Ludzie

Robert Brylewski

albo skąd my się wzięliśmy....

Informacja o śmierci Roberta Brylewskiego zaskoczyła mnie, pewnie jak wielu. I wielu pewnie dziś sobie uświadomiło, że miał wpływ na to, co się w ich życiu wydarzyło. Pierwszy raz spotkałem go na boisku szkolnym, w Gdyni. Przyjechał z innymi "Kryzysami" kogoś odwiedzić, nie wiem, nie pamiętam. Graliśmy w piłkę, kiedy kilku kolesi z kosmosu tak zupełnie bez słowa podłączyło się, żeby "popykać" z nami. Byli od nas starsi o parę lat. I byli z kosmosu. Brylewski miał taką grzywę, jak później Ciechowski, było paru innych "załogantów" z nastroszonymi włosami, w skórzanych kurtkach, paski z ćwiekami. O, ja! Graliśmy i gapiliśmy się na nich z ukradka, paszcze nam opadły do asfaltu. Byłem wtedy w siódmej klasie. W ósmej już miałem takie pióra jak Brylewski, które z tyłu kazałem sobie ciąć jak najkrócej, z przodu hodowałem jak najdłuższe, oczywiście moczyłem w wodzie utlenionej…. No i oczywiście w ósmej zakładałem pierwszy zespół. Nie to, żebyśmy grali, ale już z kumplami ustaliliśmy kto i co będzie w zespole robił. Ja się nie mogłem zdecydować: bas? perka? Mój chrzestny, realizator dźwięku z Poznania (robił między innymi kawałki Mr. Zoob, tych od "Mój jest kawałek podłogi", ale przede wszystkim nagrywał orkiestrę kameralną Agnieszki Duczmal) wysłuchał cierpliwie mojej paplaniny człowieka, który nigdy żadnego instrumentu nie dotykał i uprzedził (kierując przekaz swój do mojej mamy raczej), że perka to strasznie dużo gratów i dużo ćwiczenia, a dobrze nagłośniony bas to hałas taki, że w drugiej dzielnicy słychać. Przekonał mnie. Wybrałem bas. Nazywał się Luna, a wyprodukowała go Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutniczych "Defil". Koszmar. A do tego nie miałem wzmacniacza. Luna została wymieniona na kolejny produkt firmy "Defil" – Orlik, bas z pudłem rezonansowym. Można było grać bez wzmacniacza, ćwiczyć (a jednak!). W kolejnym roku, już w liceum, kupiłem gdzieś tonpressowską "Brygadę Kryzys". Słuchałem tego w kółko. I wiedziałem, że tak chcę właśnie grać. Najpierw więc były próby u mnie w domu (2 pokoje 48 m.kw.), potem w kościele, w którym byłem ministrantem (zespół nazywał się "Bloody Abortion" o czym przewielebnego nie informowaliśmy, bo szkoda nam było Vermon i Eltronów…), potem na przerwie przy fajce w kiblu kolega ze starszej klasy zagadnął, czy nie wspadłbym na próbę. Wpadłem i troche się zasiedziałem. Kilka lat. Jako "Rockas Delight" znów się spotkaliśmy z Brylewskim. Tym razem już jako współtwórcą "Izraela". No cóż, ja w tamtym czasie szedłem drogą fundamentalizmu formalnego, interesowała mnie sama muzyka, to Izraelowe granie mnie śmieszyło i przez wzgląd na formę, jak i na treść ("Biada, biada, wielki Babilon upada"). Przy okazji wspólnego koncertu niemal doszło do rękoczynów. Mnie wciąż ciągnęło do mocniejszego, bardziej wyrafinowanego grania. Zdradziłem reggae na rzecz eklektycznego "Marilyn Monroe". A potem zdradziłem i "Marilyn Monroe" na rzecz…. cholera wie czego. Brylewski nigdy nie zdradził, nie odstąpił. I pewnie nie raz nie czuł się z tym komfortowo. W sensie takim przyziemnym, bytowym. Bo pomimo wielu kolejnych projektów, tak spektakularnych jak "Armia", ciągle pozostawał z tyłu. Nie było w nim nigdy gwiazdora pompatycznego, takiego co to lubił bywać i się pokazywać, takiego, co to lubił podłączyć się do jakiejś idei, jakiejś politycznej koniunkturki, który chciałby odnaleźć się jako juror czegoś tam. Takie zasady. To boli. Myślę, że zawsze, pomimo pozornych zmian zewnętrza, we wnętrzu był tym chłopakiem z jasną długą grzywą, z mojego szkolnego boiska, z programu "Camerata", chłopakiem, który mnie tak wtedy zafascynował, a którym się tak bardzo zaraziłem. I nawet o tym nie wiedziałem. Właśnie to sobie uświadomiłem. I jestem wdzięczny. I rozumiem dlaczego w życiu dokonywałem i dokonuję pewnych wyborów. Ten koleżka grający w piłkę i ukradkiem gapiący się na chłopaka z innej rzeczywistości wciąż tam gdzież we mnie nie umarł. Bez Brylewskiego nigdy by się nie objawił.

 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close