Gospodarka

Chiny jako panna atrakcyjna, a niedostępna 5

 

 

Jak zauważyli z pewnością regularni Czytelnicy, od kilku tygodni opowiadam w niniejszym cyklu o tym, dlaczego warto zainwestować w Chinach, a także o tym, że eksporter planujący poważnie zaistnieć w ChRL musi liczyć się z działaniami różnymi od tych, które przedsiębrał podczas zdobywania europejskich, czy szerzej, zachodnich rynków eksportowych. I jak wspomniałem w poprzedniej części tego cyklu, zarówno eksporter, jak i potencjalny inwestor muszą wziąć pod uwagę konieczność poniesienia bardzo konkretnych kosztów związanych z rozpoczęciem działalności na terenie Chin. W tej części przedstawię wielkość podstawowych nakładów i uzasadnię dlaczego koszty te dotyczą nie tylko inwestorów (bo w tym przypadku to oczywiste), ale również eksporterów (bo to wydaje się zupełnie nieoczywiste).

W Polsce wystarczy 5 tysięcy złotych zadeklarowanego kapitału, aby założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. W Hong Kongu musimy mieć od 5 do 8 tysięcy dolarów hongkońskich, żeby firmę zarejestrować oraz uiszczać każdego roku 2550 tychże dolarów, żeby licencję biznesową odnowić. Ot i wszystko. Potem trzeba regulować daniny. W Polsce naliczane niezrozumiale i irracjonalnie duże, w Hong Kongu niewyobrażalnie proste w naliczaniu i niewiarygodnie niskie. Tu i tam nikt nie wnika szczególnie z czego utrzymywać się będzie zarejestrowana spółka. W Polsce, w przypadku kapitału w wysokości 5 tysięcy złotych, przy założeniu, że będzie w spółce pracować na etacie jedna osoba za minimalną krajową, korzystać z telefonu, jakiegoś co-workingowego biura, etc. to tego kapitału nie starczy nawet na dwa miesiące pracy. A przecież wiadomo, że na początku działalności nie zarabia się kroci, no oczywiście poza wyjątkiem spółek celowo tworzonych pod jakiś bardziej złożony projekt. W Hong Kongu się nie wnika w kapitały w przypadku najpopularniejszych tam spółek offshore, bowiem tam państwo zarabia bezpośrednio poprzez coroczne odnawianie licencji i pośrednio dzięki tym wszystkim firmom, które offshory obsługują, a od zarobionych pieniędzy płacą podatek. Jeśli jeszcze jakaś część offshorów również zarabia przyzwoicie i płaci lokalne podatki, to tylko się cieszyć.

W Chinach sprawy mają się zgoła inaczej. Mam tu na myśli oczywiście rejestrowanie przedsięwzięć o charakterze gospodarczym przez podmioty zagraniczne. Chiny w porównaniu z Hong Kongiem, liderem światowym w kategorii „najkorzystniejsze środowisko biznesowe”, a nawet z Polską (miejsce 39 w rankingu), zupełnie inaczej postrzegają kwestię rejestrowania zagranicznych podmiotów na swoim terenie. Ktoś powie, że restrykcyjnie, ja powiem, że adekwatnie do swojej sytuacji. Chinom nie zależy na drobnych pieniądzach wynikających z opłacania odnawianych licencji. To dobre dla Hong Kongu, gdzie mieszka nieco ponad 7 milionów ludzi. Chiny potrzebowały i potrzebują inwestycji zagranicznych pozwalających zasypać wyrwę cywilizacyjną pomiędzy nimi a światem, regularnie powiększaną za panowania Mao Zedonga od 1949 roku (po zakończeniu okupacji japońskiej od 1937 roku oraz wojny domowej 1945-1949) do 1978 roku, kiedy państwem zajął się pragmatyczny Deng Xiaoping. W kraju, w którym żyje ponad miliard (1982 rok) ubogich obywateli, potrzeby były i wciąż są ogromne. A przecież od 1982 roku do dzisiaj, spośród 1 miliarda 350 milionów mieszkańców, już „tylko” 500 milionów doznaje biedy, z czego około 200 milionów żyje na granicy ubóstwa określonej przez ONZ (1,25 dolarów amerykańskich na osobę dziennie), a ponad 80 milionów musi wyżyć za mniej niż 1 USD dziennie na osobę. Dlatego też władze chińskie określiły stosunkowo wysokie „progi wejścia” dla firm zagranicznych inwestorów. Inwestorów, a nie osób, czy podmiotów zainteresowanych działaniami w krótkiej perspektywie i niewielkim nakładzie środków. Zatem spółki chcące zarejestrować się w Chinach muszą uiścić kapitały zakładowe, których wysokość zależy od rodzaju planowanej działalności, branży, lokalizacji, skali zatrudnienia, etc. To najpoważniejszy koszt związany z rejestracją działalności w Chinach, bowiem samo założenie spółki z kapitałem zagranicznym, nieco upiardliwe i czasochłonne, kosztuje w sumie około 20 tysięcy dolarów.

