Wiadomości

Chiny – Polska: Chińskie wyzwanie nad Wisłą?

Instytut Obywatelski opublikował niezwykle interesujący artykuł profesora Bogdana Góralczyka dotyczący postrzegania Chin na świecie i w Polsce. Szczególnie ten drugi aspekt pozwolę sobie wykorzystać w kolejnym dłuższym wpisie dotykającym kwestii współpracy (lub jej kompletnego braku) pomiędzy Polską a Chinami. Tymczasem zapraszam do lektury.

Chińczycy mają świadomość złego wizerunku poza własnymi granicami, dlatego rozpoczęli ekspansję miękkiego oddziaływania od budowy sieci Instytutów Konfucjusza począwszy. Chiny coraz częściej zaskakują. W 2009 r. wyprzedziły Niemcy i stały się największym eksporterem na świecie. W roku następnym wyprzedziły Japonię i stały drugą gospodarką świata, po USA. Nawet amerykańska Narodowa Rada Wywiadu w niedawno opublikowanym raporcie przewiduje, iż w 2022 r. wyprzedzą Stany i będą pierwszą gospodarką świata.

Chiny mają też największe rezerwy walutowe, rzędu 3,4 bln dolarów, co oznacza, że mają rezerwy większe od sześciu polskich rocznych PKB! Posiadają drugą na globie sieć autostrad, po USA, które w ostatnich latach wyprzedziły również jako największy producent aut. Chiny mają też najnowocześniejsze na świecie koleje i ambitne plany dotyczące podboju kosmosu, z lądowaniem na Księżycu i misją na Marsa włącznie.

Lista tych sukcesów może być dłuższa, chociaż nakładają się na nią poważne mankamenty: zniszczone w fazie szybkiego wzrostu środowisko naturalne, niebotyczne rozwarstwienie społeczne, korupcja, uwłaszczenie nomenklatury spod znaku Komunistycznej Partii Chin (KPCh), którą należałoby nazwać raczej zbiorowym cesarzem.

Lista oskarżeń wobec Chin ze strony coraz bardziej zaniepokojonych partnerów i konkurentów jest jeszcze dłuższa. Zarzuca się im m.in. merkantylizm i spekulacje kursami walutowymi, kradzież technologii, nieuczciwość w handlu, nieprzestrzeganie praw własności i praw człowieka, także w procesie produkcji, szpiegostwo przemysłowe, a nawet cyberterroryzm.

Dlatego jedni postrzegają Chiny jako państwo przyszłości i rozkosznego, tłuściutkiego misia pandę, a inni, przerażeni ich ekspansją widzą w nich raczej rządzonego autorytarnie i skutecznego, ale mało sympatycznego smoka lub agresywnego zwierza, który nie ogląda się na nic i na nikogo, i chce wszystkich połknąć. Chińczycy mają świadomość złego wizerunku poza własnymi granicami, dlatego rozpoczęli ekspansję własnego miękkiego oddziaływania, od budowy sieci Instytutów Konfucjusza począwszy (u nas są na razie cztery).

Tamtejsze reformy zainicjowano pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Dość długo postrzegano chińskie zmiany pozytywnie, widząc w nich szansę dla Chin, u progu reform jeszcze agrarnych i zacofanych, do niedawna rewolucyjnych i szarpanych konwulsjami lewackich eksperymentów, jak też dla świata, bo zaczął otwierać się ich ogromny rynek. On właśnie sprawił, że kiedy Chiny za namową wizjonera tych zmian Denga Xiaopinga po 1992 r. świadomie włączyły się w procesy globalizacyjne, wielkich światowych i transnarodowych firm nie zatrzymały nawet krwawe wydarzenia wokół placu Tiananmen wiosną 1989 roku. Wszyscy poszli do Chin, kierując się żądzą zysku.

Jedna z podstawowych prawd o chińskich gwałtownych zmianach jest taka, że ludzie Zachodu mocno przyczynili się do bezprecedensowego chińskiego wzrostu, sięgającego niemal 10 proc. w skali roku przez ostatnie trzy dekady. To największy wzrost w dziejach ludzkości, na dodatek dokonany przez najludniejsze państwo świata. Dlatego jest taki ważny i dlatego ma ostatnio wymiar globalny.

