Wiadomości

Chiny a Polska, czyli kwadratura koła

Wiem, nudny jestem. Pewien mój znajomy stwierdził niedawno, że zaczynam przypominać mu Dziadka Poszepszyńskiego . Jemu, Poszepszyńskiemu,  wszystko kojarzyło się z dżemem, lub wojną rosyjsko-japońską z roku 1905. Mnie zaś ponoć wszystko kojarzy się z Chinami. Być może. nie będę oponował. Mogę od ręki podać wiele porównań znacznie gorszych. Posiadam również różne skojarzenia. Ale fakt faktem: temat Chin czepił się mnie jak rzep. Zresztą jak ma puścić, kiedy codzienna prasówka dostarcza mu nowych włosków-kolców?

W ostatni czwartek przeczytałem informację PAP o kryzysie chińskiego przemysłu stoczniowego. Problem nie nowy, zdecydowanie w tym roku pogłębiający się. W skrócie: chińskie stocznie w roku bieżącym prawdopodobnie nie otrzymały żadnych istotnych zamówień na budowę statków. Kicha, szlus.

Dzisiaj czytam artykuł w Dzienniku Bałtyckim i czuję się jak osobnik z bardzo ograniczonymi możliwościami intelektualnymi stojący przed jakimś ważkim problemem abstrakcyjnym, jak na przykład czy uda się skonstruować kwadrat, którego pole równe będzie polu danego koła przy użyciu wyłącznie cyrkla i linijki bez podziałki. Na przykład. 

W tym drugim artykule bowiem okazuje się, że – według relacji dziennikarza DB – podczas spotkania z pomorskimi przedsiębiorcami Ambasador RP w Pekinie poinformował zebranych, że Chiny chcą kupić w Polsce jakąś stocznię, albo kopalnię, albo na przykład 500 kutrów.

Wydrukowałem sobie oba teksty, położyłem obok siebie i patrzę jak sroka w gnat. Jeśli to nie jest jakiś kuriozalny żart, no to z pewnością mam do czynienia z zacną łamigłówką. Otóż z różnych źródeł wiadomo, że chińskie stocznie od paru lat, prawdopodobnie od kryzysu roku 2008 borykają się z tymi samymi problemami, z którymi wcześniej miały do czynienia stocznie europejskie, czyli z brakiem zamówień. Dwa lata temu podjęto próbę sprywatyzowania dwóch wielkich stoczni w Szanghaju i Guangdongu. Okazało się, że nikt nie jest zainteresowany akcjami tych zakładów. Ponowienie oferty nie przyniosło żadnych rezultatów.

Pojawia się nagle historia o zamówieniu na 500 kutrów rybackich. Kto widział kuter w Jastarni ten wie, że 500 nawet takich małych jednostek to sporo roboty. Nie wierzę, żeby żadna chińska stocznia nie była zainteresowana tym zamówieniem. No chyba, że polskie stocznie są konkurencyjne cenowo. Są? Chciałbym, ale śmiem wątpić. Bo mówimy o cenie, a niekoniecznie o jakości. W końcu ten kto kupi owe kutry nie będzie na nich pływał. Żeby było jasne.

Na wafelek zatem Chińczykom stocznia w Polsce? Dla technologii? Po co kupować browar, żeby piwa się napić? Wystarczy skaptować większe biuro konstrukcyjne z doświadczonymi konstruktorami. Wyższej klasy doposażanie jednostek budowanych w Chinach? Może, ale na wafelek kupować stocznię? Można przecież to komuś zlecać bez angażowanie się kapitałowo w ten cały bałagan fabryczny.

No i tak siedzę, patrzę i łamię głowę, i nic z tego nie wynika. No bo cóż może wyniknąć z analizy zupełnie sprzecznych danych? Danych pochodzących ze źródeł, które przecież muszą być wiarygodne. Muszą….

Redaktor

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Chiny a Polska, czyli kwadratura koła”

  1. Wladze musza sie czyms pochwalic. Chinczycy o tym doskonale wiedza.Sprzedac stocznie Chinczykom, a sprzedac ja im bo maja w reku ogromne ‚zamowienie’ to duza roznica z politycznego punktu widzenia. Przyznaje, ze nie wiem co prawda czy stocznia jest wciaz wlasnoscia skarbu p.
    Oczywiscie 500 kutrow to tylko wirtualny cukierek dla ludzi, ktorzy wzrost gospodarczy lacza z tworzeniem miejsc pracy.
    Kupia stocznie za male pieniadze (przeciez trzeba im pomoc bo przecie utrzymaja zatrudninie dzieki temu zamowieniu – offset). A gra moze isc o prozaiczne poszerzenie bazy potencjalnych zleceniodawcow dla stoczni chinskich, ziemie pod budownictwo, magazyny na towar lub cokolwiek co bedzie mialo wartosc w perspektywie 15 lat, bo oni potrafia planowac w dlugim okresie.
    Szanuje Chinczykow, bo skoro sami nie mamy jaj do duzego biznesu niech nas ucza na miejscu. Przy okazji zaoraja ten rynek, ale jest szansa ze wprowdza troche konkurencji i wyleczymy sie z holdowania rozdawnictwu, a zaczniemy chec dzialania.

  2. Bez przesady – od kiedy to ambasadorowie znaja sie na businessie? :)
    Nawet ich attache handlowi maja skapa wiedze – jakies 10 lat temu w konsulacie w Sydney brylowal „businessman” Victor Shen, wielki przyjaciel polskiego businessu, oferujacy kapital inwestycyjny. Bazujac na nieformalnych rekomendacjach z konsulatu – a jakze – „nawiazalem wspolprace” w starodawnej polszczyznie to sie nazywalo „zaproponowalem zakup jego produktu” – oleju. Po 3 miesiacach uzgodnien kontraktowych duzego zamowienia czlowiek przepadl jak kamfora. A jego biuro skladalao sie z 2 telefonow komorkowych i pokojow hotelowych.

    Zreszta skad pracownicy MSZ maja zdobywac te wiedze – oni ciagle maja jakies swieto, jesli nie polskie – to kraju goszczacego. Jesli nie takie to przyjmowanie jakiejs delegacji …. Lepiej polegac na infomracji od ludzi, ktorzy z tego zyja…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close