Gospodarka

Rynek kosmetyczny w Chinach

Dzisiaj poczta dostarczyła mi egzemplarz najnowszego magazynu „Świat Przemysłu Kosmetycznego”, a w nim mój artykuł „Rynek kosmetyczny w Chinach”. To rzecz dla tych, którzy interesują się rozwojem rynków w Chinach w ogóle (bo piszę o tym jakimi Chiny były w połowie lat 90. XX wieku, a jakie są dzisiaj), a szczególnie dla tych, którzy myślą mniej lub bardziej śmiało o zdobyciu chińskiego rynku. Nie konkretnie kosmetycznego, a w ogóle tak raczej.

A oto fragmencik:

 

„Kiedy w 1994 roku po raz pierwszy przekroczyłem progi ekskluzywnego (wówczas) domu towarowego Isetan na Huaihai Lu w Szanghaju zdumiał mnie fakt, iż na parterze, gdzie sprzedawano najbardziej ekskluzywne towary, pośród biżuterii i markowych zegarków znajdowały się również kosmetyki. Stoiska miała tam zarówno Helen Rubinstein, ale również i Vichy. Kosmetyki upiększające i zapachowe traktowano wówczas jako dobra luksusowe. Cztery lata później, jeden z moich kolejnych pobytów w Chinach przedłużył się mocno ponad pierwotne założenia. Skończyły się moje zapasy kosmetyków, które zabrałem z Polski. Odwiedziłem zatem jeden z nielicznych w tym czasie sklepów drogeryjnej sieci Watson’s celem nabycia dezodorantu. Ku mojemu niemałemu zdziwieniu nie znalazłem ani jednego, ani dla mężczyzn, ani dla kobiet, pomimo tego, że mógłby tam swobodnie kupić wiele kosmetyków (szampony, żele pod prysznic, kremy, odżywki i żele do włosów) z popularnych i w Polsce linii kosmetyków sprzedawanych pod znanymi na całym świecie markami sportowymi. Okazało się, że dezodoranty, szczególnie dla mężczyzn nie były w Chinach, a nawet w kosmopolitycznym Szanghaju popularne. Mężczyzna nie pachnący mężczyzną był ponoć zupełnie niemęski. Obszedłem wtedy Huaihai Lu, Nanjing Lu i większość ulic pomiędzy nimi, aż wreszcie w jednym z domów towarowych na wystawie odkryłem gablotę z pojedynczymi kosmetykami markowanymi nazwiskiem Michaela Jordana. Był wśród nich dezodorant w sztyfcie. Zajęło mi około pół godziny przekonywanie „people in charge”, że sztyft ten powinien zniknąć z gabloty i trafić w moje ręce. Udało się.

Dzisiaj taka historia brzmi w Chinach niczym miejska legenda. Bowiem nie tylko w wielkim Szanghaju, ale w każdym większym i mniejszym mieście Chin można kupić kosmetyki zarówno luksusowych marek z Japonii, Stanów Zjednoczonych, czy Europy, ale również tych popularnych, w cenach średnich i niskich. Wejście na rynek konsumentów pokolenia wychowywanego już w okresie gospodarczego boomu, ludzi często edukowanych poza granicami ChRL, podróżujących do Hong Kongu, Singapuru, Australii, Europy i oby Ameryk sprawiło, że zmieniły się chińskie gusta, spowodowały, ze chiński rynek kosmetyczny przeżywa niezwykle dynamiczny rozwój. A to bez wątpienia ogromna szansa dla polskich producentów kosmetyków.”

 

A całość tutaj:

Leszek_Slazyk_1_2016_spk-2

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close