Chiny subiektywnie

Zatomizowane społeczeństwo, czyli Chiny w proszku

Co jakiś czas nurtuje mnie pytanie dotyczące zawziętości dużej części analityków przejawiającej się w nieustannym stawianiu nietrafnych tez na temat perspektyw rozwoju gospodarki Chin. Zresztą nie tylko Chin. Świata w ogóle. Borykając się mentalnie z nadchodzącą nieuchronnie polską złotą jesienią, której szczerze nie lubię, doszedłem do oczywistego wniosku. Analitycy utracili możliwość właściwej oceny sytuacji. Stało się tak dlatego, że stali się "wąskimi specjalistami". Tak bardzo skupili się na szczegółach, że zniknął im z oczu ogół.

Za dawnych dobrych czasów (tak się mówi, ale zazwyczaj owe czasy nigdy nie były jakieś specjalnie dobre, lepsze niż obecne, tylko się łatwiej wchodziło na 5 piętro) ekonomia traktowana była jako nauka społeczna, humanistyczna. Wyczyny specjalistów od finansowych przewałów i usług wszelakich, które rozpowszechniły się w świecie zachodnim pod koniec lat 80-tych XX wieku spowodowały w ciągu następnych 30 lat ogromne przewartościowania w obszarze tej nauki. Dzisiaj zdaje się, że ekonomia dla wielu jej wyrobników jest praprzyczyną, a nie efektem. Ludzie wydają się być pochodną ekonomii, a nie odwrotnie. W takim widzeniu świata utwierdzają nas codziennie banki, które miast służyć swoim klientom działają wyłącznie dla swoich korzyści szkodząc tym, których pieniądze zasysają.

Takim istotnym miernikiem zmian może być chociażby określanie ludzi pracujących. Dzisiaj mówi się o zasobach ludzkich, nie o pracownikach i pracodawcach. Jesteśmy zasobami, jak węgiel kamienny, ławice dorsza, czy spławne rzeki. Tak nas widzą (i siebie samych!) ekonomiści obecnych czasów. Z tego spojrzenia na świat, przez pryzmat monitora LCD z różnymi wykresami, wynika cała bieda współczesności.

Dzisiejsza ekonomia nieświadomie zakłada, że skoro jesteśmy zasobami, to działamy w bardzo prosty, przewidywalny sposób. Pojawia się czynnik A, my wykonujemy zespół działań A'. Pojawia się czynnik B, a my już zaczynamy przystępować do cyklu czynności B'. Wystarczy posłuchać dowolnej wypowiedzi polityka z Polski, Chin, USA, żeby to usłyszeć.

Być może jesteśmy zasobami. A niech tam. Tylko, że mamy swoje głupie narowy. Wynikają one z wielu czynników. Czynią nas zupełnie różnymi od "zasobów" kanadyjskich, francuskich, egipskich, czy wreszcie chińskich. Każda nacja ma jakąś tam swoją szajbę, jakąś tam sieczkę w głowie wspólnej, stworzoną przez kulturę danej społeczności: kształt relacji międzyludzkich, obyczaje, religię, system wartości. Czynnik A inaczej działa w Polsce, a inaczej – niestety, czy może stety – w Chinach. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to ładuje na minę siebie, swoich naiwnych inwestorów, a koniec końców nas wszystkich, no bo przecież ktoś za oną arogancję zapłacić musi. Nie ma to tamto.

Chiny jako społeczeństwo uległy w ostatnich 30 latach ogromnym przeobrażeniom. Iście rewolucyjnym. Jednak mało który z dzisiejszych nerwusów podłączonych do systemów obserwujących światowe giełdy zadaje sobie trud przeczytania jakiejkolwiek książki na temat Chin przed rokiem 1978. Przed tą datą Chińczycy przeżywali niezwykłą ilość eksperymentów, które pozbawiły ich możliwości uczenia się, zarabiania pieniędzy, normalnego życia. Kraj niszczyły wojny, rewolty, rewolucje, kampanie ideologiczne. Niszczyły też ludzi.

Dzisiaj Chińczycy stanowią absolutnie nietypowe społeczeństwo. Wielu specjalistów od wprowadzania demokracji gdzie się da, cieszy się niemożebnie z pojawienia się w Chinach powiewu cyfrowej wolności, portali takich jak Weibo, które dają możliwość niezależnego komunikowania się mieszkańcom tego kraju na obszarze miejscowości, powiatu, prowincji, całego państwa. Tyle tylko, że ta możliwość nie spowodowała czegoś co pojawiło się na przykład w krajach arabskich w ramach tzw. "arabskiej wiosny": Chińczycy nie zaczęli działać w realu. Owszem, pomstują, wyrzekają, wylewają złość w sieci, ukryci pod nick'ami. Spuszczają ciśnienie i to wszystko. Nie idą o krok dalej. Nie chcą się spotkać i zademonstrować za lub przeciw. Bo każdy z nich dba o swoje, o siebie. To uboczny efekt kilkudziesięciu lat różnego rodzaju nacisków na indywiduum. Rozproszkowanie. W ChRL mieszka ponad 1 miliard 300 milionów ludzi, z których każdy sobie rzepkę skrobie. Dla siebie, wyłącznie dla siebie.

Jak więc przewidzieć jaki będzie efekt ogólny działania takiej zbiorowości rozedrganej niczym elektrony? To zasadniczy problem uniemożliwiający rzetelną ocenę obecnej sytuacji w Chinach, jak również przewidywania jakichkolwiek perspektyw. Problem ten jak sądzę nie dotyczy wyłącznie chłopaków w niegniotących się koszulach i jedwabnych krawatach reagujących histerycznie na znaki dawane im przez bezmyślne i bezrefleksyjne komputery. Mają go na głowie również obecnie rządzący Chinami, jak i ich następcy, którzy za chwil parę przejmą sztafety pałeczkę. Pewnie dlatego mówi się, że Hu Jintao pozostanie szefem Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Na wszelki wypadek.

Jaki?

A tego nie wie nikt. No może Piaskowy Dziadek. On, z tego co pamiętam, radził sobie z proszkami różnymi całkiem nieźle.


Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Zatomizowane społeczeństwo, czyli Chiny w proszku”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close