Wiadomości

Chiny subiektywnie: Phillip Seymour Hoffman

Jestem jak Jasiu z dowcipu. Jemu wszystko kojarzyło się z dupą. Mnie dla odróżnienia z Chinami. Nawet Phillip S. Hoffman, mój rówieśnik, który wczoraj opuścił nas. Na zawsze, lub na jakiś czas – w zależności od hołdowanemu swiatopoglądowi. Co pewne opuścił nas w okolicznosciach dziwnych. I zupełnie bez sensu.

Życie expata w Chinach różni się znacząco od zycia expata w Anglii, USA, Francji, czy Australii. Tam z czasem coraz bardziej wtapiamy się w codzienność, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej naszą codziennością. W Chinach rzeczy mają sie zgoła inaczej. Prędzej czy później "obcego" dopada wola izolowania się od niereformowalnego sposobu funkcjonowania otoczenia, które w żaden sposób nie przystaje do naszych norm, obyczajów, pojęcia uporządkowania. Z koniem, szczególnie tak ogromnym, kopać się nie da. Zaczyna się więc unikać go, kiedy tylko nadarza się ku temu okazja. Idealnym sposobem w moim przypadku stało się wycofywanie na z góry upatrzone pozycje za drzwiami któregoś z wynajmowanych mieszkań. Za nimi obowiązywały moje, przeniesione z kraju zwyczaje. Mycie naczyń płynem do naczyń. Usuwanie kurzu za pomocą odkurzacza, nie zaś miotełki z trawy. Słuchanie muzyki w Chinach dostępnej, ale absolutnie Chińczykom obcej, bo różnej od wstrząsających pieśni pop o miłości, po której ostał się ino słój skrupulatnie pozbieranych i do policzka przytulanych niedopałków. A przede wszystkim oglądanie niezliczonej ilości filmów.

Hoffmana zobaczyłem po raz pierwszy (czy może szczególnie zwróciłem na niego uwagę) w filmie "Boogie Nights". Film był dostępny na płytach VCD (format poprzedzający DVD) w ilości sztuk 3, bo długi. Niemal natychmiast też kupiłem CD ze ścieżką dźwiękową tego filmu. Słucham regularnie do dzisiaj. P.S.Hoffman grał tam rolę chyba nawet trzecioplanową. Dźwiękowca. Brzydkiego, niechlujnego, zapuszczonego młodego człowieka, który przez przypadek zajął się realizacją dźwięku przy produkcji filmów pornograficznych. Bo o ludziach tego biznesu film był. Mimo, że Hoffman pojawiał się na ekranie sporadycznie, zapamiętałem go bardzo dobrze.

Zaledwie dwa lata później, ale już na płycie DVD zobaczyłem film "Flawless". Film, który z jakiegoś powodu przeleciał niezauważony. Być może wydarzył się niebezpiecznie blisko "American Beauty", który jak czarna dziura wchłonął wszystkie zachwyty, nagrody, z Oscarem włącznie.

Po obejrzeniu "Flawless" byłem pewien, że DeNiro, a szczególnie Hoffman zostaną nominowani do Oscarów. Nic z tego. Film przyniósł straty, nie mówiło się o nim najlepiej. Ja ten film jednak odłożyłem gdzieś wewnątrz na półkę filmów ulubionych. Drag queen w wykonaniu Phillipa Seymoura Hoffmana to naprawdę coś. Bez przerysowań (a jak tu nie przerysować drag queen???), z momentami doskonałymi (jak scena po pogrzebie matki), postać, o której wykreowaniu doskonała większość komediantów może wyłącznie pomarzyć.

Obejrzawszy w chińskim mieszkaniu, gdzieś tam w wielkim chińskim mieście, dwa razy pod rząd "Flawless", miałem przemożne uczucie, że nie jestem z tej (chińskiej) bajki. I było mi z tym niezwykle, niezwykle dobrze.

Później było po amerykańsku. Może z wyjątkiem "Capote". Hoffman dostał za tą rolę Oscara. Pewnie dlatego, że zagrał Trumana Capote doskonale. Mnie jednak odgrywanie znanej postaci, w pewnym sensie parodiowanie jej, nie ruszyło tak, jak ulepienie Rustyego z obserwacji, emocji, talentu. Od długiego czasu nie ruszyła mnie też tak żadna informacja o odejściu znanej całemu światu osoby. Być może dlatego, że ta moja wewnętrzna półka z filmami i książkami jest bardzo krótka. Może też dlatego, że Phillip Seymour Hoffman był moim rówieśnikiem. A może dlatego, że wydaje mi się, że rozumiem dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Prawdopodobnie się mylę, ale od czasu "Boogie Nights" i "Flawless" widziałem w nim ciągle dramat niepogodzenia. Niepogodzenia się z tym jak jest, a jak chciałoby się, żeby było.

Nie każdego stać na życie według recepty Białoszewskiego:

jestem sobie
jestem głupi
co mam robić
a co mam robić
jak mam wiedzieć
a co ja wiem
co ja jestem
wiem że jestem
taki jak jestem
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak jest się jaki jest

Część z tych, którzy na siebie się nie godzą wolą wyłączyć prąd. Celowo, lub tak niby przypadkiem.

Leszek Ślazyk

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Sprawdź też

Close
Close