Kultura i TradycjaLudziePolska

Jazz Po Polsku w Chinach,

wywiad z Jakubem Krzeszowskim

Jakub Krzeszowski, twórca projektu Jazz Po Polsku, członek Fundacji Plateaux. Planuje i realizuje kampanie z obszaru marketingu kultury. Specjalizuje się w komunikacji wydarzeń́ artystycznych. Współpracuje zarówno z instytucjami kultury jak i niezależnymi artystami. Ukończył studia prawnicze oraz public relations.

Jazz Po Polsku, którego jest twórcą prezentuje szerokie spektrum możliwości polskich muzyków jazzowych młodego pokolenia na arenie międzynarodowej. Pomaga w nawiązywaniu współpracy kulturalnej i integruje środowiska artystów wielu krajów. Dąży do odświeżenia i umocnienia wizerunku polskiego jazzu w świadomości zagranicznych odbiorców. Od 2014 r. w ramach projektu Jazz Po Polsku odbyło się w ponad 300 wydarzeń w ośmiu azjatyckich krajach.

Leszek Ślazyk (L.Ś.): Kiedy, jak pojawiła się w Pańskim życiu muzyka? Czy był to od razu jazz, czy inna forma?

Jakub Krzeszowski (J.K.):  Muzyka pojawiła się bardzo wcześnie. W domu była w zasadzie obecna od zawsze. Najmłodsze lata spędziłem słuchając z tatą płyt winylowych. Bardzo dobrze pamiętam albumy Deep Purple, Led Zeppelin, Slade no i oczywiście Black Sabbath. Gdy miałem 12 lat, kolega przyniósł mi trzy kasety magnetofonowe – metalowe, które śmiało mogę powiedzieć, zmieniły moje patrzenie na muzykę na kolejne kilkanaście lat. Wszystko czego słuchałem wcześniej przestało mieć znaczenie, dosłownie z dnia na dzień. A koniec lat 90 to był mocny okres dla metalu. W Polsce za sprawą między innymi Vadera. Ich płytę „Live in Japan” (1998) słuchałem setki razy. Nie pomyślałbym wtedy, że moja ścieżka zawodowa zaprowadzi mnie właśnie do Azji. Wracając do tematu, jazz pojawił się dużo później i w równie zaskakujący sposób jak metal, zmienił moje życie. Byłem mocno zaskoczony, że muzyka akustyczna, w szczególności w wydaniu „na żywo”, może wzbudzać tak wiele emocji. Innych emocji, niekoniecznie opartych głównie na testosteronie i adrenalinie.

(L.Ś.): Jak długo zajmuje się Pan organizacja koncertów?

(J.K.):  Organizuję koncerty od 2005 r. Swoją przygodę zaczynałem od organizacji, jakże by inaczej, koncertów metalowych, a dokładnie grupy Chain Reaction z którą stawiałem pierwsze kroki w kraju i za granicą. Miałem również krótką przygodę z dziennikarstwem i  nieco dłuższą z teatrem, gdzie pracowałem jako „specjalista”. Dzięki temu na branżę muzyczną mogę spojrzeć z innej perspektywy.

(L.Ś.): Skąd idea Chin jako miejsca pracy z zespołami?  Skąd te Chiny?

(J.K.):  Wierzę, że w tej branży większość dobrych, zaskakujących tematów, często pojawia się przez przypadek. Ale żeby wykorzystać te przypadkowe okoliczności trzeba mieć szczęście, wykazać się odrobiną szaleństwa i włożyć dużą ilość konsekwentnie wykonanej pracy. W sumie nic odkrywczego. W moim przypadku zadziałało. W Chinach dochodzi jeszcze „guanxi”, które w naszej kulturze nie jest znane, albo tu inaczej je postrzegamy niż tam. Do Chin pierwszy raz przyjechałem w październiku 2014 r. z warszawskim zespołem Imagination Quartet. Naszym celem podówczas był Hongkong. Trafiliśmy w sam środek „parasolkowej rewolucji”. Zaczęło się więc bardzo ciekawie. W szczególności, że podróżowałem z żądnym wrażeń fotoreporterem, Rafałem Jarzombkowskim. Spędziliśmy wiele godzin szwendając się po mieście, pijąc piwo na ulicy (bo można, to czemu nie!) i nagrywając te wszystkie wydarzenia. Nie do końca rozumieliśmy co się dzieje, obraz w lokalnej telewizji zdecydowanie różnił się od tego, który widzieliśmy na własne oczy. Obraz przedstawiany przez media był bardzo niekorzystny w stosunku do tego co widzieliśmy w realu. Z zespołem Imagination Quartet zagraliśmy wtedy „tylko” trzy koncerty, ale do tej pory wierzę, że były to jedne z najlepszych występów w ramach Jazz Po Polsku. Po powrocie pierwsze co zrobiłem, to zacząłem planować kolejną trasę, która zaowocowała aż dwoma zespołami i pięciokrotnie większą ilością koncertów. Do projektu przyłączyli się poważni partnerzy, IAM i Instytut Polski w Pekinie. Nawiązałem również trwałe relacje z Chińskim Stowarzyszeniem Muzyków Jazzowych z siedzibą w Pekinie. Wszystkie trzy instytucje do tej pory wspierają trasy koncertowe Jazz Po Polsku w Chinach.

