LudzieNauka

Nobel dla Zielarki

Dwa tygodnie temu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny otrzymała pani Tu Youyou, urodzona w 1930 roku badaczka i naukowiec, reprezentantka – jeśli można to tak określić – chińskiej medycyny tradycyjnej. Obyczajem czasów dzisiejszych wiadomość o pierwszym „Noblu” dla naukowca z Chin Ludowych w dziedzinie nauk ścisłych pojawiła się jako któryś tam z kolei news dnia i przepadła nazajutrz w natłoku innych, których ważności już nikt nawet nie stara się wyznaczać. Mnie zaś fakt powyższy skłonił do pewnych przemyśleń, którymi zamierzam się podzielić.

23 marca 1967 roku na osobiste polecenie Przewodniczącego Mao uruchomiono w Pekinie tajny projekt naukowy o kryptonimie 523. Celem tego projektu nie było stworzenie super broni, dzięki której Chiny Zedonga mogłyby zająć pozycje światowego lidera. Mao zażyczył sobie, aby jego naukowcy znaleźli skuteczne lekarstwo na malarię, chorobę, która dziesiątkowała towarzyszy z Północnego Wietnamu. 21 stycznia 1969 roku do zespołu badawczego dołączyła licząca sobie wówczas 39 lat Tu Youyou, absolwentka wydziału farmakologii (rok 1951) Medycznego Uniwersytetu Pekińskiego oraz pracownik naukowy Pekińskiego Instytutu Chińskiej Medycyny Tradycyjnej. Działo się to w okresie trwającej Rewolucji Kulturalnej, którą w 1966 roku zainicjował sam Przewodniczący, a której oficjalnym celem była walka z 4 starociami, przejawami „burżuazyjnej przeszłości”, do których zaliczono między innymi naukę. Tu Youyou, która ostatecznie stanęła na czele zespołu poszukującego anty malarycznego remedium nie dość, że prowadziła w tym czasie intensywne badania naukowe, to jeszcze w oparciu o inne napiętnowane starocie: źródła historyczne. Przedmiotem szczególnych badań naukowców pracujących w ramach projektu 523 były osiągnięcia Ge Honga żyjącego w czasach dynastii Jing (265-420 r.n.e.), a zwłaszcza jego praca o praktyce klinicznej i lekarstwach w nagłych przypadkach. W tej właśnie pracy chiński medyk opisywał bylicę roczną (Artemisia annua), jako tą, która skutecznie leczy malarię.

Zespół Tu Youyou prowadził żmudne i długotrwałe badania, które początkowo nie przyniosły spektakularnych rezultatów. Jednak dzięki uporowi chińskich naukowców udało się im się ostatecznie z bylicy rocznej wyekstrahować aktywny czynnik antymalaryczny nazwany artemisininą. Tu Youyou była też pierwszym człowiekiem, na którym przetestowano skuteczność leku. Dzięki determinacji pani Tu wykazano, że ponownie odkryty lek nie powoduje skutków ubocznych, że można bez obaw podawać go ludziom.

Specjaliści zajmujący się leczeniem malarii w Azji i Afryce uważają, że praca pani Tu uratowała życie dziesiątek milionów istnień ludzkich. Sama pani Tu Youyou, licząca dzisiaj 84 lata z dużym dystansem podchodzi do swego sukcesu. Jak powtarza w wywiadach, których udziela od 2011 roku, kiedy to uhonorowano ją prestiżową nagrodą Lasker DeBakey, nigdy nie zależało jej na sławie, a dzisiaj jest już za stara, aby brać sobie to całe zamieszanie na głowę.

