósł swoje dupsko, które przez 9 godzin nabrało kształtu fotela śpiewałem całym sobą: „ W zyciu piękne są tylko chwile….”. Niemal płakałem ze szczęścia. Aeroflotem

Ale to trwało tylko chwilę…. Mocno nadszarpniętym zębem czasu rękawem dotarliśmy z samolotu do budynku lotniska. Deja vu. Nic tu się nie zmieniło od 1994, w którym to po raz pierwszy leciałem do Chin. Wszystko dokładnie takie samo. Oprócz dwóch drobiazgów. W 2018 roku samoloty latające na trasach międzykontynentalnych przewożą od 300 do 850 osób każdy (IŁ-62M brał ok. 180 pasażerów, a i tak zazwyczaj połowa miejsc była wolna). W 1994 roku na punkcie tranzytowym pracowało 4 oficerów pograniczników, dzisiaj 1. Jeden człowiek sprawdza mozolnie paszporty kolejnym setkom pasażerów wylewających się z samolotów docierających do terminala co kilka, kilkanaście minut. Tłum, który próbuje się przedostać przez jedno, wąziutkie gardełko.

Ku pojedynczemu okienku rosyjskiego "Immigration"

Interwencja kobiet z obsługi lotniska: „Who to Warsaw?” pytają z akcentem Borata i każą się pchać. Się pchamy. Potem jest security check. Normalnie trzeba osobno komputerek, wszystkie posiadane telefony i powerbanki, osobno plecaczek z kabelkami i dyskami, osobni pasek u kurteczka. Tu zaś wszystko w jedną kulę, do kuwety, przez maszynę, której operatorka akurat radzi sobie z poważniejszym niż robota kryzysem, bo nadłamała imponujący pazur, jakiś suchy dziadek leśny w za dużym mundurze i sporą ilością promili (pewnie, żeby ze stresem sobie radzić) pokrzykuje ochoczo: „kip gołing, kip gołing” ujawniając spore niedostatki górnego uzębienia. Od punktu kontrolnego do bramki  do Warszawy świńskim truchtem 35 minut. Autobus. Samolot. Stewardesy na linii europejskiej Aeroflotu dech zapierają. Serio. Ta wyglądająca jak przebrana w granatowy mundur modelka z okładki Vogue nawet delikatnie się uśmiecha. Tylko to logo na furażerce, z sierpem i młotem jakoś razi, szczypie w oczy, ale wyjaśnia zarówno stosunek stewardes do pasażerów, i jakość serwisu, i totalny brak organizacji na lotnisku. Aeroflotem

Obrazek niczym z mojej książki do języka rosyjskiego za czasów tow. Gierka

Rosja dzisiejsza to taki nieco odmalowany Związek Radziecki, w nim szuka ona swojej legitymizacji, na nim zasadza swoje mniemanie o własnej wadze w świecie współczesnym. Dlatego też jeśli możemy wybrać się do Chin, to skorzystajmy z usług przewoźnika, który w działaniu opiera się o inne wzorce. Może jednak nie Aeroflotem. Szkoda zdrowia. Ale jeśli ktoś lubi przygodę i dreszczyk emocji….. Bez konieczności zapisywania się do klubu "BONUS". Aeroflotem

Mam całą kolekcję przeżyć z Aeroflotem bez zapisywania się do programu BONUS. A co się musi dziać, kiedy człowiek się tam zapisze?

Aeroflotem Aeroflotem Aeroflotem

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close