Oczywiście, takie sukcesy Chińczycy zawdzięczają przede wszystkim samym sobie. Literatura na temat chińskich reform stale rośnie. Nie ma nawet wśród ekspertów zgody, jak te niebywałe sukcesy tłumaczyć. Wydaje się jednak, że pewne filary chińskiej transformacji są niekwestionowane. Przez ponad 30 lat Chiny postawiły na: szybki wzrost bez względu na koszty społeczne i skutki uboczne, napędzanie wzrostu eksportem, a eksportu bezwzględną eksploatacją taniej, a niebywale rozległej siły roboczej.

Ta faza szybkiej ekspansji najwyraźniej się skończyła, stąd ostatnie spowolnienie wzrostu, z 10 do – powiedzmy – 7,5 procent. Dalsze kroczenie ścieżką szybkiego wzrostu grozi poważnym społecznym wybuchem. Chińskie społeczeństwo, które nigdy nie było tak bogate jak dziś, z jednej strony – jak dowodzą wyniki sondaży amerykańskiej agencji Pew – jest najbardziej optymistycznie nastawione do przyszłości wśród wszystkich badanych państw, ale z drugiej – coraz częściej daje do zrozumienia, że trzeba szybko podbudowywać sieć świadczeń socjalnych, poprzednio dokumentnie zniszczoną. A przy tym należy ograniczyć przywileje członków KPCh, którzy stali się warstwą wyraźnie uprzywilejowaną.

Głośno jest na świecie o tym, że 2008 r. przyniósł kryzys na światowych rynkach. Zdecydowanie mniej wiemy o tym, że tamten rok był ważną cezurą również w Chinach. Z jednej strony uświadomił im bowiem, że stały się światową potęgą gospodarczą, ale równocześnie pokazał, że bez dokonania istotnych korekt i zmian prowadzony dotychczas kurs reform może przynieść skutki odwrotne od zamierzonych. I to zarówno wewnątrz kraju, gdzie grozi społeczny wybuch niezadowolenia z racji rozwarstwienia i korupcji, jak też na zewnątrz, gdzie oczekuje się od Chin już nie tylko bycia „uczciwym współudziałowcem” (Robert Zoellick), ale też państwem odpowiedzialnym za sprawy światowe. Nie zaś wyłącznie „największym krajem rozwijającym się”, którym to terminem dotychczas szermowali mandaryni z Pekinu.

Miał rację odchodzący szef partii i głowa państwa Hu Jintao, gdy na niedawnym XVIII zjeździe KPCh podkreślał, że zarówno chińska partia, jak państwo stanęły przed „bezprecedensowymi szansami i bezprecedensowymi wyzwaniami”. Wyzwania to nic innego, jak konieczność dokonania zmiany modelu rozwojowego, w tym preferowanego przez władze odejścia od kursu proeksportowego na rzecz gospodarki opartej na konsumpcji wewnętrznej. Natomiast szanse to nie tylko realny widok przeobrażenia się w największą potęgę gospodarczą, ale też dokończenie „świętego zadania” władz spod znaku KPCh, za jakie uznają „połączenie wszystkich chińskich ziem” w ramach hasła „wielkiego renesansu chińskiej nacji”. Po przyłączeniu Hongkongu w 1997 r. i Macao-Aomen w 1999 r. teraz ma przyjść kolej na Tajwan. Eksperci po obu stronach Cieśniny, kiedyś odpowiednika „żelaznej kurtyny” w Azji, już rozpoczęli rozmowy nad przygotowaniem tekstu traktatu pokojowego (zjednoczeniowego). Trzeba mieć świadomość, że to też jest chińska stawka. Licytują oni wysoko i grają o wiele.

Polska dotychczas śledziła Chiny słabo. Jedna data – 4 czerwca 1989 r. – u nich masakra studentów, u nas pierwsze wybory prowadzące do zmiany systemu na ponad dwie dekady zamroziły stosunki. „Odmrożono” je dopiero w grudniu 2011 r. podczas wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Pekinie, podpisując umowę o strategicznym partnerstwie. Na jej mocy mieliśmy w Warszawie pierwszą po 1989 r. wizytę chińskiego premiera, a w ślad za nią trafiły do nas chińskie banki. A jeśli one już tutaj są, to będą wspierały chińskie inwestycje. Czy jesteśmy na nie przygotowani? Śmiem wątpić.

Wiedzy, a nie stereotypów o Chinach potrzeba nam dziś więcej. „Chińskie wyzwanie” dotarło bowiem również nad Wisłę.

Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2003-2008 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (Birma). W latach 2001-2003 pełnił funkcję Szefa Gabinetu Ministra Spraw Zagranicznych.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close