Dla mnie Nagroda Nobla dla pani Tu Youyou ma bardzo specjalne znaczenie. Miałem okazję poznać działanie chińskiej medycyny, miałem też sposobność doświadczyć działania chińskich lekarzy będących równocześnie absolwentami uniwersytetów medycyny zachodniej, jak i tej tradycyjnej chińskiej. Chińscy lekarze traktują oba nurty medyczne jako współistniejące, uzupełniające się. Tymczasem znakomita większość lekarzy, z którymi mamy do czynienia na co dzień tkwi w modelu medycyny racjonalnej, zbudowanej na racjonalistycznej filozofii przełomu XVIII i XIX wieku, wzmacnianej w trakcie rewolucji przemysłowej, a rozwijanej od końca XIX wieku po dzień dzisiejszy. Znakomita większość lekarzy na Zachodzie postrzega człowieka i jego ciało jako zjawisko fizyczno-chemiczne, koncentrując się na działaniu w obszarze swojej specjalizacji. Okulista zajmuje się okiem. Neurolog nerwami. Urolog układem moczowym. Koniec i kropka. Przychodzimy do lekarza, mówimy co nam jest i sugerujemy skąd się nam to wzięło, no i dostajemy lekarstwa „na to coś”. Kiedy badałem się na przykład w Hong Kongu lekarz słuchał tego co mam mu do powiedzenia na temat moich dolegliwości wyłącznie w celu pozyskania informacji podstawowych. Zanim wszedłem do jego gabinetu zmierzono moją temperaturę, ciśnienie, sprawdzono wagę i wzrost. Doktor (urolog) przeprowadził najpierw badanie ogólne (nos, gardło, opukiwanie). W jego w sumie niewielkim gabinecie dwie ściany stanowiły bibliotekę medyczną, z tomami w języku chińskim i angielskim. Po badaniu ogólnym kazał się położyć na kozetce i uruchomił USG. Obejrzał sobie nie tylko to co urolog sobie ogląda zazwyczaj, ale również inne składowe wnętrza mojego. Zapytał czy wstając rano czuję się zmęczony. Potwierdziłem. Pan doktor kazał wstać, powycierać się i ubrać. A potem wygłosił dłuższą mowę. Na temat tego, że nikomu nie służy na dłuższą metę jedzenie żywności dostępnej w dużych chińskich miastach, jak też wdychanie tamtejszego powietrza i picie tamtejszej wody. Nikomu też nie służy brak ruchu i zbyt obfita dieta. Pan doktor urolog opowiedział mi jak według niego wygląda stan mojej wątroby, trzustki, śledziony, że z pewnością mam poważnie zawyżone wskazania tego czego zawyżenie nie jest bezpieczne. Że powinienem inaczej spać, w innej pozycji. A przede wszystkim zrzucić w rozważnym tempie ze 20 kilo. Najlepiej z dala od Chin i ich skażonego środowiska naturalnego, które mi wyraźnie nie służy. A w sprawie, z którą do niego przyszedłem, wygłosił dwa zdania. Że nic poważnego, samo minie, ale zapobiegawczo da antybiotyk, bo z infekcjami bakteryjnymi nigdy do końca nic nie wiadomo. Szczególnie u tych co o siebie nie dbają. Żebym się nie martwił i nie uznał go za szarlatana skserował parę stron z opasłego brytyjskiego wydawnictwa medycznego. Mogłem sobie poczytać o swej dolegliwości i dowiedzieć się, że faktycznie to nic wielkiego. W porównaniu z problemami z wątroba na przykład. Zanim opuściłem recepcję gabinetu pobrano mi krew (a było po 14 i nie byłem „na czczo”), kazano nasikać do pojemniczka. W kilku woreczkach z naklejkami przekazano mi zapisane przez pana doktora lekarstwa. W ilości dokładnie takiej jaka była według niego potrzebna. Nie całe opakowania, tylko wyliczoną ilość tabletek. Na naklejkach oczywiście wydrukowano jak je zażywać: przed jedzeniem, po jedzeniu, rano, wieczorem…. Na koniec poproszono mnie o adres mailowy, lub numer faxu, żeby przesłać mi wyniki badań laboratoryjnych.

Często później wracałem do tej wizyty. Z jednej strony zachwyciła mnie samowystarczalność gabinetu, z którego nie musiałem udawać się na kolejne, oddzielne badania i konsultacje, aby po iluś dniach wreszcie nabyć lekarstwa w aptece. Z drugiej zaś zastanowiło podejście lekarza do pacjenta.

Nie było mi dane – być może na szczęście – doświadczyć kompetencji tego pana doktora z zakresu tradycyjnej medycyny chińskiej. Moja znajoma je poznała. Leczył ją z nowotworu, który rozpoznano u niej pod koniec lat 90. Leczył dietą składającą się z ryżu i kilku warzyw. Masażami. Akupunkturą. Plus zachodnie chemie. Znajoma ma się dobrze.

