Wiadomości

Chiny: Oszczędności, albo wylewanie dziecka z kąpielą

Nowy Pierwszy w ChRL, czyli Xi Jinping został zaanonsowany jako mąż, który tępi korupcję oraz nieuzasadnione wydatki urzędnicze. Te w Chinach przez lata nie były nawet księgowane. Jeśli oficjał chiński jechał w delegację krajową lub zagraniczną, to wszystko co wydał, począwszy od lokomocji, skończywszy na prezentach dla kochanki lub kochanka, wchodziło w koszty, bez wyszczególniania co na co. Xi tej praktyce powiedział stanowcze nie.

Teoretycznie dobrze powiedział, nieprawdaż? Toż to skandal, żeby urzędnik państwowy, albo aparatczyk partyjny za publiczne pieniądze kupował sobie na wycieczce zagranicznej sikor na rękę marki Patek Philippe, aby zaraz potem swej samicy kupić torebeczkę Prady, lub innego jakiegoś sławnego dizajnera, który ceni swoje wytwory absurdalnie wysoko. Do niedawna było to w Chinach zupełnie normalną praktyką. Na tyle powszechną, że media zajmujące się ekonomią stwierdziły, iż Chińczycy są główną grupą narodowościową kupującą dobra luksusowe. Kupującą? Zazwyczaj kupowanie oznacza wydawanie posiadanych, zgromadzonych uprzednio środków płatniczych na określone dobra. Picie, jedzenie, odzież, potem zaś różne fanaberie. Typu Lamborghini. Jeśli jednak konsument jest osobą, która ma kartę płatniczą podłączoną do miejsca gdzie rodzą się pieniądze, przestaje tak naprawdę kupować. Po prostu bierze. Bo przecież ani tych pieniędzy nie zgromadził, ani ich nie liczy, ani nie boi się, że się mogą skończyć. Doświadczył tego każdy kto dłużej w Chinach bywał. Z jednej strony pieniądze są ważne. Bez nich nic zrobić nie można. Z drugiej zaś owe chińskie czerwońce mają jakiś taki wymiar banknotów z Monopoly. Nikt ich do końca nie traktuje serio. A już na pewno nie nad grobami bliskich, gdzie pali się je garściami.

Nowy szef postanowił urealnić yuany. Puścił w eter wiadomość, że czas biesiad na koszt państwa się skończył. Że nie ma kupowania wódki Moutai i fajek Panda jako dodatku do wypasionej imprezy za państwowe pieniądze.

Efekt?

Firma, która jest właścicielem Moutai notuje największy spadek sprzedaży od dziesięcioleci. To samo dzieje się z wieloma sieciami restauracji oraz firmami zajmującymi się produkcją towarów będącymi popularnymi w Chinach prezentami.

Każdy kij ma dwa końce. Rozbudowana chińska administracja to generator kosztów. Ale równocześnie wydaje się być siłą napędową gospodarki poprzez swoją skłonność do biesiadowania, popijania dobrej ryżowej i wracania do domu taksówkami.

My tutaj w kraju nad Wisłą często narzekamy na rozrost administracji publicznej. W Chinach prawdopodobnie nikt dotychczas nie policzył na patyczkach jaki procent zatrudnionych stanowią osoby w ten czy inny sposób uwikłane a "państwowe". Biorąc pod uwagę przykład Moutai można domniemać, że udział "państwowych" w chińskim rynku pracy jest niebagatelny. Administracyjne ograniczenie ich wydatków może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Wprawdzie "lud" będzie kontent, że wierchuszka przestała się bawić za państwowe, ale państwo może utracić ogromną część przychodów podatkowych będących skutkiem nielimitowanych hulanek funkcjonariuszy.

Przydałby się tutaj chiński Salomon. Bo co robić, co robić??

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close