Myślę, że dla każdego przedsiębiorcy Chiny są interesującym, pełnym wyzwań ale i zaskoczeń rynkiem. Miałem też okazję organizować koncerty w dość egzotycznych krajach, takich jak Kirgistan, Filipiny, Mongolia, Uzbekistan czy Wietnam. Ale to już zupełnie inna historia.

(L.Ś.): Chiny to świat zdominowany przez bardzo specyficzną muzykę. Z jednej strony tradycja – opery chińskie, z drugiej współczesność – wpływy koreańskiego popu. Jak w tej przestrzeni odnajduje się jazz?

(J.K.):  Jazz był w Chinach zakazany do początku lat 80-tych. Do tej pory zresztą postrzegany jest jako „wymysł” amerykański, co nie do końca jest przecież prawdą. Polska muzyka improwizowana, którą pokazuję w Chinach, zdecydowanie różni się od pojęcia jazzu, jakie w głowie mają Chińczycy. Celowo też użyłem słowa polska muzyka improwizowana, a nie jazz. Mam wrażenie, że słowo „improwizacja” w chińskim słowniku nie istnieje, w szczególności w słowniku muzycznym. To co Chińczycy słyszą na polskich koncertach, jest dla nich zaskakujące. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chińczycy są zaskoczeni, że tak można grać jazz. Są zachwyceni, że tak zaawansowane formy techniczne i metryczne gra się „z głowy”. Wiele zespołów, które koncertowały w Chinach, prezentowały muzykę osadzoną mocno na skraju jazzu i alternatywy, post rocka, a nawet ambientu i elektro. Takim grupom jak Pink Freud, Jazzpospolita, MM3 ciężko przypiąć łatkę zespołów jazzowych. Mimo, iż z „tego jazzu” czerpią całkiem sporo.

(L.Ś.):  Jakie były Pańskie początki w Chinach? Pierwszy zorganizowany koncert? A jak to wygląda dziś?

(J.K.):  Początki były ekscytujące. Był to dla mnie nie tylko szok kulturowy, ale też totalna zmiana sposobu prowadzenia biznesu, od tego który znałem do tej pory. Albo może tego jak wyobrażałem sobie prowadzenie takiego biznesu. Mógłbym też śmiało powiedzieć, że prowadzenia biznesu uczyłem się w Chinach na zasadzie prób i błędów, co może być odebrane i interpretowane dwuznacznie. Ale nie mam z tym zupełnie problemu. Zaskakująca była dla mnie reakcja publiczności, która niejednokrotnie traktowała „moich” muzyków jak gwiazdy muzyki pop, a nie jazzu, ustawiając się w kolejkach po autografy i fotografując się z nami (tak, ze mną też), z każdym z osobna, po kolei, do chwili, gdy wszyscy zostali usatysfakcjonowani ilością zrobionych zdjęć i podpisanych płyt. To muzykom rzecz jasna przypadło do gustu.

Od pierwszego koncertu do tej pory, przez 6 lat, udało mi się zorganizować ponad 300 wydarzeń w 8 azjatyckich krajach, wzięło w nich udział ponad 100 polskich muzyków z 25 różnych zespołów. 25 sierpnia rozpoczęła się kolejna, dwumiesięczna trasa koncertowa.

Od zeszłego roku zacząłem sprowadzać do Polski zespoły jazzowe z Azji. Staram się rozwijać koncepcję dwustronnej współpracy kulturalnej, czyli mówiąc językiem potocznym nie tylko brać, ale i dawać. I nie chodzi tu tylko o pieniądze. Azjaci są zachwyceni polską naturą, jedzeniem i ludźmi. Dzięki temu nawiązujemy trwałe relacje pomiędzy artystami z różnych krajów. Do tej pory w Polsce występowały m.in.: zespół Jun Xiao – wschodzącej gwiazdy chińskiego jazzu z Szanghaju (którego uczył w Nowym Jorku nikt inny jak nasz mistrz, Rafał Sarnecki), SunJae Lee saksofonista z Korei, oraz trio Imrana Ahmeda z Bangladeszu. Wszystkie trzy grupy wystąpiły w Polsce w oryginalnych składach.

(L.Ś.):  Czym od strony biznesowej, warsztatowej różnią się Chiny of Europy? Co jest największym wyzwaniem dla Pana, dla muzyków?