Mój znajomy z Gdyni nakręcił film dokumentalny p.t. „Mistrz” o człowieku, który leczy za pomocą energii. Dla niemal wszystkich lekarzy wychowanych na Zachodzie to szarlataneria. Bohater filmu, nasz rodak zresztą, który uciekł z PRL do Szwecji, pobierał nauki u mistrza będącego oficerem Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i pracownikiem pekińskiej kliniki rządowej, w której leczone są Bardzo Ważne Osoby.

Po co to piszę…. Tradycyjna medycyna chińska to tysiące lat doświadczeń. Doświadczeń na ludziach. Wiele z tych osiągnięć przepadło zupełnie, albo uległo zapomnieniu jak prace Ge Honga, który żył i pracował 1700 lat temu. Gdzie, w jakim stadium znajdowała się wtedy nasza wiedza medyczna? Zachodnia medycyna, a przez to i nasi lekarze zazwyczaj uśmiechają się z wyższością słysząc hasło: medycyna naturalna, medycyna tradycyjna. Lekarze chińscy nie widzą nic dziwnego w korzystaniu z osiągnięć Wschodu i Zachodu. Być może dlatego, że postrzegają oni człowieka nie tylko jako układ mięśni, kości, siatki naczyń krwionośnych, nerwów i rurek do oddychania, ale również, a może przede wszystkim jako całość wynikającą z połączenia cielesności i energii, której zdrowie zależy od utrzymania równowagi pomiędzy oboma elementami. To podejście powoduje, że gdy chińskiemu lekarzowi skarżymy się na ból oka, on nie szuka sposobu uśmierzenia tego bólu, ale przede wszystkim poszukuje prawdziwej przyczyny owego bólu. Bo może ona tkwić w krzywym kręgosłupie, albo być skutkiem złych nawyków żywieniowych. Kiedy trzeba będzie zapisać jakieś lekarstwo nie zawaha się polecić mieszanki ziół, bo w Chinach sprawdzano i udowadniano ich skuteczność od tysięcy lat. Bo zioła to nie tylko mięta, czy rumianek, ale również niepozorna bylica roczna.

Mam nadzieję, że „Nobel” dla pani Tu Youyou skłoni młodych naukowców do pójścia w jej ślady, do wertowania liczących wiele setek lat opracowań dawnych Zielarzy, cesarskich medyków, badaczy, którzy – jestem tego pewien – poradzili sobie nie tylko z malarią, ale wieloma innymi chorobami, które dotykały ludzkość wtedy i dotykają do dnia dzisiejszego. Mam również nadzieję, że wśród nowych pokoleń lekarzy edukowanych tu w Polsce, w Europie, na Zachodzie chińska medycyna tradycyjna przestanie być postrzegana jak zabobon wyznawany przez ograniczonych intelektualnie prostaków. Być może masaże, napary z ziół, igły do akupunktury, czy qi gong wyglądają zabawnie w konfrontacji z urządzeniem do rezonansu magnetycznego, czy chirurgicznym robotem Google, ale ich działanie i skuteczność zabawne już nie są. Tak jak i fakt, że wyniki pracy pani Tu Youyou zaczęto powszechnie doceniać tak późno. Wprawdzie mawiają, że lepiej późno niż wcale, ale szkoda.

Leszek Ślazyk

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Nobel dla Zielarki”

  1. mnie nastepujace urazy wyleczono chinska medycyna

    asthma-zaleczona kontrolowana, w USA zarlem dragi po 300$ namiesiac

    kregoslup uszkodzony-okazalo sie ze to miesnie masaze uciskowe

    bark po ultraskopii-okazalo sie ze miesien przykurczony trwale, naprawione

    zmeczenie w USA nazywa sie deprersja:)-w chinach regularnie goji w duzym stezeniu

    stress w USA stress plus faszeruja dragami-w chianch 2 razy w tygodniu masaze twarzy

     a tu humor: roznica miedzy lekarzem a adwokatem? adwokat cie tylko okradnie lekarz wpierw okradnie pozniej zabije

  2. tylko się nie przyznawaj w usa, że korzystasz z tych wszystkich guseł, zabobonów i praktyk znachorskich, bo lekarz wynajmie adwokata i obaj potem będą skakać po twoim grobie. jak już cie wykończą finansowo.

    a serio: ciekaw jestem ile współczesnych problemów zdrowotnych rozwiązano w chinach setki, a nawet tysiące lat temu, żeby później o tym zwyczajnie zapomnieć….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close