Najlepszymi lokalizacjami dla inwestycji zagranicznych w ostatnich 5 latach były:

– miasta pierwszego rzędu (klasy): SHANGHAI, BEIJING, SHENZHEN, GUANGZHOU

– miasta drugiego rzędu (klasy): NANJING, HANGZHOU, CHENGDU, CHONGQING, TIANJIN, WUHAN

– miasta trzeciego rzędu (klasy): NINGBO, WENZHOU, SUZHOU, XI’AN, GUIZHOU (FANCHENGANG)

W miastach tych minimalne kapitały zakładowe dla różnych branż to przykładowo:

– konsulting USD$ 100,000- 150,000

– usługi USD$ 100,000- 150,000

– nowe technologie USD$ 100,000- 150,000

– spółka handlowa USD$ 150,000- 200,000

– żywność i napoje USD$ 250,000- 300,000

Kapitał zakładowy musi zostać wpłacony – znów w zależności od lokalnych przepisów – w ciągu 12-24 miesięcy. W niektórych przypadkach musi zostać wpłacony w całości przed uzyskaniem ostatecznego pozwolenia na oficjalną działalność w Chinach, w innych zaś najpierw należy wpłacić 20-40% tej kwoty, a resztę w ustalonych transzach.

Kapitał zakładowy (który oczywiście wykorzystuje nowa firma dla prowadzenia działalności), to jednak zaledwie podstawa, minimum inwestycyjne określone przez władze. Inwestor zagraniczny musi w procesie rejestracji firmy w Chinach poinformować/zadeklarować ile ostatecznie zamierza zainwestować, czyli jaka będzie docelowa wielkość planowanej inwestycji. Ograniczanie się do wysokości kapitału zakładowego w zasadzie skazuje wniosek o rejestrację na odrzucenie. Dlaczego? Otóż wielkość kapitałów zakładowych wyznaczonych przez chińskie władze to dzisiaj wartości niezbyt dużych (albo wręcz małych) mieszkań w wyżej wymienionych miastach. Cóż to zatem za inwestycja biznesowa, która ma wielkość przeciętnego M2? Z drugiej strony kapitał zakładowy rozpatrywany jest w Chinach jako środki, które mają pozwolić funkcjonować nowemu przedsiębiorstwu przez pierwsze 3 lata, przy założeniu, że w tym okresie firma nie będzie jeszcze mogła zarabiać. Skoro zatem kapitał zakładowy skazany jest na „przejedzenie” (wynajem pomieszczeń, zatrudnienie ludzi, zakup sprzętu, urządzeń i maszyn), to firma musi dysponować jakimiś środkami w przyszłości na dalsze działania, dalsze kroki. W efekcie sugeruje się, aby kapitał docelowy osiągał przynajmniej dwukrotność kapitału zakładowego. Pamiętać należy, że czym większy deklarowany kapitał docelowy, tym większe ulgi ze strony lokalnych władz. Na przykład w formie rozłożenia wpłat kapitału na wiele rat, rozłożenie tych wpłat w optymalnie długim okresie, etc. Jeśli firma w Chinach będzie potrzebowała większych środków inwestycyjnych niż zadeklarowane, to kwoty ponad zadeklarowany kapitał całkowity zostaną uznane za przychód chińskiej spółki i opodatkowane. To ryzyko utraty 25% inwestowanych środków.

