Import Z Chin

Chiny: Eldorado importerów 2.0, czyli nic nie trwa wiecznie

Podczas spotkań w Warszawie i Kielcach uświadomiłem sobie rzecz, która we mnie tkwiła, ale tak na partyzanta, w cieniu. Uświadomiłem sobie, że import z Chin to wciąż genialny biznes, ale jego stara formuła się wyczerpała. Nadeszła era importu z Chin w wersji 2.0. Myśl ta z całą intensywnością wróciła do mnie podczas wczorajszych warsztatów w Warszawie.

Przez dwadzieścia lat z okładem import z Chin polegał dokładnie na tym samym na czym zasadzał się za czasów Marco Polo i wiele wieków przed nim. Otóż kupiec, zwany obecnie importerem wybierał się do Chin, patrzył co tam one te Chińczyki mają i to czego u siebie nie widział a uznał za interesujące dla rodaków swych w odległej ojczyźnie nabywał. Przywoził to coś do kraju i sprzedawał z powodzeniem, albowiem oferował dobro unikalne, rzadkie.

Dzisiaj chińskie gotowe produkty z pewnością nie są unikalne, wyjątkowe. Czym tańsze, tym powszechniejsze. Ubrania i buty, czy torebki Made in China można owszem nabyć w Guangzhou, ale po co, skoro dokładnie te same można kupić w Wólce Kosowskiej? Za sprawą wynalazku internetu każdy osobnik podłączony do sieci może przebierać w telewizorach, dywanach, porcelanowych figurkach, czy sprzęcie dla golfiarzy. Zero unikalności. Pozostają klasyczne triki handlowe, co w naszym krajowym przypadku zazwyczaj oznacza naparzanie się coraz niższymi cenami.

Importer, który budował swoje finansowe imperium na sprzedaży importowanych z Chin ołówków, zabawek, elektronicznego drobiazgu dzisiaj funkcjonuje wyłącznie dzięki „sieciom”. Nowy importer podejmuje zaiste ogromne ryzyko próbując powtórzyć sukces starych graczy. Ignoruje fakt, że to już nie te czasy. Stary importer wybudowawszy szaniec kupców wszelkich dostępnych sieci też nie postępuje rozsądnie. Nie przyjmuje do wiadomości oczywistego rozwoju wypadków. Jakiś młodziak z sieci prędzej czy później otrzyma polecenie służbowe zorganizowania towarów na akcję „Witaj szkoło”, „Merry Christmas”, czy co tam. Pojedzie na targi w Kantonie i kupi co trzeba. A stary importer otrzyma pocztą ozdobną otkrytkę z krótkim, a bolesnym: „Temu panu dziękujemy”. Na nic lata kolacji, lunchy, wycieczek i innego smarowania kupców. „Do widzenia się z panem” będzie decyzją nieodwracalną.

A zatem co? Czy sugeruję, że import z Chin przestał być dobrym interesem? A skądże! W dzisiejszych okolicznościach przyrody może być bodaj lepszym źródłem zysków niż 20 lat temu. Jak to? A tak to. Nadszedł czas zmiany w myśleniu o imporcie z Chin. Trzeba przestać myśleć o Państwie Środka jako o źródle gotowych produktów, należy zacząć myśleć o nim jako o centrum światowym produkcyjnego outsourcingu. Co to konkretnie oznacza? Wróćmy do przykładu ołówka. Jeśli siedzimy w ołówkowym biznesie, to wiemy czego na tym rynku brakuje, co w ołówkach robią Amerykanie, czy inni mocarze tej branży na świecie. Wiemy, lub domyślać się możemy, że pewnych rozwiązań nasza konkurencja nie zaproponuje na naszym rynku. I to jest właśnie moment, w którym możemy skorzystać z chińskich mocy produkcyjnych, tamtejszego potencjału technologicznego i technicznego.

Czym bardziej złożone, zaawansowane nasze produkty, tym więcej im oddać możemy naszej inwencji. A myśl naszą urzeczywistnią maszynami swemi Chińczykowie. Powie ktoś: e nie, nie zaryzykuję. Ja coś wymyślę, a oni mi to skopiują. Owszem. Jak nie sami, to za namową naszej własnej konkurencji. W tym jednak nasza głowa, aby w kolejnym sezonie znów być do przodu i zaproponować kolejną nowinkę. „To trudne” – powie ktoś. Owszem, ale czy ktokolwiek komukolwiek obiecywał, że prowadzenie działalności o charakterze gospodarczym będzie łatwe? Wątpię. A tych, którzy uważają, że racji nie mam serdecznie zapraszam do zakupów na Alibabie. Najlepiej u dostawców oznaczonych godłem „Golden Supplier”. Godło to kosztuje bodaj 3 tysiące dolarów.

Leszek Ślazyk

 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

3 thoughts on “Chiny: Eldorado importerów 2.0, czyli nic nie trwa wiecznie”

  1. Witam,bogu dziękować, że można było Pana posłuchać na tych tzw. targach w Warszawie.przez całe 3 dni jedynie prelekcje Pana, p.Teresy Berent i p.Piotra Karpińskiego miały odniesienie do rzeczywistości, reszta bełkot i jakaś totalna abstrakcja.z wystąpienia pani z PARP możnaby nakręcić kabaret, a pani prezes bigchina tak dała ciała, co chwila rzucając słowo "oszust" w kontekście współpracy z chińczykami ( miała na sali widownię w postaci 3 Chińczyków, którzy zresztą ostentacyjnie wstali i wyszli), że szkoda słów.cała organizacja targów, jak zresztą pan doradca wypowiadający jakieś głupawe uwagi, wiała komuną i smutkiem.osobiście wstydziłam się tam co krok. zapraszamy Chińczyków do współpracy, a zamiast chociaż troszeczkę spróbować poznać ich jakże odmienną kulturę biznesu potrafimy ich tylko nazywać trudnymi, oszustami etc.polskie podejście do odmienności jest w ogóle fascynujące, ale takie zachowania nie wiem jak nazwać, chyba tylko czystym chamstwem.dlatego jeszcze raz naprawdę dziękuję za Pana prelekcję,bardzo na nią liczyłam i oczywiście nie zawiodłam się. po prostu światełko w tunelu.pozdrawiam

  2. dziekuję za laurkę ;) nie mam pewności czy zasłużoną. ja bym sie siebie czepiał na pewno. pozdrawiam!

  3. Byłem, widziałem… P. Leszek prezentuje bardzo dobry standard ;-) z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnych wpisów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close