(J.K.):  Największym wyzwaniem jest pozyskanie środków pozwalających przenieść się z jednego kontynentu na drugi, a tam, w Azji, by sprawnie podróżować pomiędzy miastami. Ilość sal koncertowych, klubów, potencjalnych słuchaczy i zapotrzebowanie na muzykę „inną” wzrasta z roku na rok. Gramy regularnie w najlepszych klubach, centrach kultury i teatrach, często w bardzo odległych rejonach Chin, jak np. Lanzhou. Polscy jazzmani młodego pokolenia obecni są co roku na uznanych chińskich, międzynarodowych festiwalach jazzowych – Nine Gates w Pekinie i Oct-Loft w Shenzhen. W tym roku po raz pierwszy zagramy na Tajwanie, na 16. edycji Taichung Jazz Festival, który odwiedziło do tej pory ponad milion osób! Co do biznesu, to uważam, że w swojej istocie jest taki sam jak na całym świecie: chodzi o to, aby wzajemnie odnosić z niego korzyści. Wtedy zaangażowane w dane przedsięwzięcie strony są zadowolone. Natomiast różni się na pewno sposób jego prowadzenia w zależności od miejsca. Ważne są też różnice kulturowe, które warto starać się zrozumieć. Polscy przedsiębiorcy działający w Chinach, na pewno nie obrażą się na mnie, jeśli powiem, że prowadzeniu biznesu w tym kraju jest trochę jak prowadzenie biznesu na „Dzikim Zachodzie”, w dodatku „na wariackich papierach”. Ale mi to akurat pasuje. Lubię to. Ostatecznie wszystko się udaje i to jest najważniejsze. Bardzo ważne są relacje z ludźmi i o nie trzeba dbać. Przestałem się też denerwować na pewne rzeczy, których nie mogę zmienić. Mam na myśli przede wszystkim kwestie techniczne i podejście do realizacji dźwięku. Chińczycy nie mają o tym pojęcia, i to jest przepaść w porównaniu do Europy. Nie chodzi o brak sprzętu czy aparatury, bo tego jest pod dostatkiem i to najwyższej jakości, ale o umiejętność jego wykorzystania. Ale takie są Chiny. W pewnym sensie są improwizowane, co ciekawie koresponduje z rodzajem sztuki, który tu uprawiamy i sposobem jej pokazywania.

(L.Ś.):  Co jest największą przewaga Chin, największym w nich " tym czymś" co skłania Pana, żeby tam wciąż wracać? Publiczność? Rynek? Co?

(J.K.):  Według mnie zapotrzebowanie na obcowanie z „inną” muzyką jest coraz większe. Chińczycy mają coraz większy apetyt na kulturę. Nieznajomość jazzu jest właśnie tą przewagą w moim odczuciu. Ludzie są ciekawi, dlatego idą na koncert. W dodatku kupują bilet i płytę albo dwie, bo tak są przyzwyczajeni, albo co lepsze, wydaje im się, że tak powinno to działać. I mają stuprocentową rację. W Chinach nie ma nic za darmo, a to co jest za darmo nie jest postrzegane jako wartość. Sto juanów na bilet i drugie tyle za płytę zespołu, którego się słuchało jest niewielkim wydatkiem w porównaniu do ceny butelki whisky w klubie jazzowym w Szanghaju. Cały czas powstają w Chinach też nowe miejsca koncertowe. Inne co prawda się zamykają, ale bilans jest wciąż na plus.

(L.Ś.): Jakie pytanie zadałby Pan sobie? Proszę pytać :)

(J.K.):  Ale czy mam też na nie sam odpowiedzieć? (śmiech). „Czego jestem w Chinach nadal ciekaw?”. Odpowiedziałbym, że Tybetu. Fantastycznie byłoby zrobić koncert na „Dachu Świata”, nawet dla niewielkiej publiki, gdzieś w świątyni w górach… i zrobić przy okazji świetne nagranie wideo. Myślę, że to byłoby niepowtarzalne.

(L.Ś.):  Jakie są Pańskie najbliższe plany w Chinach?

(J.K.):  Od 25 sierpnia do 27 października 2019 r. na kontynencie azjatyckim koncertować będą zespoły Marcina Patera, Rafała Sarneckiego i Stanisława Słowińskiego. Polscy artyści wystąpią 50 razy w ramach projektu Jazz Po Polsku w Chinach, Korei i Mongolii. Muzycy zaprezentują autorski repertuar w największych azjatyckich aglomeracjach. Wystąpią m.in. w chińskich miastach Chongqingu, Kantonie, Pekinie, Szanghaju; koreańskich Incheonie, Busanie, Seulu oraz mongolskich Darkhanie, Erdenecie i Ułan Bator. Szczegóły trasy można znaleźć na stronie www.jazzpopolsku.pl jak również na oficjalnych kontach na Facebooku i Instagramie, gdzie treści zamieszczam niezależnie od siebie.

(L.Ś.):  Na polskie koncerty zapraszamy oczywiście Polaków mieszkających w Chinach.

 (J.K.):  Oczywiście!

 

 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close