No i OK: rozumiemy, że skoro ktoś chce w Chinach założyć fabrykę, firmę handlową z własnym magazynem, czy firmę usługową z własnymi biurami, to faktycznie powinien dysponować funduszami na inwestycje. Ale eksporter? Po co to wszystko eksporterowi?

Jak pisałem wcześniej: żeby wprowadzić produkty takie jak żywność (szczególnie żywność) należy uzyskać odpowiednie licencje IMPORTOWE (importer chiński musi mieć licencję na określona ściśle działalność importową), a produkty sprowadzane muszą posiadać zezwolenia, atesty i certyfikacje. Dokumenty może uzyskać podmiot zarejestrowany w Chinach. Polscy eksporterzy zakładają, – zgodnie z tym czego doświadczyli na Zachodzie – że wystarczy w Chinach znaleźć partnera, kontrahenta, który zajmie się sprzedażą „naszych” towarów i weźmie na siebie wszystkie formalności. W praktyce polscy eksporterzy płacą za te formalności (w przeświadczeniu, że pokrywają różne koszty fifty-fifty z Chińczykami), a beneficjentami procesów rejestracyjnych stają się podmioty chińskie. A potem już jest standard. Chińczycy wprowadzają na swój rynek kontener, lub dwa tych kurzych łapek, jabłek, czy co tam eksporter polski zaproponował, a potem biznes się urywa. Czasem „zdycha” na przestrzeni kilku miesięcy, czasem pada jak rażony gromem. Dlaczego? Chińscy importerzy otrzymują komplet dokumentów wymaganych chińskimi przepisami. Ponieważ są podmiotami zarejestrowanymi w Chinach, wszystkie te świadectwa, certyfikacje, pozwolenia wystawiane są na nich. Sprowadzają od polskiego eksportera pierwsze partie towaru, sprzedają i liczą. I zaczynają się zachowywać dokładnie tak jak polscy importerzy z Chin: szukają taniej, taniej, TANIEJ! Eksporter z Polski myśli sobie, że zaczęła się długookresowa współpraca, że już teraz to z górki, po załatwieniu tych wszystkich formalności będzie się sprzedawać ile tylko się uda wyprodukować i dostarczyć. A tu kiszka. Chiński „partner” szuka sobie takich źródeł produktów, które pozwolą mu zarobić więcej, więcej, WIĘCEJ. Bez jakichś tam sentymentów.

Jedynym rozwiązaniem tego powszechnego problemu jest założenie w Chinach swojej firmy, która w ramach swojej działalności będzie budować WŁASNE kanały dystrybucji, będzie pozyskiwać WŁASNYCH klientów, uzyskiwać DLA SIEBIE licencje, certyfikaty, pozwolenia. A przede wszystkim działać i zarabiać w warunkach pełnego panowania nad firmą, czego nigdy nie uzyska się we współpracy z chińskim kontrahentem/importerem, a nawet w przypadku założenia spółki Joint Venture. Wiedza o tym (albo się domyślają), wszyscy ci, którzy takich modeli współpracy z firmami, chińskimi partnerami popróbowali. I którzy zgłaszają się do mnie z pytaniem: „co robić, panie Leszku?”. Co robić? Zakładać WFOE, i wgryzać się w chiński tort. A jest go dużo, oj dużo.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close